Mam w domu po babci kilka rzeczy, które podobno miały swoją moc - stary różaniec, kamień z wygrawerowanym znakiem, którego nie umiem zidentyfikować, i drewniana szkatułka z suszonym zielem w środku. Babcia używała ich regularnie, ale po jej śmierci leżą zamknięte w szufladzie już chyba z dziesięć lat. Zawsze zastanawiałam się, czy takie przedmioty po tak długim czasie bezczynności w ogóle da się "obudzić" z powrotem, czy energia po prostu wygasa. Czy ktoś miał doświadczenie z czymś podobnym?
To bardzo ciekawe pytanie i wcale nie takie proste. Powiedziałabym, że to zależy od kilku rzeczy naraz - od tego, co to za przedmiot, jak był naładowany, i czy energia spoczęła czy po prostu uśpiła się. Ale zanim cokolwiek doradzę - czy wiesz, co to za znak na tym kamieniu? To może być kluczowe.
Ja mam po mamie koraliki z bursztynu, takie stare, złociste. Mama mówiła, że jej mama nosiła je przy sobie zawsze i że chronią. Ale od kiedy mama odeszła i wzięłam je do siebie, czuję dziwny niepokój jak je trzymam. Nie wiem, czy to moje emocje związane z żałobą, czy może coś w tych koraliach. Czy to co opisujecie może być właśnie coś takiego?
Babcia mi opowiadała, że po śmierci kogoś bliskiego trzeba było dać przedmioty jego "odpocząć" zawinięte w lniane płótno przez pełny rok i dzień. Dopiero potem można było ich używać albo przekazać dalej. Czy to ma sens w tym co tu opisujecie? Bo to była taka ludowa zasada, nie wiem czy ezoterycznie to się potwierdza.
A jak w ogóle wiadomo, że przedmiot jest "uśpiony" a nie po prostu zwykłym kamieniem czy koralami? Czy jest jakiś sposób żeby sprawdzić czy coś ma w sobie energię czy nie? Pytam serio, bo mam po babci całą skrzynkę różnych rzeczy i nie wiem od czego zacząć.
Czytałem kiedyś, że przedmioty, które były regularnie używane rytualnie, mają coś w rodzaju pamięci energetycznej, i że ta pamięć nie znika, tylko się wycisza. Trochę jak mięsień który nie był używany. Stąd chyba ta idea "obudzenia". Ale czy reaktywacja to przywrócenie dokładnie tej samej energii co była, czy raczej nadanie nowej? Bo to chyba robi dużą różnicę.
Mnie nurtuje co innego - czy nie ma ryzyka, że przy otwieraniu takich starych rzeczy można "uwolnić" coś czego się nie chce? Słyszałam opowieści o przedmiotach, które niosły ze sobą złe wspomnienia albo nawet coś gorszego. Może to naiwne pytanie, ale wydaje mi się ważne zanim ktoś zacznie oczyszczanie bez wiedzy.
Moim zdaniem ten cały temat oczyszczania jest przereklamowany. Czakry samoczynnie regulują energię otoczenia, a dobry przedmiot po prostu się dostosowuje do nowego właściciela bez żadnych rytuałów. Wystarczy go przy sobie nosić przez jakiś czas. Sam tak robiłem z kilkoma kamieniami i zawsze działało.
Dopiero zaczynam interesować się tymi tematami i trochę się gubię w terminach - co to znaczy "nadać intencję" przedmiotowi? Czy to się robi w konkretny sposób, są jakieś słowa, gest, czy to bardziej kwestia skupienia?
O, wróciłam właśnie do tego wątku i widzę, że Anusia67 mówiła o nadawaniu intencji - ale mam pytanie do czegoś wcześniejszego, bo nie dawała mi spokoju wypowiedź o tym woreczku z ziołami. Czy jeśli rzecz jest zaszyta i nigdy nie otwierana, to oczyszczenie przez dym w ogóle dosięga tego co w środku? Czy dym działa na przedmiot jako całość, bez względu na to, co jest w środku?
Wróćmy na chwilę do tego co mówiła Henia64 o wahadełku. Próbowałam nad jedną rzeczą z tej skrzynki po babci i wahadełko kołysało się wyraźnie w jedną stronę. Ale nie wiem jak to interpretowaĆ - czy kierunek kołysania coś znaczy, czy tylko sam ruch? Bo przeczytałam różne rzeczy i każde źródło mówi co innego.
Czytam ten wątek od dłuższego czasu i mam pytanie które chodzi mi po głowie - czy reaktywacja w ogóle zakłada że przywracamy oryginalną energię, czy raczej tworzymy coś nowego w starym naczyniu? Bo jeśli to drugie, to właściwie dlaczego w ogóle ważne jest że to przedmiot rodzinny, nie jakiś nowy kamień z tego samego gatunku?
Zastanawiam się nad czymś przy tym wszystkim - babcia mówiła nie tylko o roku i dniu zawiniętym w len, ale też że przed oddaniem dalej trzeba było "spytać" przedmiot czy chce iść. Brzmi dziwnie, ale może chodzi o to samo co Berkana mówiła o intencji i linii - że przedmiot ma jakiś rodzaj ciągłości który wymaga zgody? Czy ktoś spotkał się z podobną praktyką w jakiejś tradycji?
To o tej "woli" przedmiotu - czy to jest coś co można wyczuć bez żadnej praktyki? Pytam bo ja te koraliki wzięłam do ręki bez żadnego przygotowania i po prostu poczułam te warstwy o których mówiłam. Nie wiedziałam że mam "szukać" czegoś konkretnego, po prostu siedziałam.
Mój woreczek leży już kilka dni na parapecie, tak jak radziła Berkana - bez pytań, bez wahadełka. I chyba coś jest, bo ostatnio gdy przechodzę obok to na chwilę zatrzymuję wzrok. Nie wiem czy to energia czy po prostu ciekawość, ale przestałam go ignorować. Czy to może być jakiś sygnał? Dziękuję wam wszystkim za cierpliwość ze mną 🙂
Słuchajcie, nie chcę burzyć dyskusji, ale to z tym wzrokiem przyciągającym do woreczka - to jest po prostu efekt uwagi którą mu poświęciliście. Jak coś nowego trafia na parapet zamiast szuflady, mózg to rejestruje. Nie trzeba od razu mówić że to sygnał energetyczny.
Wracając do mojego wcześniejszego pytania o oryginalna energię vs nowe naczynie - Berkana odpowiedziała o linii przodków, ale to mnie bardziej zastanawia od strony praktycznej. Jeśli reaktywuję przedmiot z linii rodzinnej, czy intencja ma być skierowana na odtworzenie tego co było, czy na nowe nawiązanie?
Mam pytanie może naiwne - ile razy w ogóle można "reaktywować" ten sam przedmiot? Bo wyobraźcie sobie że to przechodzi przez pięć pokoleń i każde coś do niego wnosi. Czy w pewnym momencie robi się z tego gęstwina energetyczna której nie da się rozplątać?
A co jeśli nie wiesz jaka była historia tych pokoleń? Babcia mi prawie nic nie mówiła o swojej matce, tylko że "miała ciężkie życie". Nie mam jak sprawdzić czy te warstwy są zgodne czy nie.
Ja tak właśnie pierwszy raz poczułam te warstwy w koralikach - siedziałam z nimi przy herbacie i po prostu je przekładałam przez palce. Nie szukałam nic konkretnego. I nagle było to ciepłe pod spodem o którym mówiłam. Może właśnie bezczynność to klucz?
To co opisuje Krysia przy koralikach brzmi jak aktywacja czakry dłoni. Serio - punkt w centrum dłoni to jeden z najbardziej czułych kanałów energetycznych i długi kontakt z przedmiotem może go po prostu otworzyć. Stąd to ciepło które zostaje niezależnie od temperatury fizycznej.
A jak długo mniej więcej trwa zanim coś poczujesz przy takim przedmiocie po raz pierwszy? Bo ja mam szkatułkę po babci i chcę wiedzieć czy te metody zadziałają szybko czy to jest tygodniami.
Ciekawe co się dzieje z energią gdy przedmiot traci swój pierwotny kontekst. Bo szkatułka była nośnikiem dla czegoś konkretnego - listów, tajemnicy, czegokolwiek to dla babci znaczyło. Jak wyciągniesz rdzeń, czy obudowa zachowuje ślad? Przy czakrach mamy podobny problem z miejscami - po usunięciu źródła energia nie znika od razu, ale stopniowo się rozprasza.
A czy ktoś próbował sprawdzać wahadełkiem takie miejsca na przedmiocie? Pytam bo miałam podobną sytuację ze starym zegarkiem i wahadełko reagowało zupełnie inaczej nad kopertą niż nad tarczą.
To uczciwe przyznanie. I właściwie clou całego problemu z reaktywacją - jak odróżnić prawdziwy kontakt od projekcji własnych pragnień? Nie pytam retorycznie, naprawdę nie wiem jak to się robi w praktyce.
Ale jak masz siedzieć bez oczekiwania jeśli cel jest jasny - chcesz reaktywować, chcesz poczuć, po to bierzesz przedmiot do ręki? Jak można jednocześnie mieć cel i nie mieć oczekiwania? To brzmi jak sprzeczność.
To co opisuje Wandzia z broszką brzmi dokładnie jak to czego ja szukam z tą szkatułką. Ale jak długo trzeba tak siedzieć żeby w ogóle coś poczuć? Bo dwadzieścia minut to dla mnie wieczność szczerze mówiąc.
