Zastanawia mnie od jakiegoś czasu jedna rzecz. Kiedy piszę sigile albo przepisuję znaki z różnych źródeł, często trafia mi się coś w języku, którego nie rozumiem, albo wprost znaki, które nie należą do żadnego alfabetu, jaki znam. I zawsze mam ten sam dylemat: czy intencja działa tylko wtedy, gdy rozumiem to, co piszę, czy może sam kształt znaku, sam akt kreślenia, już niesie jakiś ładunek? Czy ktoś tu pracuje z pismem, którego nie rozumie, i ma jakieś obserwacje?
To jedno z bardziej złożonych pytań, jakie można postawić w kontekście magii intencji. Sam pracuję czasem z tekstami w językach, których nie znam biegle, i moje doświadczenie jest takie, że efekt zależy od tego, w jaki sposób podchodzisz do samego pisania. Jeśli kreślisz znaki mechanicznie, bez żadnego skupienia, to masz po prostu rysunek. Jeśli wchodzisz w stan, w którym kształt jest nośnikiem, a nie tylko literą, to coś się zmienia. Ale chciałem zapytać: czy mówisz o przepisywaniu konkretnych systemów, jak enoch, czy o znakach, które po prostu gdzieś znalazłeś?
Słuchajcie, ale czy nie jest tak, że kiedy kupujemy kamień z wyrytym np. znakiem w sanskrycie, to też go nie rozumiemy, a jakoś korzystamy? Przynajmniej część z nas. To jest ta sama sytuacja, tylko odwrócona, ktoś wygrawerował, my trzymamy. Nie pytam przekornie, naprawdę zastanawiam się, czy to w ogóle porównywalne.
Przepraszam, że się wtrącam, bo jestem na początku drogi, ale to mnie bardzo ciekawi. Czy to znaczy, że lepiej w ogóle nie używać znaków, których się nie rozumie, żeby nie narobić sobie problemów? Czytałam gdzieś, że nieświadome używanie symboli może otwierać rzeczy, których się nie chce otworzyć.
Wracając do pytania Heliotropa o linię przekazu, bo to mnie rzeczywiście zatrzymało. W przypadku tybetańskiego, o którym mówiłem, przepisywałem z książki, nie od nauczyciela. Czy to w twoim rozumieniu w ogóle kwalifikuje się jako praca z tradycją, czy to już jest właśnie ta szara strefa?
Mam pytanie może trochę z boku. A co z sytuacją, kiedy ktoś śni w nieznanym języku albo dostaje w wizji znaki, których nie rozpoznaje? To jest jakby odwrotność tego, co tu opisujecie. Nie szukam obcego systemu, obcy system jakby sam przychodzi. Pytam, bo sam to miałem i nie wiedziałem, co z tym zrobić.
Ale czy nie jest tak, że jak czegoś nie rozumiemy, to tracimy też kontrolę nad tym, co robimy? Mam wrażenie, że cały wątek zakłada, że nierozumienie jest w porządku, jeśli masz intencję. A co jeśli intencja jest spójna, ale efekt idzie w innym kierunku niż chciałeś, właśnie dlatego, że znaki mają swoje własne znaczenie, którego nie znasz?
Pytam dalej, bo chcę się upewnić, że dobrze rozumiem. Czyli kontrola nad efektem i rozumienie znaku to nie jest to samo? Bo mam wrażenie, że tu jest jakiś ważny podział, który gdzieś się nam zaciera w tej dyskusji.
To mnie prowadzi do czegoś, co chciałem powiedzieć od początku, ale nie wiedziałem, jak to ująć. Kiedy przepisywałem te tybetańskie znaki, miałem moment, w którym coś się zmieniło w moim sposobie kreślenia. Ręka zaczęła się poruszać inaczej, wolniej, jakby z oporem albo z ciężarem. Nie wiem, czy to było wejście w kontakt z czymś, czy po prostu zmęczenie. Ale właśnie to wyczucie, o którym mówi Simma, wydaje mi się ważniejsze niż to, czy znam fonetykę.
Przy runach to pytanie o odróżnienie skupienia od czegoś więcej rozwiązałem dla siebie przez powtarzalność. Jeśli ten sam znak w podobnych okolicznościach wywołuje podobne odczucie, to zaczyna być coś innego niż przypadkowy efekt koncentracji. Ale wymagało to wielu powtórzeń, żeby w ogóle coś ocenić.
Wracając do sedna wątku, bo trochę odeszliśmy. Piszecie o piśmie w rytuałach intencji i pytanie Wolchwa na początku było o to, czy nierozumiany język zmienia moc. Myślę, że jest tu jeszcze jedna warstwa, o której nie rozmawialiśmy. Pismo działa na kilku poziomach równocześnie: wizualnym, kinetycznym, czyli jak kreślisz, i semantycznym. Kiedy nie rozumiesz, wyłączasz semantykę, ale zostaje kinetyka i wizualność. I te dwa poziomy mogą być wystarczające albo nie, zależnie od systemu.
To mi daje do myślenia w kontekście tego, od czego zacząłem. Może nie powinienem był pytać, czy nierozumiany język zmienia moc, tylko czy zmienia wymagania wobec praktykującego. Bo chyba o to chodziło mi od początku, a sam to źle sformułowałem.
Przepraszam, że wchodzę, ale mam konkretne pytanie. Czy jest jakaś technika albo system pisma, który jest łatwiejszy jako wejście dla kogoś, kto chce spróbować pisania w nieznanym języku, ale nie wie, od czego zacząć? Ogladałam ogham i rury wydają mi się prostsze wizualnie niż tybetańskie.
Słucham tej dyskusji i myślę, że gdzieś po drodze zgubiłem jeden wątek, który chciałem zbadać. Chodzi o kierunek zapisu. W hebrajskim pisze się z prawa na lewo, w piśmie tybetańskim są inne reguły. Czy kierunek kreślenia ma znaczenie dla intencji, czy to jest tylko konwencja?
To jest dla mnie ważna różnica. Trzymam kamień z wyrytym znakiem inaczej niż własnoręcznie piszę coś nieznanego. Ale chciałam zapytać, bo to mi chodzi od początku: czy ktoś próbował zapisać intencję w wymyślonym przez siebie piśmie? Bez żadnej tradycji za tym?
Dokładnie to. I to jest chyba najuczciwsze podsumowanie tego, co robimy w praktyce. Warunki idealne nie istnieją, więc działamy w niedoskonałych, ale działamy. Pytanie, które mnie teraz interesuje w kontekście kierunku zapisu: czy ktoś próbował zapisać tę samą intencję dwa razy, raz w naturalnym dla siebie kierunku, raz odwróconym? Nie mówię o systemach historycznych, mówię o własnym teście.
Robiłem coś bliskiego temu. Nie odwróciłem kierunku pisania, ale odwróciłem kolejność słów w zapisie runicznym, pisząc od końca intencji do jej początku. Odczucie podczas kreślenia było wyraźnie inne. Bardziej skupione na zakończeniu niż na zamiarze. Nie wiem, czy to jest zmiana energetyczna, czy tylko zmiana narracyjna, ale różnica była na tyle stała, że zacząłem to traktować poważniej niż ciekawostkę.
To co opisuje Heliotrop jest bliskie temu, czego szukam przy własnym systemie. Kiedy piszę znaki wymyślone przeze mnie, zaczęłam od pytania, czy piszę od skutku do przyczyny, czy od przyczyny do skutku. I odkryłam, że intencje ochronne piszę naturalnie inaczej niż intencje twórcze. Dla ochrony zaczynam od tego, co chcę utrzymać. Dla tworzenia zaczynam od siebie. Zastanawiam się teraz, czy to jest coś, co ma analogie w systemach historycznych, czy to tylko mój nawyk.
To mi przypomina coś z wcześniejszej części dyskusji, gdzie było mówione o siatce semantycznej. Bo jeśli pismo idzie za odczuciem, a nie tworzy znaczenie, to pytanie o znany czy nieznany język staje się trochę inne. Ważniejsze jest to, czy masz to odczucie zanim zaczniesz pisać. Znacie jakieś systemy, które celowo wymagają tego poprzedzenia? Że najpierw musisz mieć stan, a potem dopiero możesz kreślić?
Wróćmy może do tego, co mówiła Simma wcześniej, że ważniejsze jest wyobrażenie niż system. Bo ja zaczęłam próbować z oghamem i mam problem z tym, że każdy znak to litera, nie pojęcie. Więc kiedy piszę intencję, piszę ją literka po literce jak alfabet i to mi rozbija skupienie. Czy jest jakiś sposób, żeby pracować z tym systemem tak, żeby nie myśleć o literach?
Ale tu wchodzi ten sam problem co wcześniej. Skąd wiemy, że nasycenie zbiorowe w ogóle istnieje i działa na kogoś z zewnątrz tej tradycji? Mogę kreślić runy bez żadnego związku z nordycką kulturą. Czy to nasycenie do mnie dotrze, czy jest dostępne tylko dla tych, którzy w tej tradycji wyrośli?
Niezupełnie. Dotykanie losowych przedmiotów to brak wyboru. Wybór systemu, nawet bez rozumienia każdego znaku, jest już aktem intencji. Pytanie, czy to wystarczy, ale nie możemy powiedzieć, że to jest to samo co przypadek.
Wracam do pytania Wolchwa o to, czy można uaktywnić coś w nieznanym systemie, bo mam tezę. Może kluczem nie jest znajomość znaczenia znaku, tylko czas spędzony z nim przed użyciem. Nie mówię o nauce akademickiej, mówię o oswajaniu. Czy ktoś próbował pracować z jednym obcym znakiem przez dłuższy czas, zanim go użył?
Ale to co mówi Onyksa to jest dokładnie ta różnica, o której mówiłam wcześniej w kontekście własnego systemu. Własne znaki masz oswojone od razu, bo ty je tworzyłaś. A w nieznanym systemie musisz budować to oswojenie z zewnątrz. Tylko nie wiem, czy po tym oswojeniu masz dostęp do tego, co za znakiem stoi w tradycji, czy tylko do swojego własnego wyobrażenia o znaku.
