Zastanawiam się ostatnio nad czymś, co mnie trochę uwiera. Medytuję głównie w ciszy, bez żadnych mantr, bez afirmacji, skupiam się na oddechu i na tym, co się pojawia. Ale wszędzie widzę reklamy kursów, gdzie mówi się, że powtarzanie afirmacji to klucz do zmiany życia. I zaczęłam się zastanawiać, czy cisza nie jest po prostu za mało, czy może jednak te mantry i afirmacje coś dodają do praktyki. Macie jakieś porównania z własnego doświadczenia? Bo mnie interesuje konkretnie to, czy jedna forma głębiej dociera niż druga, nie chodzi mi o filozofię.
Ja miałam dokładnie ten sam dylemat jakiś czas temu. Przez kilka miesięcy robiłam tylko ciszę, potem przez chwilę próbowałam afirmacji z youtubowych nagrań i szczerze? Czułam się jak automat. Cisza daje mi coś, czego afirmacje nie dają, mianowicie jakiś kontakt z tym, co naprawdę się we mnie dzieje, a nie z tym, czego chcę żeby się działo. Ale nie wiem, może to kwestia tego, skąd ktoś startuje.
Ciekawe zestawienie, bo to nie jest wcale takie oczywiste. Afirmacje i mantry to dwie różne rzeczy, a często miesza się je w jednym worku. Mantra działa na wibrację dźwięku, na częstotliwość, jej sens jest drugorzędny wobec samego brzmienia. Afirmacja to konstrukt intelektualny, próba przeprogramowania przekonań przez powtarzanie. Jeśli ktoś wrzuca je razem i mówi, że to to samo, to już na wstępie gubi sens obu praktyk.
Mam wrażenie, że ta różnica jest jednak kluczowa na poziomie tego, co się dzieje w głowie. Kiedy powtarzam mantrę, umysł po jakimś czasie odpuszcza, przestaje analizować. Przy afirmacjach mam w środku coś w rodzaju komentatora, który sprawdza, czy to prawda. Szczególnie przy takich afirmacjach w stylu "kocham siebie" kiedy akurat masz gorszy dzień, ten wewnętrzny komentator po prostu krzyczy "to nieprawda". Notowałam to przez kilka tygodni i różnica jest wyraźna.
To jest naprawdę ważne pytanie i tutaj właśnie zaczyna się granica między ezoterycznym podejściem do pracy z umysłem a pseudoporadnictwem. W depresji klinicznej, nie w zwykłym dołku, ale w prawdziwej depresji, afirmacje mogą wręcz pogłębiać poczucie porażki. Bo człowiek nie może ich "przyjąć", a skoro nie może, to czuje się jeszcze gorzej. Słyszałam o tym od kilku osób i to jest coś, o czym instruktorzy kursów afirmacji zazwyczaj milczą.
Ale czy to nie zależy od tego, jak głęboko ktoś jest? Bo znam osoby, które mówiły, że mantry buddyjskie pomogły im wyjść z bardzo złego stanu. Może chodzi o to, że mantra nie wymaga od ciebie żebyś w nią wierzył, a afirmacja już tak?
Przepraszam że się wtrącam, ale chcę się upewnić, że dobrze rozumiem. Czy mantra to jest na przykład to "om mani padme hum" które słyszę w filmach, a afirmacja to te zdania w stylu "przyciągam obfitość"? I jedno jest ezoteryczne a drugie bardziej psychologiczne? Pytam, bo trochę się gubię w tym co jest czym.
Wracając do wątku o depresji i afirmacjach. To nie jest kwestia ezoteryki, to jest kwestia odpowiedzialności. Są szkoły pracy z mantrą, gdzie adept dostaje konkretną mantrę dopasowaną do swojego stanu przez nauczyciela, nie bierze pierwszej z internetu. W tradycyjnym podejściu tantrycznym czy wedyjskim nie ma czegoś takiego jak "wybierz sobie afirmację z listy". Kiedy ktoś w poważnym kryzysie dostaje radę "powtarzaj że jesteś szczęśliwy", to jest to ignorancja ubrana w pozory mądrości.
To teraz mam pytanie, bo trochę mnie ten wątek niepokoi. Czy medytacja w ciszy może zaszkodzić? Bo skoro mantry mogą być niebezpieczne dobrane źle, to co z samą ciszą i obserwowaniem myśli? Czy w depresji cisza też może być ryzykowna, jeśli ktoś zostaje sam ze swoimi myślami?
To ciekawe, bo ja zaczęłam ten temat z pytaniem o to, która forma jest głębsza, a wychodzi na to, że odpowiedź brzmi: zależy od kogo i od kiedy. Ale nadal chciałabym wiedzieć jedno, czy ktoś z was przechodził przez jakiś trudniejszy okres i świadomie wybierał jedno albo drugie, i co to dało? Nie pytam o depresję kliniczną, bo to inna rozmowa, pytam o zwykły cięższy czas życiowy.
Śledzę ten wątek od początku i chcę zapytać, bo się trochę gubię. Kiedy mówicie, że mantra działa nawet bez wiary, to co dokładnie się dzieje? Znaczy jakim mechanizmem? Bo nie rozumiem czy to jest coś duchowego czy bardziej takie skupienie uwagi jak liczenie owiec.
ale mnie zastanawia cos innego, mowilyscie ze cisza moze byc niebezpieczna w depresji a ze mna było chyba tak że medytacja w ciszy to jedyne co pomagało, siadałam i po prostu siedziałam i jakoś to samo sie uspokajało. Czy to mozliwe ze komus cisza pomaga a inemu nie?
Ale czy mantra nie prowadzi dokładnie do tego samego miejsca, tylko inną drogą? Słyszałam od kilku nauczycieli, że przy dłuższej praktyce mantra sama cichnie i zostaje właśnie ta cisza, którą opisujesz. To nie są dwie różne praktyki, to dwa wejścia do jednego pokoju.
Słucham tej rozmowy i chcę dodać jeden wątek, który mi się kręci w głowie. Mówicie o ciszy i mantrze jakby były alternatywami, ale w wielu tradycjach cisza nie jest celem samym w sobie. Jest miejscem spotkania z czymś, do czego mantra jest zaproszeniem. Czy ktoś z was intuicyjnie czuł, że cisza po mantrze jest czymś jakościowo innym niż cisza, w którą się wchodzi bezpośrednio?
To teraz mam pytanie do całej dyskusji, bo trochę mnie kręci ten wątek o depresji i bezpieczeństwie. Czy ktoś uważa, że afirmacje mogą być bezpieczną alternatywą właśnie gdy cisza jest za trudna, a mantra wymaga jakiegoś przygotowania? Pytam, bo mam wrażenie, że afirmacje to łatwiejsze wejście dla kogoś, kto zaczyna.
Bo mam wrażenie, że afirmacje są jednak bliżej naturalnej mowy wewnętrznej niż mantra, którą trzeba się uczyć, i jednocześnie nie wciągają w tę głęboką ciszę, która jak piszecie może być niebezpieczna przy pewnych stanach. Czy to ma sens jako rozumowanie?
Dobrze, że to padło wprost. Ale mam pytanie, które mnie gryzie, bo rozmawiamy o granicy między praktyką a terapią. Czy w takim razie medytacja w ciszy, mantra i afirmacje to dla osoby z depresją w ogóle są bezpieczne, czy żadna z tych form?
Mam notatki z kilku rozmów z nauczycielką medytacji, która pracuje też z osobami po kryzysach, i ona zawsze mówiła, że dla takich osób zaczyna od bardzo krótkich, ustrukturyzowanych praktyk z prowadzeniem głosem, nie od ciszy i nie od samodzielnej mantry. Dopiero potem, kiedy jest jakaś stabilność, można iść głębiej. Czy ktoś z was miał podobne podejście od swojego nauczyciela?
Mam tu niepopularne zdanie może, ale uważam, że pytanie "co prowadzi głębiej" zakłada że głębokość jest jedna i że wszyscy zmierzają w tym samym kierunku. Nie wiem czy tak jest. W numerologii też jest coś takiego, że każda ścieżka ma swoją wibrację i nie ma jednej hierarchii.
Przepraszam, bo pewnie to naiwne pytanie, ale kiedy mówicie o głębokości w sensie duchowym, to co konkretnie macie na myśli? Bo ja nie wiem co to znaczy "iść głębiej", czy to jest jakieś uczucie, czy stan, czy wiecie to po czymś z zewnątrz?
Dla mnie to była zmiana w tym, co zostaje po praktyce, a nie w jej trakcie. Kiedy skończyłam siedzieć i wróciłam do dnia, coś było inne. Nie uniesienie, nie spokój nawet, ale jakby lekko zmieniona perspektywa na to co się dzieje. Tego nie dało mi żadne powtarzanie afirmacji.
A ja wracam jeszcze do tej kwestii afirmacji, bo czuję, że nie dostałam do końca odpowiedzi. Jeśli ktoś nie jest w klinicznej depresji, ale ma po prostu zły okres i dużo negatywnych myśli, to afirmacje mogą mu pomóc? Czy też wchodzą w ten sam konflikt z tym co czuje?
To skoro tak to po co w ogóle porównywać, co głębsze, cisza czy mantra? Czy nie wystarczy sprawdzić co mi działa i tego używać? Czy jest jakiś powód żeby dążyć do ciszy jeśli mantra mi odpowiada?
Ale czy to sprawdzian jest potrzebny wszystkim, czy tylko tym, którzy mają jakiś powód żeby wątpić w swoją praktykę? Bo jeśli mantra przynosi spokój i nie mam wrażenia, że coś przede mną ukrywa, to po co ten test ciszy? Pytam bo mam wrażenie, że zakładasz, że zawsze jest coś pod spodem co trzeba sprawdzić.
Mam notatki z warsztatów sprzed kilku miesięcy, gdzie prowadząca mówiła dokładnie o tym rozróżnieniu między napięciem a oporem. Mówiła, że napięcie to sygnał informacyjny, a opór to reakcja na ten sygnał. Afirmacja często spotyka się z oporem, bo chce zmienić coś co napięcie sygnalizuje jako niezałatwione. Mantra omija ten mechanizm, bo nie próbuje nic zmieniać na poziomie znaczenia. Czy ktoś z was to rozróżnienie czuł na własnej praktyce?
