Chciałam zapytać o coś, o czym mało się mówi w kontekście medytacji. Moja siostrzenica ma anoreksję i jest w trakcie leczenia, ale sama pyta mnie czy mogłaby spróbować medytacji jako wsparcia. Nie wiem co jej powiedzieć, bo z jednej strony słyszałam że mindfulness pomaga w trudnych momentach, ale z drugiej strony nie wiem czy przy takim zaburzeniu to w ogóle bezpieczne. Czy ktoś ma jakieś doświadczenia albo wie coś więcej na ten temat?
To bardzo ważne pytanie i dobrze, że je zadajesz zanim cokolwiek zaproponujesz siostrzenicy. Zacznę od tego, że medytacja przy zaburzeniach odżywiania to temat, który nawet w środowiskach terapeutycznych jest traktowany ostrożnie. Są badania pokazujące że praktyki uważności mogą wspierać leczenie bulimii, bo pomagają wyłapać moment przed napadem jedzenia. Przy anoreksji sytuacja jest bardziej złożona, bo część technik medytacyjnych skupia się na ciele i odczuciach cielesnych, a to może być dla osoby z anoreksją bardzo trudny teren. Ale zanim pójdę dalej, chcę zapytać: czy siostrzenica jest pod opieką psychiatry lub psychologa? To kluczowe.
Też mnie to ciekawi bo słyszałem różne opinie. Sam medytuję od kilku lat i wiem że na przykład skan ciała potrafi wywołać dość intensywne emocje nawet u zdrowej osoby. Zastanawiam się jak to musi działać na kogoś kto ma trudną relację z własnym ciałem. Czy są jakieś techniki, które są bezpieczniejsze niż inne w takim przypadku?
Hej, ja nie mam anoreksji ale miałam bulimię przez jakiś czas i medytowałam wtedy. Szczerze mówiąc, nie wiem czy mi pomagała czy przeszkadzała. Z jednej strony po medytacji byłam spokojniejsza, ale z drugiej strony kiedy siedziałam w ciszy to czasem właśnie wtedy najgłośniej słyszałam te myśli o jedzeniu. Więc dla mnie to było trochę miecz obosieczny.
właśnie w tym problem, że na początku to była obserwacja, ale im dłużej siedziałam tym bardziej wciągałam się w te myśli zamiast je obserwować. Chyba nie miałam wtedy dobrego nauczyciela albo po prostu za wcześnie zaczęłam. Teraz już mi to nie grozi bo od dawna nie mam tych problemów, ale tamten okres pamiętam wyraźnie.
To co opisuje Bibianna to jest klasyczny problem z medytacją kiedy nie ma odpowiedniego gruntu. W pracy ze snami i technikami świadomości uczę się że wejście w głębszy kontakt z umysłem bez stabilizacji psychicznej może być przytłaczające. Podejrzewam że w zaburzeniach jedzenia jest podobnie. Pytanie do Wajdeloty: czy znasz jakieś protokoły które są specjalnie dostosowane do pracy z takimi osobami?
Nie wiedziałem że istnieje coś takiego jak MB-EAT. Ciekawe czy to jest dostępne w Polsce, bo mam wrażenie że tutaj medytacja jest traktowana bardziej jako hobby niż jako coś co można stosować klinicznie. Ktoś wie jak to wygląda?
MB-EAT w Polsce jest dość niszowe, to prawda. Ale są terapeuci poznawczo-behawioralni którzy włączają elementy mindfulness do swojej pracy, szczególnie terapia DBT, czyli dialektyczno-behawioralna, która bywa stosowana przy bulimii i kompulsywnym objadaniu. Jednak wracając do sedna, kluczowe pytanie dla Wiciokrzew78 jest takie: czy siostrzenica rozmawiała o pomyśle medytacji ze swoim psychologiem?
Rozumiem tę intencję, ale martwię się trochę o jedno. Czy przypadkiem przygotowując ją do rozmowy z psychologiem, nie sugerujesz jej już pewnego rozwiązania? Pytam bez złośliwości, bo znam to z własnego życia. Jak ktoś bliski sugeruje nam coś jako pomysł, to potem do specjalisty idziemy już trochę z gotową odpowiedzią szukając potwierdzenia.
Ja mam inne pytanie bo trochę zgubiłam wątek, przepraszam. Czy przy anorexji moga byc zablokowane jakies czakry które utrudniają leczenie? Pytam bo czytałam że czakra splotu słoneczego jest powiązana z postrzeganiem siebie i może wchodzić w to ciało.
Szczerze? Cieszę się że Wajdelota to powiedział wprost. Sama jestem sceptyczna wobec wielu rzeczy ezoterycznych, ale akurat tutaj zgadzam się w stu procentach. Temat jest zbyt poważny żeby go mieszać z czakrami bez ostrzeżenia. Ale mam pytanie do Bibianny bo to mnie bardziej interesuje, czy kiedyś rozmawiałaś z terapeutą o swojej medytacji w tamtym czasie?
Właściwie to co powiedziała Bibianna jest dość ważne i myślę że warto się przy tym zatrzymać. Zaczynać medytację z filmów na youtubie to jedno, ale robić to kiedy ma się aktywne zaburzenia odżywiania to chyba zupełnie inna kategoria ryzyka. Czy ktoś wie, czy jest w ogóle jakiś sposób żeby ocenić czy dana osoba jest gotowa na medytację? Bo chyba nie można tego zmierzyć.
mam na myśli głównie to, czy jest w stanie względnej stabilizacji medycznej, czy wciąż jest w kryzysie. Czy je regularnie, czy jej waga jest bezpieczna, czy psycholog uznaje że robi postępy? Pytam bo medytacja nawet ta łagodna wymaga pewnego minimum zasobów psychicznych. Kiedy ktoś jest w ostrym niedoborze kalorycznym, mózg dosłownie nie ma czym pracować.
To co Wajdelota napisał o mózgu i kaloriach to coś o czym nie myślałem. Czyli najpierw ciało, potem umysł? W sumie to ma sens biologicznie ale jakoś nigdy tego tak nie zestawiłem z medytacją. Czy to znaczy że medytacja może być wręcz bezużyteczna przy niedożywieniu?
Ja nie słyszałem i trochę mi to teraz miesza w głowie bo myślałem że w mindfulness chodzi właśnie o wyciszenie myśli. A teraz słyszę że to może być niebezpieczne? Czy moglibyście to jakoś prościej wytłumaczyć?
Dobra, ale to rodzi pytanie praktyczne. Jeśli zwykłe siedzenie w ciszy i obserwowanie myśli jest ryzykowne, to co w takim razie mogłoby być bezpieczne? Czy jest cokolwiek co można robić samemu, bez terapeuty?
To ważne co mówisz, bo właśnie myślałam żeby jej zaproponować proste ćwiczenia oddechowe, bo myślałam że to nie może zaszkodzić. Ale teraz nie jestem pewna. Powiesz mi czy to naprawdę tak różne od medeytacji ogólnie czy to ten sam poziom ryzyka?
generalnie ćwiczenia oddechowe są uważane za bardziej neutralne niż pełna sesja medytacyjna, bo nie wymagają wchodzenia w relację z obrazem ciała. Ale żeby to powiedz psychologowi córki, nie jej. To jest właśnie ta granica o której wspominał Teodor wcześniej, żeby nie wchodzić z tym bezpośrednio jako sugestia do dziecka.
Właśnie, i cieszę się że Wajdelota to powiedział bo myślę że przez całą tę rozmowę nieświadomie szukamy sposobu żeby pomóc, ale może najlepsza pomoc to właśnie przekazanie tej wiedzy osobie która leczy, a nie próba zrobienia czegoś samemu. Czy Wiciokrzew ma jakiś kontakt z tym psychologiem, choćby pośredni?
Brzmi rozsądnie. Właściwie to ta cała rozmowa uświadomiła mi że medytacja to nie jest coś neutralnego co można sobie dodać do każdej sytuacji. Sam medytuję od lat i nigdy nie myślałem że może być przeciwwskazana. To trochę zmienia moje podejście do polecania jej innym.
Mnie też. Ja polecałam znajomym medytację jak lekarstwo na wszystko, a teraz widzę że to nie takie proste. Chociaż dla mnie ostatecznie pomogła, to teraz rozumiem że miałam szczęście że nie zrobiło mi to większej krzywdy na tamtym etapie.
Tamten czas to było dziwne mieszanie się wszystkiego. Myślę że bardziej niż medytacja pomogło mi jedzenie w towarzystwie, dosłownie siedzenie z kimś przy stole. I terapia oczywiście. Medytacja wróciła dopiero kiedy byłam już stabilna i wtedy faktycznie zaczęła coś dawać. Ale to była inna medytacja niż ta którą robiłam wcześniej, bardziej z przewodnikiem, mniej sama w ciszy.
Słucham tego i myślę sobie, że córka jest na razie na tym wcześniejszym etapie. Czyli chyba nie ma sensu jej nic proponować teraz. Bardziej słuchać. To jest trudne kiedy się chce pomóc ale nie można za wiele.
Mam pytanie które trochę wraca do początku tej dyskusji. Czy ktoś z was wie czy są badania na temat tego jak długo trzeba być w stabilizacji żeby medytacja była bezpieczna? Bo to brzmi jakby była jakaś granica, ale nie wiem czy ona jest gdzieś opisana.
Właściwie to ja w tej dyskusji zaczęłam od dość sceptycznego pytania a teraz mam wrażenie że wyszło z tego coś konkretnego. Czyli: medytacja może pomagać, ale nie na każdym etapie, nie każdy rodzaj i nie bez wiedzy osoby leczącej. To brzmi jak dobra zasada ogólna.
Mnie to trochę przestraszyło szczerze mówiąc. Ja medytuję sam od kilku miesięcy i nigdy nie myślałem żeby kogoś pytać. Czy to znaczy że każdy powinien mieć jakiś nadzór? Nawet jeśli nie ma żadnych zaburzeń?
To jest dobre pytanie Antos85 i myślę że nie ma na nie łatwej odpowiedzi. Chyba chodzi głównie o to że jeśli ktoś funkcjonuje, śpi, je, pracuje, nie przeżywa kryzysu, to ryzyko jest niskie. Ale nie zerowe.
