Zaczęłam ostatnio eksperymentować z czymś, co roboczo nazywam medytacją sensoryczną - zamiast skupiać się tylko na oddechu, staram się świadomie przechodzić przez każdy zmysł po kolei. Najpierw słuch, potem dotyk, zapach, smak, wzrok. I to działa zupełnie inaczej niż klasyczna medytacja, którą znałam. Ciekawi mnie, czy ktoś tu ma podobne doświadczenia albo pracuje w podobny sposób. Bo mam wrażenie, że to otwiera zupełnie inne warstwy uważności niż samo siedzenie i oddychanie.
A jak dokładnie to robisz, że przechodzisz przez zmysły po kolei? Czy to znaczy, że zamykasz oczy i np. tylko słuchasz przez jakiś czas, potem skupiasz się tylko na tym co czujesz skórą i tak dalej? Bo nigdy nie myślałam o medytacji w ten sposób, zawsze mi mówiono, żeby skupiać się na oddechu i tyle.
To trochę brzmi jak ćwiczenie z terapii sensorycznej, nie jak medytacja. Czy wy naprawdę uważacie, że siedzenie i słuchanie lodówki to jest coś duchowego, czy raczej po prostu relaks? Serio pytam, bo nie rozumiem gdzie tu wchodzi ta głębsza świadomość o której piszesz.
Ja próbowałam raz czegoś podobnego na warsztatach i pamiętam, że najbardziej uderzyło mnie skupienie na dotyku. Siedziałam i nagle poczułam jak bardzo nie jestem świadoma własnego ciała na co dzień. Jakby ciało istniało obok mnie, a nie że jestem w nim. Czy to jest normalne wrażenie przy takich ćwiczeniach?
Tak, właśnie! Ja czułam to w stopach. Jakieś mrowienie albo ciepło. Zastanawiałam się też czy to nie jest po prostu to, że krążenie normalnie działa, a my tego nie zauważamy. Ale nie wiem, może obie opcje mogą być prawdziwe naraz.
Mnie ciekawi ten zmysł wzroku w takiej medytacji, bo piszesz że pracujesz z zamkniętymi oczami. Jak to wtedy wygląda? Skupiasz się na tym co widzisz przez powieki, tych cieniach i światłach, czy raczej chodzi o wyobraźnię wzrokową?
Trochę nieprecyzyjne jest to pojęcie świadomości sensorycznej w kontekście medytacji, bo można to rozumieć na kilka sposobów. Jedna sprawa to vipassana, gdzie skanem ciała przechodzi się przez doznania. Inna to praktyka z zewnętrznymi zmysłami, jak tutaj opisujesz. Jeszcze inne podejście to praca z praną albo qi przez zmysły wewnętrzne. Co masz na myśli mówiąc świadomość sensoryczna - to zewnętrzne czy wewnętrzne odczucia?
Myślę, że mogą się przenikać, ale warto wiedzieć co się robi i po co. Bo jak mieszasz zewnętrzne i wewnętrzne bez świadomości, to trudno potem ocenić co w praktyce działa, a co nie. Chociaż z drugiej strony może to jest właśnie naturalna droga - od zewnątrz do wewnątrz.
Ja to łączę ze swoją praktyką tarota - przed każdym rozłożeniem staram się przez chwilę skupić na tym co czuję w rękach trzymając karty. Temperatura, faktura, ciężar. To nie jest może typowa medytacja sensoryczna, ale to mnie wprowadza w stan skupienia który jest inny niż zwykłe siedzenie z kartami. Czy ktoś jeszcze używa takiej uważności sensorycznej jako wejścia do innej praktyki?
przepraszam że się wtrącam ale czy taką medytację sensoryczą mozna robić leząc? bo ja nigdy nie mogę siedzieć długo w jednym miejscu i zawsze zasyipam albo mnie boli kręgosłup. czy leżenie psuje medytację?
A ja mam inne pytanie - czy do takiej medytacji przez zmysły trzeba jakiegoś przygotowania? Czy można po prostu usiąść i zacząć, czy jest jakaś kolejność której trzeba się uczyć? Bo czytałam gdzieś że zły start może utrudnić całą praktykę.
a co z węchem? nikt nie wspomniał o zapachu w tej medytacji. bo ja np jak czuje jakiś ładny zapach to od razu się relaksuje, czy to też można jakoś ćwiczyć świadomie?
Kadzidła są fajne, ale nie są konieczne. Ja akurat przez długi czas używałam różnych zapachów jako kotwicy - żeby szybciej wejść w stan skupienia. Ale potem okazało się, że jestem od tego trochę uzależniona i bez zapachu trudno mi było się skupić. Teraz staram się ćwiczyć też bez, żeby umiejętność nie była przywiązana do jednego bodźca.
No właśnie, to brzmi jak warunkowanie pawłowowskie a nie medytacja. Czy to nie jest problem, że człowiek się uczy skupiać tylko przy konkretnym zapachu, a nie sam z siebie? Pytam szczerze, bo mi się wydaje, że to trochę odwrotnie do tego o czym tu mówicie - zamiast rozwijać świadomość, uzależniasz się od zewnętrznego bodźca.
Nie wiem, nie praktykuję. Ale logicznie rzecz biorąc, jeśli celem jest rozwijanie świadomości niezależnie od warunków zewnętrznych, to uzależnienie od zapachu wydaje mi się sprzeczne z tym celem. Choć może się mylę.
To zależy co jest celem. Jeśli ktoś chce medytować głównie dla redukcji stresu, to kotwica zapachowa jest całkowicie ok i nie ma żadnego problemu. Jeśli celem jest coś bardziej jak vipassana - niezależna obserwacja - to Darek ma rację, że zewnętrzny bodziec jako warunek konieczny to problem. Ale warto wiedzieć co się chce osiągnąć, bo wtedy ocena jest łatwiejsza.
Mam dokładnie to samo co opisujesz - ta szyba. Zastanawiam się czy to nie jest właśnie to rozróżnienie między byciem świadomym a byciem obecnym. Można być świadomym że coś się dzieje i jednocześnie nie być w tym w pełni. Tylko jak to przeskoczyć, tego nie wiem.
Ja to rozumiem inaczej - myślałam, że ta obserwacja to właśnie jest cel. Że chodzi o bycie świadkiem. To teraz nie wiem czy dobrze rozumiem o co w ogóle chodzi w tej praktyce, bo wychodzi na to że jest więcej warstw niż myślałam.
Szczerze? Nie wiem jeszcze. Jestem zbyt na początku żeby to ocenić. Ale to co mówisz o zatapianiu się w doświadczeniu brzmi dla mnie bardziej... prawdziwie? Choć może to tylko dlatego, że jestem przyzwyczajona do myślenia o medytacji jak o relaksie.
Czytam tę rozmowę o tej szybie i mi się przypomniało coś z warsztatu - prowadząca mówiła żeby zamiast skupiać się na doznaniu, stać się doznaniem. Nie wiem czy to ma sens, bo dla mnie to wtedy brzmiało bardzo abstrakcyjnie. Ale może teraz w kontekście tej rozmowy to jest właśnie to przejście o którym piszecie?
To co mówi Granacik o nienanazywaniu - to jest konkretna technika, w niektórych tradycjach zen nazywa się to 'direct experience' albo po prostu 'bare attention'. Ale mam pytanie do tych co próbowali: czy jak przestajecie etykietować, to świadomość doznania rośnie czy maleje? Bo u mnie paradoksalnie najpierw maleje, jakby słowa były jakimś uchwytem.
Właśnie dlatego chyba mnie ta szyba nie odpuszcza - ja non stop nazywam. Nawet jak mówię sobie żeby nie nazywać, to myślę 'teraz nie nazywam' i to też jest etykieta. Jak to w ogóle przerwać?
Czytam to i trochę nie rozumiem - wy opisujecie coraz subtelniejsze stany, ale czy ktoś potrafi powiedzieć po czym poznać że 'wyszedł poza szybę'? Jak weryfikujecie że to jest głębsze doświadczenie, a nie tylko inne? Szczerze pytam.
Mnie też to zastanawia co mówi Darek. Może to jest trochę jak ze snami - nie wiesz że śpisz, dopiero jak się budzisz. Może tę szybę widać dopiero jak jej już nie ma? Ale to oczywiście nic nie mówi o tym jak ją usunąć.
Wracając do zmysłów - bo trochę odeszliśmy - mam takie pytanie: czy wy przy uważności sensorycznej skupiacie się na jednym zmyśle naraz czy próbujecie ogarniać wszystko jednocześnie? Bo ja próbowałam tego drugiego i to był chaos.
Ta 'trzecia opcja' to właśnie coś co opisują tradycje jogiczne jako 'sensorium' - pewien rodzaj miękkiej, otwartej uwagi bez kierowania jej nigdzie konkretnie. Ale to też brzmi abstrakcyjnie kiedy się to opisuje słowami. Granacik, twoja prowadząca robiła coś takiego?
Przepraszam że się wtrącam, ale mam takie głupie pytanie - czy jak macie zamknięte oczy to ten zmysł wzroku w ogóle działa w tej medytacji? Bo mi się wydawało że go wykluczamy kiedy zamykamy oczy i skupiamy się na reszcie.
