Ostatnio siedzę nad różnymi tekstami o buddyjskiej medytacji i wciąż wraca mi jeden motyw - ten słynny uśmiech Buddy. Nie taki wymuszony, plastikowy tylko coś co płynie ze środka. I zaczęłam sie zastanawiać czy w ogóle świadomie pracujecie z radością podczas siedzenia? Bo jakoś w większości opisów medytacji dominuje spokój, cisza, powaga - a śmiech i radość to jakby osobna kategoria, prawie nieobecna. Czy to tylko kwestia tradycji przekazu, czy moze naprawdę radość podczas praktyki to rzadkość?
Dobre pytanie i wcale nie takie oczywiste. W praktyce mamy coś co Tybetańczycy nazywają mudita - to jedna z czterech brahmavihara, czyli "niezmierzonych". Dosłownie: współradość. I to nie jest zwykłe rozbawienie, bardziej takie ciepłe rozświetlenie od wewnątrz. Sam kilka lat temu trafiłem na instrukcję gdzie prowadzący mówił żeby "pozwolić kącikom ust lekko unieść się" i to faktycznie coś zmienia w jakości siedzenia. Choć rozumiem sceptycyzm - łatwo to zbagatelizować jako "metafory i poetykę".
no wlasnie, muditę znam. Ale mam pytanie do tego co napisał Wierzchoslaw - czy ten fizyczny uśmiech podczas siedzenia to nie jest trochę... technika powierzchowna? Bo jak dla mnie radość w medytacji albo przychodzi sama, albo jej niema. Wymuszanie uśmiechu żeby "zmienić jakość siedzenia" brzmi trochę jak NLP a nie jak praktyka duchowa
mnie zawsze uczono ze medytacja to powaga i skupienie, wiec ten watek troche mi miesza w glowie 🙂 Ale jak juz o tym pisze - pamietam jak ktos mi mowil ze w zen jest cos takiego ze mitsrzowie sie smieja bo dotarli do miejsca gdzie roznica miedzy powaga a radoscia poprostu znika. Nie wiem czy to prawda czy legenda ale brzmi sensownie. Czy ktos z was to czul na wlasnej skorze??
Zen i śmiech - to akurat ma pokrycie w historycznych przekazach, kōany często kończą sie wybuchem śmiechu ucznia ktory "zrozumiał". Ale uwaga bo to nie jest śmiech z radości tylko z przebudzenia. To trochę różne rzeczy i mieszanie ich może prowadzić do nieporozumień. Zupełnie inny mechanizm.
ojej, nigdy bym na to nie wpadła ze uśmiech moze być techniką a nie efektem 😮 Ja jak medytuję to raczej mam kamienną twarz i się spinam żeby "dobrze" siedzieć, haha. Może dlatego tak ciezko mi to idzie? To znaczy - czy ktos polecałby żebym spróbowała tego świadomego uśmiechu?
czytam i zastanawiam się... czy wcale nie jest tak że kazdy ma inaczej? Bo jak ja próbowałam jakieś uśmiechanie podczas medytacji to czułam się trochę sztucznie, jakby grałam rolę. Może to kwestia jakiegoś bloku, nie wiem. Albo po prostu ten styl nie jest dla mnie?
to co pisze Ines jest ważne i mysle że niedoceniane w tych dyskusjach. Nie ma jednej drogi. Buddyjskie podejście zakłada wiele ścieżek wlasnie dlatego że ludzie są różni. Jeśli uśmiech czujesz jako sztuczny, to może twoja praktyka idzie przez inną bramę - może przez skupienie, może przez ruch, może przez współczucie. Mudita nie musi być wejściem dla każdego.
kurczę, notuję sobie tę rozmowę bo odnoszę wrazenie że dotykamy czegoś ważnego. Mianowicie - czy w ogóle próbujemy przekazywać radość jako stan energetyczny czy tylko jako emocję? Bo to chyba istotna różnica. jak pracuję z energią to widzę wyraźnie że radość ma inną częstotliwość niż np. spokój. I uśmiech Buddy w tym kontekście to może być właśnie jakiś sygnał energetyczny, nie tylko estetyczny szczegół ikonografii. haha 😀
Zaglądam do tego wątku od tygodnia i mam jedno zastrzeżenie. Dużo tu mówicie o odczuciach i kazdy opisuje swoje ale czy nie powinniśmy jakoś ostrożniej podchodzić do uogólniania? To że ktoś czuje uśmiech Buddy jako "energię" albo "częstotliwość" jest jego doświadczeniem, ale niekoniecznie przekłada się na innych. Obawiam się że takie opisy mogą kogoś wprowadzić w błąd.
no ale skoro wracamy do precyzji w przekazie - to wlaśnie to mnie nurtuje najbardziej. Jak uczyć kogoś tego uśmiechu Buddy jeśli sami nie do końca wiemy czym jest? Czy to wgl da się przekazać sołwami czy trzeba przeżyć?
dziękuję za tę rozmowę bo naprawdę dużo tu ciekawych rzeczy 🙂 Ja mam pytanko trochę z boku - czy ten uśmiech Buddy to jest coś co można rozwinąć przez praktykę czy to bardziej wrodzony stan? Pytam bo sama nigdy nie byłam "z natury" radosna i zastanawiam się czy wgl mam szansę to osiągnąć
to ważne pytanie Wioletki i nie ma tu co ukrywać - w tradycji buddyjskiej radość jest stanem ktory można kultywować ale wymaga czasu i właściwego podejścia. Samo siedzenie bez intencji kultywowania mudity niekoniecznie ją przyniesie. Ale tez - nie ma co stawiać sobie poprzeczki zbyt wysoko. Drobne momenty ciepła, wdzięczności, lekkości podczas siedzenia to już jest praca w tym kierunku
ja se wlasnie siede i probuje tego usmiechniecia o ktorym pisze Wierzchoslaw i chyba cos cuje, trudno opisac ale jakby troche miej napiete miezdzy oczami? 🙂 moze to przez samo rozluznienie twarzy a nie energetycznie ale nie wiem. Macie pomysl jak sprawdzic ze to "dziala" a nie ze sie tylko samooklamuje 😉
czytam ten wątek z ciekawością i mam takie może naiwne pytanie - czy żeby w ogóle mówić o "uśmiechu Buddy" to trzeba mieć jakieś konkretne doświadczenie z buddyzmem? Bo ja jestem zupełnie poza tą tradycją i niewiem czy mogę podchodzić do tego bez kontekstu czy to będzie bez sensu
odbijam sie od tego co pytal Genio93 (czyli ja sam, haha) - Nekromantka pisala ze radosc ma inna czestotliwosc niz spokoj. Mysle ze to ciekawe ale chce zapytac inaczej - czy wg was mozna byc w spokoju i radosci jednoczesnie? Bo mi sie wydaje ze to sa troche rozne tryby i nie zawsze ida razem
