Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i mam jedno skojarzenie, które chcę wrzucić. Miejsca mocy działają podobnie. Część ich oddziaływania to geologia, akustyka, mikrośrodowisko. Część to historia i to, co ludzie tam robili przez wieki. Nie da się oddzielić jednego od drugiego i nikt nie pyta, który powód jest prawdziwy. Może ze świecami jest tak samo.
A wracając do początku całej tej rozmowy, bo trochę odpłynęłyśmy, mam pytanie do Shangie. Czy po tej dyskusji zmieniłaś coś w swoim podejściu do wyboru materiału? Bo zaczęłaś od pytania o eksperymentowanie z alternatywami i ciekawi mnie, czy ta rozmowa coś przesunęła, czy raczej skomplikowała sprawę bardziej, niż na początku.
To podsumowanie Shangie jest dla mnie ciekawsze niż gdyby powiedziała, że tak albo nie. Bo właśnie to "pytanie było źle postawione" pokazuje, gdzie leży problem całej dyskusji o tradycji. Wszyscy zaczynamy od założenia, że tradycja to jeden byt, a to jest co najmniej kilka różnych rzeczy naraz: historia materiału, praktyka konkretnych ludzi, teoria stojąca za wyborem, i to, co z tego przejęliśmy albo nie. Przy świecach z wosku pszczelego mamy jednocześnie wszystkie te warstwy i trudno powiedzieć, która robi robotę.
To pytanie Ludwini jest dla mnie kluczowe, bo sama przez długi czas używałam wyłącznie świec parafinowych, zupełnie nieświadomie, bo takie były w domu. I jak zaczęłam czytać, że parafina to zły wybór, bo jest produktem naftowym i nie ma żadnego osadzenia w tradycji, to przez chwilę miałam poczucie, że całe lata praktyki z nimi to był błąd. A potem pomyślałam, że to absurd. Coś, co robiłam konsekwentnie przez tyle czasu, ma swoją historię, choćby była tylko moja. Pytanie, czy to wystarcza.
