Joasia dotyka czegoś istotnego. W tradycji hermetycznej jest pojęcie correspondentia, które zakłada że to co dzieje się w umyśle i to co dzieje się w rzeczywistości nie są przyczynowo oddzielone, tylko wzajemnie odzwierciedlone. Z tej perspektywy efekt oczekiwań nie jest błędem metodologicznym, jest częścią mechanizmu. Ale rozumiem Pelagiuszę, bo z zewnątrz to wygląda jak brak falsyfikowalności.
Może kryterium zewnętrznym jest po prostu życie? Nie to co czujesz podczas rytuału, ale to co się dzieje przez kilka miesięcy. Czy relacje się zmieniają, czy inaczej reagujesz na sytuacje stresowe, czy coś w sposobie myślenia się przestawiło. Niby banalne, ale chyba nie mamy lepszego miernika.
Myślę że to rozplatanie jest w dużej mierze niemożliwe i nie jestem przekonany, że jest potrzebne. Praktyka ezoteryczna rzadko działa w izolowanym środowisku laboratoryjnym i chyba nie powinna. Pytanie które wydaje mi się sensowniejsze, to czy imię zmienia twoją relację z własnym życiem, ze sposobem w jaki je interpretujesz. Bo interpretacja to jest może jedyne pole, na którym mamy realny wpływ.
To rozróżnienie między magicznym a terapeutycznym efektem imienia wychodzi z założenia, że to są dwa odrębne mechanizmy. Ale w tradycjach szamańskich, szczególnie w syberyjskich, nadanie imienia po inicjacji jest jednocześnie aktem terapeutycznym i ontologicznym. Nowe imię nie opisuje nowej osoby, ono ją powołuje. Zmiana interpretacji i zmiana bytu są tym samym gestem. Oczywiście to też jest założenie, ale warte uwzględnienia.
Powołanie przez imię to jest coś co czuję bardziej niż umiem nazwać. Zastanawia mnie teraz coś innego w związku z tym co Arbogi opisał. Jeśli imię powołuje, to czy można je otrzymać, czy zawsze się wybiera? Bo te dwie drogi chyba prowadzą do zupełnie innej relacji z imieniem na co dzień.
To pytanie Joasi o otrzymywanie kontra wybieranie imienia wydaje mi się naprawdę ważne. Bo w numerologii imię jest ściśle związane z datą urodzenia i całym układem liczbowym, który jest czymś zastanym, nie wybranym. Więc jeśli ktoś dostaje imię magiczne od mentora albo w wyniku jakiegoś doświadczenia, to może być bliższe tej logice niż kiedy ktoś siada z listą i szuka czegoś co mu się podoba. Choć nie wiem czy to dobra analogia, bo numerologia operuje zupełnie innym mechanizmem niż inicjacja szamańska.
Słuchajcie, wtrącę się bo mam coś z własnego podwórka. Ja swoje imię wybrałam sama i przez długi czas zastanawiałam się czy to był błąd, właśnie dlatego że nikt z zewnątrz tego nie potwierdził. Ale z drugiej strony nie mam mistrza ani grupy inicjacyjnej, więc opcji nie było za dużo. I teraz po tym co Arbogi napisał zastanawiam się, czy to poczucie braku zakorzenienia które czasem mam, to jest kwestia samego mechanizmu wyboru, czy po prostu kwestia samotności tej drogi.
Mam wrażenie że temat się teraz rozszedł na dwa tory i nie wiem czy to źle. Z jednej strony mamy pytanie o mechanizm, z drugiej o poczucie zakorzenienia. Ale może one są powiązane? Tzn. jeśli imię zostało nadane przez kogoś kto cię widzi, to zakorzenienie jest od razu społeczne, relacyjne. Jeśli wybrałeś sam, to zakorzenienie buduje się wolniej, przez praktykę. Różne drogi, nie lepsza i gorsza.
Faddi właśnie to miałam na myśli pytając o relację z imieniem. Imię otrzymane wiąże cię z kimś, kto je nadał, i z tradycją przez tę osobę reprezentowaną. Imię wybrane wiąże cię z własnym procesem decyzji. To nie jest tylko kwestia etymologii czy brzmienia, to kwestia tego co imię za sobą ciągnie. Słyszałam od kilku osób że zmiana imienia magicznego po zerwaniu kontaktu z mentorem była jedną z najtrudniejszych rzeczy jakie robiły, właśnie dlatego że imię było splotem tożsamości i relacji jednocześnie.
To jest dość dokładnie to co opisują niektóre tradycje ceremonialnego okultyzmu, gdzie imię inicjacyjne jest traktowane jak ciało astralne w pewnym sensie, struktura która nasiąka wszystkimi stanami w których było używane. Z tej perspektywy praca z imieniem po trudnym rozstaniu z mistrzem jest analogiczna do oczyszczenia przedmiotu magicznego który nosił inny człowiek. Nie wyrzuca się go od razu, ale wymaga transformacji.
To co mówicie o zamknięciu imienia sprawia że myślę o czymś co wcześniej mi nie przychodziło do głowy. Czy samo nadawanie imienia też powinno być jakoś formalnie zamknięte, tzn. czy jest jakiś moment kiedy mówisz to jest moje imię, koniec deliberacji? Bo ja nigdy takiego momentu nie miałam, cały czas traktuję swoje imię jako coś w toku, i może dlatego właśnie to poczucie zakorzenienia u mnie nie działa tak jak powinno.
Przy tym wątku o zamykaniu i otwieraniu muszę wrócić do kwestii oddechu, bo w kontekście permutacji Abulafii oddech jest ściśle powiązany z wypowiadaniem liter imienia. Nie jako technika relaksacyjna, ale jako nośnik dźwięku i struktury. Każda litera ma swój oddech, swój rytm. I teraz się zastanawiam, bo padło wcześniej pytanie gdzie kończy się medytacyjne oddychanie a zaczyna rytuał, czy może właśnie przy imieniu ta granica jest najwyraźniejsza. Wypowiadanie imienia z intencją i z oddechem to już nie jest neutralna praktyka oddechu.
czekaj, bo to jest coś co chcę lepiej zrozumieć. Mówisz że litery mają swój oddech i rytm, to znaczy że permutacje Abulafii mają też choreografię oddechową? Czy to jest coś co jest zapisane w źródłach, czy raczej przekazywane ustnie i różni praktycy robią to inaczej?
