Straciłam męża cztery miesiące temu i zupełnie nie wiem, jak sobie z tym poradzić. Ktoś polecił mi zaczerpnąć do litoterapii, że kamienie mogą pomagać w żałobie. Nie wiem od czego zacząć, jakie kamienie w ogóle bierze się do takiej pracy? Czy to ma sens, kiedy człowiek jest w takim stanie emocjonalnym?
Bardzo mi przykro z powodu Twojej straty. Do pracy z żałobą najczęściej sięga się po apache tears, czyli takie małe, przeźroczyste obsydiany. Tradycyjnie uważa się je właśnie za kamienie towarzyszące w procesie żałoby. Poza tym różowy kwarc do serca i ametyst, który wycisza. Ale mam jedno ważne pytanie zanim cokolwiek więcej powiem — czy jesteś w stanie w ogóle wyciszyć się na tyle, żeby posiedzieć z kamieniem w dłoni choć kilka minut? Bo stan emocjonalny naprawdę ma znaczenie.
Słyszałam różne zdania na temat tego, czy trzeba być "wyciszonym" żeby kamienie działały. Agatka, masz rację że stan emocjonalny ma znaczenie, ale zastanawiam się — czy w przypadku żałoby nie jest tak, że właśnie ten płacz, ta otwartość na ból, jest stanem w którym kamień może dotrzeć głębiej? Płakałam trzymając akwamaryn i miałam wrażenie, że coś się w piersiach rozluźnia.
Chcę tu dorzucić coś, co może być ważne dla całej tej rozmowy. Apache tears to faktycznie klasyczny wybór, ale wiele osób nie wie, że obsydian w każdej formie to kamień, który wyciąga bardzo dużo — i przy otwartej, świeżej ranie emocjonalnej może to być zbyt intensywne. Znam przypadki, gdzie ktoś zaczął od obsydianu w silnej żałobie i poczuł się po kilku dniach gorzej, a nie lepiej. Dla kogoś po czterech miesiącach — może już tak, ale ostrożnie. Bluszczyk, jak opisałabyś swój ból teraz? Czy to jest bardziej taki zamrożony ból, czy raczej falujący, raz jest lepiej raz gorzej?
Byłam w podobnej sytuacji jakiś czas temu, nie po stracie partnera, ale po stracie mamy. Zaczęłam od różowego kwarcu i to był dobry wybór dla mnie — delikatny, nie wyciągał wszystkiego naraz. Apache tears dodałam dopiero po kilku tygodniach. Ale każdy jest inny. Pustelnik, skąd ten wniosek o obsydianie? Z własnych obserwacji czy gdzieś o tym czytałeś?
Przepraszam ze się wtrącę, ale nie rozumiem jednej rzeczy. Mówicie że stan emocjonalny wpływa na to jak kamień działa — ale czy to znaczy ze jak jestem smutna to kamień mi nie pomoże, czy ze wlaśnie wtedy bardziej potrzebuję kontaktu z nim? Trochę się gubie w tej logice.
A ile mniej więcej trzeba czekać na efekty przy takich kamieniach? Pytam, bo sama rozważałam różowy kwarc przy własnym bólu i miałam go przez tydzień i nic szczególnego nie poczułam. Bluszczyk, może miałabyś podobnie?
Kwarc górski to w sumie dobra baza, neutralny, czyści inne kamienie, daje klarowność. Ale do żałoby bym się zastanowił nad larwikitem — mało się o nim mówi w kontekście żałoby, a ma bardzo spokojną, poważną energię. Pomaga przyjąć to co nieodwracalne. Ktoś z Was w ogóle pracował z larwikitem przy takiej pracy emocjonalnej?
Wracając do sedna, bo ta rozmowa jest ważna — Bluszczyk, chciałbym zaproponować pewien sposób myślenia o tym. Zamiast szukać jednego kamienia, który "załatwi sprawę", zastanów się nad małym zestawem do pracy etapami. Różowy kwarc albo rhodonit do serca, coś uziemiającego jak czarny turmalin albo właśnie larwikit jak mówił Bogumil.ka, i dopiero potem, gdy poczujesz że jesteś gotowa, ewentualnie apache tears do głębszej pracy z samą stratą. Etapowość przy takim bólu ma sens. Ale zanim cokolwiek kupisz — czy w ogóle czujesz się gotowa na tę pracę teraz? To nie jest retoryczne pytanie.
Okej, to rozumiem jako argument. Ale ciekawi mnie — czy Bluszczyk powinna teraz w ogóle myśleć o intencji, czy to jest coś co przyjdzie samo kiedy będzie gotowa? Bo intencja wymaga pewnego skupienia, a w świeżej żałobie to może być za dużo.
To jest naprawdę dobre pytanie. Myślę, że jest różnica między intencją jako rytuałem a intencją jako prostym poczuciem. Nie trzeba siadać i medytować nad kamieniem żeby mieć intencję. Wystarczy że wiesz, po co go bierzesz. 'Potrzebuję teraz czegoś łagodnego' — to już jest intencja. Nie musi być skomplikowana.
Nie myślałam o tym w ten sposób. Zawsze mi się wydawało, że praca z kamieniami wymaga jakiegoś skupienia, medytacji, czegoś zorganizowanego. A wy mówicie, że samo noszenie w kieszeni albo trzymanie wieczorem może wystarczyć na początek?
Tu dotykamy czegoś istotnego dla całej tej rozmowy. Kiedy ktoś pyta czy kamień 'naprawdę' działa czy to tylko psychologia, często zakłada, że te dwie rzeczy się wykluczają. Ale dlaczego miałyby? Jeśli kamień w kieszeni daje komuś chwilę skupienia, przypomnienie, pozwolenie na emocję — to jest realne działanie, bez względu na to jak je nazwiemy.
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i właśnie na tym utknęłam. Bo z jednej strony to co Pustelnik mówi ma sens, z drugiej — czy nie jest tak, że mówimy wtedy że kamień 'działa' bo dajemy mu działać? Tzn. że to jest mechanizm placebo, który jednak ma wartość. Bluszczyk — nie piszę tego złośliwie, naprawdę pytam, bo sama jestem w tym niepewna.
Chciałem wrócić do tego larwikitu, bo nikt nie drążył dalej. Bluszczyk, napisałaś że potrzebujesz czegoś konkretnego w dłoni — larwikit jest ciężki, chłodny, ma w sobie coś bardzo uziemiającego bez słodkości. Nie podnosi na duchu w takim oczywistym sensie. Ale przy bólu który jest taki ostry i surowy, może być właśnie to czego szukasz, coś co jest na tym samym poziomie co ty, a nie próbuje cię do góry ciągnąć.
Przepraszam że się wtrącam, bo dopiero czytam ten wątek, ale to co Bluszczyk napisała — żeby nie być samą w tym — czy to nie jest właśnie opis tego czemu kamienie w żałobie w ogóle mają sens? Jak jakiś cichy towarzysz. Tak to chyba rozumiem po raz pierwszy. Dzięki za tę rozmowę, naprawdę.
Mam inne podejście do tego co się tu przewija. Mówicie o towarzyszeniu, uziemieniu, przyzwoleniu na emocje — to wszystko jest prawdziwe, ale warto zauważyć, że różne tradycje pogrzebowe i żałobne używały kamieni od tysięcy lat właśnie w tym kontekście. To nie jest wymysł współczesnej litoterapii. Czarny kamień jako symbol przejścia przez próg. Może dlatego obsydian czy apache tears są tak archetypicznie trafne — niosą w sobie coś ze zbiorowej pamięci o śmierci.
To dobre pytanie, ale chyba stawiasz granicę między 'rytuałem' a 'noszeniem' ostrzej niż trzeba. Apache tears to obsydian, tyle że naturalnie stoczony, zwykle nieprzezroczysty przy świetle. Nie trzeba nic 'aktywować' — sam akt trzymania go, świadomość skąd pochodzi nazwa, co ta nazwa znaczy — to już jest warstwa, z którą pracujesz, nawet jeśli nic świadomie nie robisz.
Czytam i mam pytanie bo trochę sie gubię — czy to znaczy że Bluszczyk powinna unikać obsydianu w ogóle, czy tylko w tej formie tej surowej? Bo gdzieś czytałam że obsydian śnieżny jest już zupełnie inny...
Mam wrażenie, że w tej rozmowie trochę budujemy listę 'to tak, to nie, to może' — i zastanawiam się czy to nie jest pułapka. Bluszczyk powiedziała wcześniej, że nie chce być podnoszona, że chce po prostu nie być sama w tym. To może zamiast pytać co najlepiej energetycznie działa, zapytajmy ją co czuje gdy trzyma konkretny kamień w dłoni?
To co mówisz o ametyście mnie nie dziwi. Ametyst ma taką ciszę w sobie — nie próbuje nic naprawiać, po prostu jest. Przy różowym kwarcu rozumiem ten 'zbyt słodki' — on jest bardziej o miłości i otwarciu, a ty teraz może potrzebujesz czegoś co po prostu siądzie obok i nie będzie nic proponować.
I to jest chyba najważniejsza rzecz jaka padła w tym wątku — że sama to poczuła. To nie jest wiedza ze strony, to nie jest lista właściwości. Ciało wiedziało, po który sięgnąć. Czy ametyst wydał ci się w jakiś sposób 'jej' kamykiem, trudno to ująć słowami, ale czy był jakiś sygnał poza tym że był chłodny?
Ale to właśnie jest ta odpowiedź, prawda? To nie teoria, to własna reakcja. Bluszczyk dziękuję że to napisałaś, bo to mi bardzo dużo daje do myślenia o tym jak w ogóle wybierać kamienie. Nie wiedziałam że to może wyglądać tak prosto i jednocześnie tak... osobiste.
Chciałem dorzucić jedno — ametyst przez wieki był kamieniem żałoby w różnych kulturach. Starożytni Grecy, ale też tradycje celtyckie, wiązały go ze spokojem po śmierci. Jego nazwa pochodzi od greckiego 'nie pijany' — ale w szerszym sensie: wolny od szaleństwa, od rozpaczy która pochłania. Być może coś w tym jest, że sięgnęłaś właśnie po niego.
Przepraszam ale mam jedno konkretne pytanie — jeśli ktoś chce zacząć pracować z kamieniami przy żałobie i ma tylko dostęp do tego co jest w sklepach internetowych, to jak w ogóle wybrać dobry ametyst? Bo to co opisuje Bluszczyk brzmi pięknie, ale ona miała te kamienie przy sobie. A jak kupujesz przez internet to nie możesz go dotknąć wcześniej.
Wracając do Bluszczyk — czy ten ametyst który masz ma jakąś historię? Czyli czy to był twój kamień od dawna, kupiony z jakiegoś konkretnego powodu, czy trafił do ciebie przypadkowo? Bo zastanawiam się czy to ma znaczenie że sięgnęłaś po kamień który był już przy tobie, a nie kupiłaś nowy na tę okazję.
To co napisałaś o czekaniu mnie bardzo uderzyło. Mam kilka kamieni, które też 'trafiły' do mnie bez konkretnego powodu, i teraz myślę sobie — czy to możliwe, że kupujemy pewne rzeczy intuicyjnie, jakbyśmy na jakimś poziomie wiedzieli, że będą potrzebne? Czy to naciągane myślenie?
