Ostatnio kilka razy spotkałam się z prośbą o rozkład dla kogoś, kto jest poważnie chory i wie że zostało mu niewiele czasu. Nie chodzi o prognozowanie śmierci, to mnie w ogóle nie interesuje i nigdy nie robie takich rozkładów. Chodzi o coś innego - o powrót do siebie, do spokoju, do jakiegoś wewnętrznego ładu przed końcem. Nazywam to roboczo 'rozkładem do powrotu do normy', choć wiem, że nazwa jest niedoskonała. Czy ktoś z Was miał doświadczenie z tarota w takiej sytuacji? Nie pytam o gotowe układy z ksiązek, tylko o realne, życiowe doświadczenie.
To bardzo ważny temat i cieszę się, że ktoś go w końcu porusza wprost. Sam kilka lat temu robiłem rozkład dla bliskiej mi osoby, ktura miała raka w ostatnim stadium. Ona sama poprosiła. Wyciągnęła między innymi Gwiazdę i Sąd Ostateczny - nie jako zapowiedź, ale jako opis tego, czego szuka. Pytanie, które mnie nurtuje: czy wy w takich sytuacjach pytacie wprost osobę, czego oczekuje od rozkładu, zanim w ogóle weźmiecie karty do ręki?
Czytam i zastanawiam się - czy w takich sytuacjach w ogóle powinno się używać pełnej talii, czy może tylko Wielkich Arkanów? Gdzieś słyszałam że Małe Arkana to codzienność, a tutaj chyba chodzi o coś głębszego?
Czytam tę rozmowę i mam mieszane uczucia. Nie dlatego, że jestem przeciwna tarotowi w trudnych momentach - wręcz przeciwnie. Ale martwi mnie coś innego: czy osoba, ktura jest poważnie chora, ma wogóle wystarczająco dużo energii i jasności umysłu, żeby wejść w taki rozkład? Nie mówię o stanie wegetatywnym, bo to inna sprawa - mówię o tym, że ból, leki, zmęczenie mogą naprawdę zaburzać to, co chcemy zobaczyć przez karty
kurczę, ogromne podziękowania za ten wątek, naprawde. Nigdy wcześniej nie myślałem że tarot może towarzyszyć komuś w takim momencie. Mam pytanie może naiwne, ale - czy są jakieś karty, których pojawienie się w takim rozkładzie byłoby szczególnie ważne albo kture mówią właśnie o tym powrocie do spokoju, o którym piszecie? ^^
Dziękuję za tę odpowiedź, bardzo mi pomogła poukładać pewne myśli. Tak, pytam bo mam bliską osobę, która jest ciężko chora i która sama wyraziła zainteresowanie kartami, choć nigdy wcześniej nie miała z nimi do czynienia. Trochę się boję, że zrobię coś źle. :))
Przepraszam, że wchodzę z boku, bo raczej nie zajmuję się tarota, ale ta rozmowa mnie zatrzymała. Mam szczere pytanie: czy nie ma tutaj ryzyka, że ktoś chory, słaby, szukający sensu, weźmie to co zobaczy w kartach zbyt dosłownie? Że zbuduje na tym jakieś oczekiwania, które potem go skrzywdzą? Nie pytam złośliwie, naprawde chcę to zrozumieć.
Zastanawiam się też nad czyms innym. Czy 'powrót do normy' z tytulu tego wątku oznacza powrót do stanu przed chorobą, czy raczej osiągnięcie jakiejś wewnętrznej równowagi pomimo choroby? Bo to są dwa bardzo rożne intencje i inaczej bym podeszła do rozkładu w każdym z tych przypadków.
Czytam ten wątek od początku i słowo 'zakotwiczenie' chyba najbardziej do mnie przemawia. Robiłam kiedyś rozkład dla siebie w bardzo ciemnym momencie - nie terminalnym, ale takim, gdzie czułam, że tracę grunt pod nogami. I właśnie to szłam szukać w kartach: nie odpowiedzi, tylko punkt oparcia. Nie wiem, czy to porównywalne z sytuacją, o której mówicie, ale może wnosi coś do dyskusji.
To co napisała Zodiakla.1 o strukturze mnie zastanawia w kontekście tego wątku. Hierofant i Cesarz jako odpowiedź na potrzebę zakorzenienia - to ma sens, ale czy w sytuacji, kiedy ktoś jest u kresu, te karty nie brzmią inaczej? Hierofant to też przejście, tradycja, coś, co było przed nami i będzie po. Czy nie czytałabyś go wtedy zupełnie inaczej niż w swoim ciemnym momencie?
Właśnie to napięcie między pocieszeniem a obciążeniem jest, moim zdaniem, sednem pracy z kartami w takich momentach. Pamiętam rozkład, gdzie ktoś wyciągnął Hierofanta i powiedział, że czuje się jakby karta mówiła: 'zdałeś egzamin'. Nie zapowiedź, nie nakaz - po prostu zamknięcie pewnego rozdziału. Ale to on tak odczytał, nie ja. I to jest właśnie ta różnica między czytaniem a towarzyszeniem.
To 'zdałeś egzamin' bardzo mocno na mnie działa. Właśnie o takie momenty chodzi - kiedy ktoś sam znajduje słowa dla czegoś, czego nie umiał nazwać. Mam pytanie do Helenki: czy zdarzyło ci się, że ktoś w takim rozkładzie wyciągnął kartę, która go przestraszyła, i co wtedy robiłaś?
To jest bardzo odważne, co mowisz o tej uczciwości. Ale właśnie tutaj się zatrzymuje - bo skoro ktoś słyszy Śmierć dosłownie i mówi 'no tak, logiczne', to moze to jest wlaśnie ten moment, kiedy karta spelnia funkcję, której żadna rozmowa nie spełnilaby? Takiego cichego potwierdzenia czegoś, o czym wszyscy wokoł milczą.
To co mówi Pawelek77 ma sens ale mam takie uczucie, że karty jednak mają inny ciężar niż słowa człowieka. Słowo można cofnąć, wytłumaczyć, dopowiedzieć. Karta leży na stole i jest konkretna. Czy to nie robi różnicy?
Przepraszam, że wracam do wcześniejszego - ale Helenka powiedziała 'towarzyszenie' zamiast 'czytanie'. To mnie zatrzymało. Czy to jest technika, czy raczej coś, co wypracowałaś intuicyjnie? Bo to brzmi jakby zmienił się cały cel rozkładu.
oj, to rozróżnienie między czytaniem a towarzyszeniem bardzo do mnie przemawia. Myślę, że w afirmacjach, w medytacji - wszędzie tam, gdzie zależy na wewnętrznym wglądzie, a nie na przepowiedni - coś podobnego jest kluczem. Ale czy to nie wymaga od osoby towarzyszącej jakiegoś szczególnego przygotowania? Nie mówię o kursach, bardziej o... gotowości własnej?
Czytam ten wątek od początku i mało piszę, ale to co opisał Pawelek77 - że ktoś wyszedł spokojniejszy niż wszedł - to chyba najprostsza miara tego, czy coś zadziałało. Czy dla was to wystarczające kryterium? 🙂
To co mówi Helenka o tym, że wystarczy że ktoś wyszedł z poczuciem chwili z samym sobą - rozumiem to i nawet mi to odpowiada. Ale mam wrażenie, że to troche omija pytanie które zadałam wcześniej. Bo jeśli karta Śmierci leży na stole i ktoś mówi 'no tak, logiczne' - to nie jest tylko 'chwila z sobą'. To jest coś, co zostaje. I zastanawiam się, czy my w ogóle możemy zmierzyć, co zostaje.
Helenka, przepraszam że się wtrącam, ale to co właśnie napisałaś - że pytasz siebie o to PRZED rozkładem - to jest dla mnie coś zupełnie nowego. Ja cały czas myślałem o tym co zrobić jeśli wyjdzie coś trudnego, a ty mówisz, że to decyzja zapada jeszcze zanim dotkniesz kart. czy mogłabyś powiedzieć, jak ta rozmowa z samą sobą wygląda? Co konkretnie sobie wtedy pytasz?
no cóż, mam wrażenie, że Helenka opisuje coś, co w psychologii towarzyszenia nazwano by kontraktem - tylko że tutaj ten kontrakt jest bardziej wewnętrzny niż formalny. I mam pytanie do niej, ale też do całej grupy: czy ktoś kiedyś postawił ten kontrakt wprost, słowami, z osobą, dla której robił rozkład? Coś w stylu - zanim zaczniemy, powiem ci, co mogę zaoferować, a czego nie?
Czytam to i myślę - czy to nie jest trochę zbyt piękne? Znaczy - rozumiem co Fiolek99 i Zodiakla opisują, ale mam wrażenie, że pomijamy sytuacje, kture nie idą tak spokojnie. Co jeśli ta osoba nie chce 'przestrzeni bez nazwy', tylko chce konkretnej odpowiedzi? Czy tarot może jej odmówić?
Właśnie to chciałam usłyszeć. Że jest granica. Bo wcześniej miałam wrażenie, że rozmowa idzie w kierunku 'tarot może wszystko, jeśli masz dobre intencje', a to mnie niepokoiło. Helenka, ale czy ta granica jest twoja własna, wypracowana przez lata, czy uważasz, że powinna być jakoś wspólnie ustalona - przez środowisko tarocistów?
To pytanie o środowisko mnie zatrzymało. bo nie wiem, czy takie środowisko w Polsce w ogóle istnieje w formie, która mogłaby cokolwiek ustalić. czy wy macie wrażenie, że jest jakaś wspólnota, która bierze odpowiedzialność za takie sytuacje? Albo chociaż o nich rozmawia?
A może nie chodzi o kodeks, ale o rozmowy dokładnie takie jak ta? Że forum, że ktoś opisuje co zrobił, ktoś pyta dlaczego, ktoś mówi że go to niepokoi - i właśnie z tego wyrasta coś w rodzaju zbiorowej mądrości? Nie reguła, ale wzorzec. Helenka, czy ty sama kiedyś uczyłaś się na takim opisie czyjejś pracy?
Helenka, to milczenie przy karcie - czy to jest coś, co możesz powiedzieć bliskiej osobie, że tak może wyglądać wasza sesja? Że będą momenty, kiedy nic nie mówisz? Pytam bo mam wrażenie, że ona może się spodziewać że ja będę tłumaczył każdą kartę i martwię się że to milczenie ją przestraszy zamiast dać jej przestrzeń.
Wracam do tego co Helenka mówiła o rozkładzie jako 'towarzyszeniu' - bo teraz widzę to wyraźniej przez to co mówi Wladek99. On jest bliską osobą, nie tarocistą z zewnątrz. I zastanawiam się, czy właśnie bliskość nie jest tutaj czymś ważniejszym niż umiejętność czytania kart. Czy ktoś z was robił rozkład dla kogoś naprawdę bliskiego - i co to zmienia?
Mela powiedziała cos, na czym chce sie zatrzymac - 'co chciałam żeby wyszło'. To jest hyba najważniejsze zdanie w tym wątku. Przy kimś u kresu życia, kiedy robimy rozkład, nasza własna żałoba, lęk, nadzieja - to wszystko jest w pokoju razem z kartami. I nie można tego wyłączyć. Można tylko wiedzieć że tam jest.
