Inkantka pisze o tym czy karty mogą rozstrzygnąć coś zanim sama to rozstrzygnie - i to jest dla mnie sedno całej tej pracy. Moim zdaniem nie rozstrzygają, tylko pokazuja. Różnica jest ważna. Karta nie powie ci 'to są dwie części' - ale może pokazać dwa bardzo różne obrazy które sami zaczniesz czuć jako oddzielne.
Wieża jako spoiwo to jest dla mnie coś trudnego do przyjęcia. Mówisz ze to nie byl zły znak, ale Wieża to jednak Wieza - rozkład, katastrofa. Jak można się z tym spokojnie posadzić i powiedzieć 'ok, to jest moje spoiwo'? Czy po prostu liczyłaś na łagodniejszą reinterpretację? xD
Boję się trochę tej metody na odwrót gdzie karty same wylaniaja strukturę. Bo co jeśli wylosuje coś i żadna karta do siebie nie przylgnie, zadna nie będzie stała przy innej w napięciu ani w zgodzie? Czy to coś mówi samo w sobie czy po prostu rozkład nie wyszedł?
Czytam tę wymianę o Wieży i myślę że ta rozmowa dotknęła czegos ważnego dla pytania Inkantki o harmonizowanie. Harmonia nie musi znaczyc ze wszystkie części się lubią i grają w jednej drużynie. Może znaczyć że sa w kontakcie, nawet jeśli w trudnym. To dość duża różnica.
Oj tam, to co piszecie o harmonii jako kontakcie a nie zgodności - to jest dla mnie nowe i trochę ulżyło mi. Zawsze zakładałam że harmonizować znaczy pogodzić, sprawić żeby przestały się kłócić. A może chodzi o to żeby wiedziały o swoim istnieniu nawzajem? To brzmi jak zupełnie inne zadanie dla rozkładu.
Czytam od początku i mam jedno pytanie które nie daje mi spokoju. Jak decydujecie na ile kart robić rozkład? Inkantka mówiła że ma 'wiele części' - ale to może być trzy albo dziesięć. Czy jest jakaś liczba która działa lepiej przy tym typie pytania?
A czy ktoś próbował zrobić ten rozkład nie dla 'części siebie' jako takich, tylko dla konkretnych napięć które między nimi czujesz? Znaczy, karta nie dla części A i karta dla części B, tylko karta dla miejsca gdzie A i B sie zderzają? Zastanawiam sie czy to nie byłoby bliżej pytania o bycie tu i teraz.
Wracam do tego co napisała Inkantka o spoiwie i o napięciu jako dwóch osobnych pozycjach w rozkladzie. To mi cos uruchamia. Tylko zastanawiam się - czy nie jest tak, ze jesli masz kartę dla każdego napięcia między kazda parą czesci, to przy czterech częściach masz nagle sześć dodatkowych kart? To rozklad rośnie do rozmiarów nie do ogarnięcia w jednej sesji.
Kurcze, to jest ważne zawężenie. 'Teraz żywe' - ale jak to rozpoznajesz zanim wyciągniesz kartę? Czy nie zakładasz z góry które napiecia są ważniejsze, i wtedy rozkład nie jest już odkryciem, tylko potwierdzeniem? 🙂
To pytanie Joli mnie zatrzymało. Bo chyba właśnie o to chodzi w podejściu 'niech karty same wyłonią' - żebyś nie decydowała wcześniej. Ale z drugiej strony ktoś musi zdecydować ile kart ciągnąć i gdzie je położyć. To nie jest nigdy całkowicie czyste.
Ale ciągnięcie bez żadnej struktury to jest dla mnie trochę jak wrozenie z fusów. Skąd wiesz co do czego należy? Czy nie potrzebujesz chociaż minimalnej siatki żeby rozkład cokolwiek mówił? 🙂
Myślę że to co opisuje Bard to jest właśnie granica między interpretacją a projekcją. I nie sądzę żeby dało się jej całkowicie uniknąć. Pytanie jest raczej: czy ta projekcja jest twoja czy kogoś innego? Jeśli twoja, to przynajmniej jest autentyczna.
To jest chyba jedno z trudniejszych pytań w pracy z tarota w ogóle, nie tylko w tym rozkładzie. Ale zauważam że odchodzimy od tematu Inkantki - czyli od harmonizowania części siebie przez 'bycie tu i teraz'. Czy ktoś faktycznie próbował takiego rozkładu dla siebie i może powiedzieć co z tego zostało? 🙂
Próbowałam ostatnio czegoś podobnego, choć nie tego samego rozkladu. Ciagnelam trzy karty bez pytania, tylko z intencja 'pokaż mi siebie teraz'. Wyszło Słońce, Czwórka Kielichow i Królowa Buław. I przez chwilę nie wiedzialam co z tym zrobić bo to brzmi jak sprzeczność.
siedziałam z tym dość długo. Ostatecznie zobaczyłam że Słońce to jest ta część która naprawdę chce i może, Czwórka to ta która się opiera i nie wychodzi z siebie, a Królowa Buław to taka jakby obserwatorka - wie o obydwu, ale nie rozstrzyga. I zrobiło mi się spokojniej. Nie dlatego że coś się 'naprawiło' tylko dlatego że przestałam walczyć z Czwórką.
To co Janeczka opisuje - że przestała walczyć z Czwórką - to jest dla mnie nowe. Czy chodzi o to że tarot pomaga zaakceptować to co jest trudne, zamiast to zmienić? Bo ja zawsze myślałam że wróżenie to po to żeby wiedzieć co zrobić.
Czytam tę rozmowę od dłuższego czasu i mam jedno małe pytanie. Czy te 'części siebie' to jest coś co się czuje wyraźnie, czy trzeba się jakoś specjalnie nastroić żeby je rozpoznać przed rozkładem? Bo nie jestem pewna czy ja to po prostu czuję.
O, to jest dla mnie niesamowita wskazówka, dziękuję za to Dziewiecsil 🙂 Nigdy nie myślałam że można tak podejsc - że karty mogą pomagać rozpoznać części siebie, a nie tylko odpowiadać na pytanie o nich. To zmienia dla mnie trochę cały sens rozkładu.
Gabrysieńka, to jest dobre spostrzeżenie ale chcę dorzucić jedno zastrzeżenie. Jeśli patrzysz na karty i pytasz 'która jest jak ja' to trochę ryzykujesz że wybierzesz tę która jest znajoma albo miła, a nie tę która jest prawdziwa. Skąd wiesz że nie projektujesz tego co lubisz w sobie a nie tego co jest?
To pytanie Joli jest dokładnie tym co chciałam zbadać. Bo rozpoznawanie to jedno, ale ja szukam czegoś co pozwoli tym częściom jakoś koegzystować, a nie tylko wyłonić się na chwilę i zniknac. Czy rozkład może to robić - nie tylko pokazywać ale też... scalać?
Zatrzymuję się przy tym słowie 'scalać', bo nie jestem pewna czy to jest dobra metafora dla tego co może robić tarot. Scalanie sugeruje że jedna krata ma 'wygrać' albo że części mają się zlać w jedna. czy nie jest tak że lepszym celem jest właśnie napięcie miedzy nimi, które się utrzymuje a nie znika? i że rozkład może pokazać jak to napięcie żyć, a nie jak je likwidować?
