Uderzenie. Głuchy, złowrogi huk i ciało opadające bezwładnie z maski samochodu.
To nie była żadna decyzja, nawet nie świadoma reakcja. Wysiadam jak automat, ale pamiętam o wszystkim: torebka, kluczyki, alarm. Ułamki sekund. Podchodzę do leżącej osoby, rusza się, odzyskuje przytomność. Kierowca stoi i nie wie co robić, ja wiem: 112. Nie pozwalam nikomu ruszać poszkodowanej, delikatnie, jakby była ze szkła, we trójkę układamy ją na boku. Trzymam za rękę, wyczuwam puls, słaby ale miarowy. Cały czas do niej mówię.
Przyjeżdża karetka. "Pani jest lekarzem? Nie?" Uśmiech, podziękowanie.
Chwilę później: zabieramy ją do szpitala, podejrzenie urazu głowy. Dobrze że pani nie pozwoliła jej ruszać.
Koniec. Sprawdzian się odbył.
Byłam na to przygotowana, a właściwie przygotowywana od kilkunastu dni. Ostatnio dużo jeżdżę, 300-400 km dziennie, ale ta uporczywa myśl o wypadku nie dawała mi spokoju. Jak się zachowam, co zrobię... i prosta odpowiedź która sama przychodziła: zachowasz zimną krew, udzielisz pomocy, dasz radę. I tak właśnie bylo.
Ale jestem już zmęczona tą wiedzą o tym co będzie. Po prostu zmęczona.
Intuicja to ciekawa sprawa i mam wrażenie że ludzie często ją albo totalnie ignorują albo przesadzają w drugą stronę i wszystko jej przypisują. Sama przez lata byłam sceptyczna, ale z wiekiem zaczęłam zwracać na to większą uwagę. Nie chodzi o żadną mistykę czy cuda, tylko o to że gdzieś wewnątrz coś sygnalizuje kiedy sytuacja jest nie tak. Można to tłumaczyć podświadomością, doświadczeniem zebranym przez lata, ale efekt jest podobny. Ktoś ci mówi jedno a czujesz ze coś jest nie tak i zazwyczaj masz rację. Pytanie tylko jak odróżnić prawdziwą intuicję od zwykłego strachu albo projekcji własnych obaw na innych ludzi, bo to już trudniejsze.
