Nie wiem czy to właściwe miejsce, ale od jakiegoś czasu mam coś dziwnego w domu i kompletnie nie potrafię tego wytłumaczyć. Chodzi o znikające przedmioty. Nie o te sytuacje, kiedy coś leży pod kanapą albo zapomniałam gdzie odłożyłam. Mówię o rzeczach, które znikają na kilka dni, a potem nagle się pojawiają w miejscu, gdzie na pewno wcześniej ich nie było. Ostatnio moje ulubione kolczyki leżały przez tydzień na parapecie w salonie. Szukałam ich wszędzie. Po tygodniu znalazłam je na półce w łazience, ustawione dokładnie obok siebie, jakby ktoś je tam celowo położył. Nikt z rodziny się nie przyznaje. Czy ktoś miał coś podobnego?
Takie znikanie to jeden z klasycznych objawów obecności w domu. Pytanie tylko jakiej. Czy to dzieje się regularnie, czy to był odosobniony przypadek? Bo to robi dużą różnicę w tym, jak to interpretować.
U mnie dokładnie to samo z kluczami do samochodu! Zniknęły na cztery dni, szukałam wszędzie, nawet w zamrażarce sprawdzałam bo słyszałam, że ludzie tam czasem nieświadomie kładą rzeczy. Nie ma. A po kilku dniach leżą sobie spokojnie na wycieraczce przy drzwiach wejściowych. Jakby ktoś je tam zostawił wracając do domu. Sama nie wiem co o tym myśleć szczerze mówiąc.
To zjawisko ma swoją nazwę - w literaturze paranormalnej mówi się o apportach albo o działaniu tak zwanych teleportów. Ale zanim zaczniemy szufladkować, chciałbym zapytać o szczegóły. Czy w obu przypadkach przedmioty wróciły w miejscach bardziej eksponowanych niż zniknęły? Bo to jest istotna wskazówka.
Apporty? Nigdy nie słyszałam tego słowa. Co to dokładnie jest? Przepraszam za głupie pytanie ale tutaj naprawdę nie znam się na tych rzeczach.
To ułożenie parami mnie zatrzymało. Czy w twoim domu ostatnio działy się jakieś inne dziwne rzeczy, poza tym konkretnym przypadkiem? Pytam bo ułożenie w pary ma symboliczne znaczenie w wielu tradycjach i jeśli to nie przypadek, to byłby to dość wyraźny sygnał.
Przy drzwiach to może być próg jako granica. W tradycji słowiańskiej próg był miejscem szczególnym, gdzie stykał się świat żywych ze światem duchów. Zostawienie czegoś przy progu przez byt mógłoby być formą komunikacji albo zaznaczenia obecności. Ale nie chcę od razu straszyć, bo to może mieć różne zabarwienie.
Pół roku to konkretna wskazówka. Zastanawiam się czy coś zmieniło się w twoim otoczeniu w tym czasie. Nowe meble, rzeczy z drugiej ręki, cokolwiek co weszło do domu z zewnątrz? Albo zmiana w relacjach, stres, większa emocjonalność? Bo to też może aktywować pewne energie.
Zawsze mnie ciekawiło dlaczego właśnie rzeczy używane miałyby przynosić energie. Skąd wiadomo że coś przyszło z meblem a nie mieszkało tam wcześniej?
A czy ktoś próbował w takim razie jakoś to sprawdzić? Pytam bo ja nadal nie wiem co z tymi kluczami, i zastanawiam się czy po prostu zapomnieć czy może coś z tym zrobić. Jak w ogóle weryfikować czy to jest coś albo nic?
Szczerość? Najpierw płakałam. Potem przez chwilę miałam takie dziwne poczucie ciepła, jakby ktoś był w pokoju. Ale szybko powiedziałam sobie żeby nie przesadzać.
A co jeśli ktoś nie czuje nic konkretnego? Bo ja przy tych kluczach byłam bardziej zirytowana i zdziwiona niż cokolwiek innego. Czy to znaczy że mój przypadek to po prostu moje własne roztargnienie?
Teraz jak o tym myślę... tak. Trochę mi ulżyło, ale myślałam że to po prostu ulga z odnalezienia kolczyków. Nie łączyłam tego z emocjami.
Nie. Zazwyczaj wrzucam je luzem do pudełka z innymi rzeczami. Nigdy nie układam ich parami. To właśnie mnie uderzyło kiedy je zobaczyłam, ale jakoś... nie powiedziałam tego wcześniej głośno.
Tak. Zawsze układała biżuterię parami, mówiła że to jedyny sposób żeby nic nie zginęło. Mnie to zawsze śmieszyło bo sama nigdy nie miałam cierpliwości do takich rzeczy. Czytając to teraz, sama widzę co piszę.
To jest niesamowite. Znaczy, że ktoś ułożył je tak jak ona układała? A nie tak jak ty to robisz? Jak można to wytłumaczyć inaczej?
Nawet jeśli to był nieświadomy odruch, to skąd wzięły się kolczyki? Najpierw ich nie było, potem się znalazły. Tego nie wyjaśnia żadna pamięć nieświadoma.
Tak. Szukałam ich w pudełku i ich nie było. Parę dni później leżały na komodzie, której prawie nie używam, ułożone obok siebie, każdy przy swoim. Nikt inny w mieszkaniu nie był w tym czasie.
Sama. Kotka się nie liczy, i raczej nie układa biżuterii 🙂
A czy można coś odpowiedzieć? Zrobić coś, żeby dać znak że się rozumie? Pytam naiwnie, nie znam się na tym, ale wydaje mi się że jeśli ktoś zostawia kartki z podpisem, to chyba można odpisać?
Oba razy wieczorem. Raz w salonie, raz w sypialni. Żarówki były nowe, sprawdziłam. Może zbieg okoliczności, ale skoro pytacie o szczegóły to mówię wszystko.
Zakłócenia elektryczne przy kontaktach to jest chyba najpopularniejszy temat w takich rozmowach. Ale zastanawiam się, czy ktoś tu miał coś podobnego u siebie? Nie pytam żeby odciągnąć od Luizy, pytam bo może porównanie pomoże.
To pytanie może brzmieć głupio, ale czy to ustaje samo dlatego że coś się kończy, czy dlatego że my przestajemy zauważać? Bo nie wiem jak odróżnić jedno od drugiego.
Tak. I to mnie jednocześnie uspokaja i niepokoi. Ale chyba bardziej uspokaja.
Był. Kłótnia sprzed kilku lat, o coś co teraz wydaje mi się małe. Ale wtedy nie ustąpiłam i ona też nie. I tak to zostało zawieszone. Odwiedzałam ją, rozmawiałyśmy, ale tego jednego tematu nigdy nie dotknęłyśmy.
Cztery dni. Znalazłam je na stoliku nocnym. A szukałam w całym mieszkaniu, ten stolik też sprawdzałam, kilka razy. Leżały po prostu na wierzchu jakby tam zawsze były.
Cztery dni to nie jest chwila. To nie jest że odłożyłaś roztargniona i zapomniałaś. To jest wystarczająco długo żeby naprawdę przeszukać mieszkanie.
