Serce się zatrzymuje, oddech ustaje, na monitorze zostaje prosta linia. Medycyna nazywa ten stan śmiercią kliniczną i daje kilka minut na jego odwrócenie – potem zmiany w mózgu stają się nieodwracalne. A jednak niemal co piąta osoba, którą udało się przywrócić do życia, opowiada później o czymś, czego nie sposób zmieścić w karcie pacjenta: o głębokim spokoju, o świetle, o patrzeniu na własne ciało z góry, o całych latach przewijających się w jednej chwili.
Cały wpis dostępny tutaj: Śmierć kliniczna – relacje zza progu
Przeczytałam ten tekst dwa razy i mam gęsią skórkę. Zawsze bałam się śmierci tak bardzo, że nawet nie umiałam o niej rozmawiać, a tutaj nagle czytam o spokoju i cieple. Powiedzcie mi szczerze: czy każda osoba, którą udało się odratować, coś pamięta? Bo jeśli tak, to znaczy, że tam naprawdę coś jest.
Zatrzymałem się na pierwszym akapicie, bo nigdy nie rozumiałem tego rozróżnienia. Czym w praktyce różni się śmierć kliniczna od tej ostatecznej? Bo skoro człowiek wraca, to czy on w ogóle był martwy?
Muszę się podzielić, bo mam to w rodzinie. Moja ciotka miała rozległy zawał, reanimowali ją długo. Kiedy ją odwiedziłam po dwóch tygodniach, powiedziała mi jedno zdanie, którego nie zapomnę: „Wiesz, tam nie było strasznie, tam było ciepło”. Nigdy wcześniej nie interesowała się niczym duchowym, była twardo stąpającą po ziemi księgową.
Ja tam czytałem że to napewno to samo co podróż astralna, tylko że serce staje. Wogóle wszyscy widzą ten tunel, więc to chyba wystarczajacy dowód że dusza wychodzi z ciała i tyle w temacie.
Czytałam w prasie o tym neurochirurgu ze Stanów, o którym jest wzmianka w tekście. Rozumiem, że książka wyszła w październiku i zrobił się z tego prawdziwy medialny huragan. Ciekawi mnie, na ile to jest wiarygodne, a na ile wydawniczy strzał w dziesiątkę.
A czy ktoś to bada porządnie, czy to tylko zbiory anegdot? Bo dla mnie różnica jest zasadnicza. Chętnie poczytałbym coś konkretnego.
Czytałem gdzieś, że ten Moody to był neurochirurg, conajmniej tak mi zostało w pamięci, więc jak on coś mówi to musi być prawda. A skala Greysona jak rozumiem mierzy jak długo ktoś był martwy, im dłużej tym mocniejsze przeżycie.
Najbardziej porusza mnie przegląd życia. Czytałam relację kobiety, która mówiła, że nie tylko zobaczyła swoje czyny, ale poczuła je tak, jak czuli je inni ludzie. Każde przypadkowe okrucieństwo i każdy odruch dobroci – od drugiej strony. To brzmi jak najuczciwszy rachunek sumienia, jaki można sobie wyobrazić.
Boję się zadać to pytanie, ale zadam: czy to boli? I czy zdarzają się doświadczenia straszne? Bo wszędzie czytam tylko o świetle i miłości, a przecież tak nie może być zawsze.
Zajrzałem do tego, co mówią sceptycy, i przyznam, że argumenty nie są słabe. Niedotlenienie zawęża pole widzenia i to daje efekt tunelu. Endorfiny tłumaczą euforię. Stymulacja okolicy skroniowo-ciemieniowej wywołuje wrażenie wyjścia z ciała – pokazano to na stole operacyjnym. Więc czy nie jest tak, że mamy po prostu bardzo ładny fajerwerk umierającego mózgu?
Padło tu pytanie, jak to w końcu rozstrzygnąć. Odpowiem wprost: dzisiaj się nie da i trzeba to spokojnie przyjąć. Nauka ma narzędzia na kawałek zjawiska, nie na całość. Dlatego eksperyment z obrazkami widocznymi tylko spod sufitu jest tak ważny – to jedno z niewielu miejsc, gdzie da się postawić pytanie tak, żeby odpowiedź miała wartość. Do tego czasu i triumfalne „udowodniono”, i pogardliwe „bzdura” są przedwczesne.
Osobny wątek to dzieci. Czytałam, że relacje kilkuletnich pacjentów są zaskakująco podobne do relacji dorosłych, chociaż dzieci nie znają jeszcze kulturowych opowieści o tunelu i światłości. Dla mnie to jeden z najmocniejszych argumentów, żeby nie zbywać tego wzruszeniem ramion.
Wracam do tego srebrnego sznura, bo mi się to nie skleja. Przecież jak on się przerywa to już nie wracasz. Czyli każdy kto wrócił, poprostu nie był naprawdę martwy i cała ta dyskusja jest conieco na wyrost.
Ciekawi mnie, dlaczego tak wiele tradycji lokuje wyjście świadomości w szczycie głowy. Czuję w tym pewną konsekwencję: ośrodek korony jako brama, światło jako pierwszy kontakt, a potem albo powrót, albo dalsza droga.
Mam pytanie praktyczne. Moja teściowa przez lata nie chciała o tym mówić, bo raz usłyszała od lekarza, że „to były leki”. Zamknęła się i temat umarł. Jak rozmawiać z kimś, kto to przeżył, żeby nie zrobić mu krzywdy?
Wracam do swojego pytania sprzed kilku dni, bo nie daje mi spokoju. Czy ludzie po takim doświadczeniu faktycznie przestają bać się śmierci? Bo jeśli tak, to jest w tym coś, co chciałabym zrozumieć, nawet bez przechodzenia przez cokolwiek podobnego.
Potwierdzam wszystko, co padło wyżej o przewartościowaniu życia. Moja ciotka po zawale rzuciła pracę w biurze, zaczęła jeździć do hospicjum jako wolontariuszka i mówiła, że wreszcie robi coś, co ma sens. Rodzina uznała, że oszalała. Ona twierdziła, że dopiero teraz jest normalna.
Zapytam wprost o coś, co mi ciąży: czy to nie może być zwyczajnie sen albo majaczenie po lekach? Przecież człowiek na sali jest naszpikowany środkami.
Skoro EEG jest płaskie to mózg wogóle nie działa, więc to musi być dusza, nie ma innej możliwości. Tez tak myślicie? Narazie nikt tego nie obalił, a jak nikt nie obalił to znaczy że prawda.
Zastanawiam się nad czymś jeszcze. Wiele osób sięga po te relacje po stracie kogoś bliskiego i traktuje je jak dowód, że zmarły jest bezpieczny. Rozumiem to, sama tak miałam. Ale mam wątpliwość, czy budowanie żałoby na czymś, co pozostaje otwartym pytaniem, na pewno pomaga.
Muszę napisać coś, co być może zabrzmi ostro, ale uważam, że musi paść w tym wątku. Widziałam już w sieci pytania, jak „sprawdzić” takie doświadczenie na sobie. Nie ma czegoś takiego jak bezpieczna próba. Zatrzymanie krążenia zabija, a niedotlenienie mózgu zostawia trwałe uszkodzenia. To nie jest ścieżka rozwoju, tylko prosta droga do nieszczęścia.
Chciałam wam podziękować. Weszłam w ten wątek ze strachem, a wychodzę z czymś w rodzaju spokoju. Nie wiem, czy tam coś jest, i chyba pierwszy raz w życiu umiem powiedzieć, że nie muszę tego wiedzieć od razu.
Dobra, przyznaje się. Pomyliłem to z podróżą astralną, z Moodym też strzeliłem gafę i z tym EEG chyba za bardzo mnie poniosło. Dzieki że nikt sie nie śmiał tylko wytłumaczył. Musze conieco doczytać zanim nastepnym razem otworze usta.
Podsumowując po tych kilkunastu dniach czytania was wszystkich: zostaję z przekonaniem, że nie mam prawa nikomu powiedzieć, co jego ciotka, matka czy babcia „naprawdę” widziała. Mogę tylko wysłuchać. I chyba to jest cała moja mądrość z tego wątku.
Mam jeszcze jedno pytanie, bo natknąłem się na przypadki utonięć w bardzo zimnej wodzie, gdzie ludzi odratowywano po kilkudziesięciu minutach. Czy w tych relacjach jest coś innego niż przy zwykłym zatrzymaniu krążenia?
