Serce się zatrzymuje, oddech ustaje, na monitorze zostaje prosta linia. Medycyna nazywa ten stan śmiercią kliniczną i daje kilka minut na jego odwrócenie - potem zmiany w mózgu stają się nieodwracalne. A jednak niemal co piąta osoba, którą udało się przywrócić do życia, opowiada później o czymś, czego nie sposób zmieścić w karcie pacjenta: o głębokim spokoju, o świetle, o patrzeniu na własne ciało z góry, o całych latach przewijających się w jednej chwili.
Cały wpis dostępny tutaj: Śmierć kliniczna - relacje zza progu
Przeczytalam to dwa razy i mam gesią skórke. Zawsze sie bałam smierci tak bardzo ze nie umiałam nawet o tym gadac, a tu czytam o cieple i spokoju. Powiedzcie mi szczerze, czy każdy kogo odratowali cos potem pamięta? bo jesli tak to znaczy ze tam naprawde coś jest 🙁
zatrzymalem sie na pierwszym akapicie bo nigdy nie rozumialem tego podziału. czym w praktyce rozni sie smierc kliniczna od tej ostatecznej? skoro ktos wraca to czy on wogole byl martwy?
Muszę sie tym podzielić, bo mam to w rodzinie. Moja ciocia miała rozległy zawał, reanimowali ją długo. Jak odwiedziłam ją po dwóch tygodniach, powiedziała mi jedno zdanie którego nie zapomnę: „Wiesz, tam nie było strasznie, tam było ciepło". Nigdy wcześniej nie interesowała się niczym duchowym, twarda księgowa, naprawdę <3
ja tam czytalem ze to napewno to samo co podroz astralna tylko ze serce staje. wogole wszyscy przeciez widza ten tunel wiec to chyba wystarczajacy dowod ze dusza wychodzi z ciala i juz 😉
Czytałam w gazecie o tym neurochirurgu ze Stanów, o którym jest wzmianka w tekscie. Z tego co rozumiem książka wyszła w październiku i zrobił sie z tego niezły medialny szum. Zastanawiam sie ile w tym wiarygodnosci, a ile po prostu dobrego wyczucia chwili na wydanie.
a bada to ktos porzadnie czy to tylko zbiór anegdot? bo dla mnie to zasadnicza roznica. chetnie bym poczytał cos konkretnego
no własnie ten Moody to bal chyba neurochirurg conajmniej tak mi zostalo w głowie, wiec jak on cos mowi to musi byc prawda. a ta skala Greysona jak rozumiem mierzy jak dlugo ktos byl martwy, im dluzej tym mocniejsze przezycie nie?
Najbardziej porusza mnie ten przegląd życia. Czytałam relację kobiety, która mówiła ze nie tylko zobaczyła swoje czyny, ale poczuła je tak jak czuli je inni ludzie. Każde nieprzemyślane okrucieństwo i każdy gest dobroci, od drugiej strony. Brzmi jak najuczciwszy rachunek sumienia, jaki można sobie w ogóle wyobrazić.
Boje sie o to zapytac, ale zapytam. czy to boli? i czy zdarzają sie przezycia straszne? bo wszedzie czytam tylko o swietle i milosci, a przeciez tak chyba nie jest zawsze.
zajrzałem do tego co mowia sceptycy i przyznam ze argumenty nie sa słabe. niedotlenienie zaweza pole widzenia i masz efekt tunelu. endorfiny tłumaczą euforię. drazniąc okolicę skroniowo-ciemienioną wywołuje sie wrazenie wyjscia z ciała, pokazali to na stole operacyjnym. wiec moze to po prostu ładny fajerwerk umierającego mozgu?
Padło tu pytanie jak to w końcu rozstrzygnąc i odpowiem wprost: dzisiaj sie nie da i chyba trzeba to spokojnie przyjąc. nauka ma narzedzia na kawalek zjawiska, nie na calosc. dlatego ten eksperyment z obrazkami pod sufitem jest tak wazny, to jedno z niewielu miejsc gdzie da sie postawic pytanie tak, ze odpowiedz cos znaczy. do tego czasu i triumfalne „udowodniono" i pogardliwe „bzdura" są przedwczesne.
Osobny temat to dzieci. Czytałam, ze relacje kilkuletnich pacjentów sa zaskakujaco podobne do relacji dorosłych, choc dzieci nie znają tych wszystkich opowieści o tunelu i swiatłosci. Dla mnie to jeden z mocniejszych argumentow zeby nie zbywac sprawy wzruszeniem ramion.
wracam do tego srebrnego sznura bo mi sie to nie sklada. przeciez jak on sie przerywa to juz nie wracasz. czyli kazdy kto wrocil po prostu nie byl naprawde martwy i cała ta dyskusja jest troche na wyrost co nie?
Ciekawi mnie czemu tyle tradycji umieszcza wyjście swiadomości w czubku głowy. Czuje w tym jakąś konsekwencje: osrodek korony jako brama, swiatło jako pierwszy kontakt a potem albo powrót albo dalsza droga. Czy to przypadek ze tak wiele kultur to pokrywa?
Mam pytanie praktyczne. Moja teściowa przez lata nie chciała o tym mówic, bo raz usłyszała od lekarza ze „to były leki". Zamknęła sie i temat umarł. jak rozmawiać z kimś kto to przezył, zeby mu nie zrobic krzywdy?
Wracam do pytania sprzed paru dni bo nie daje mi spokoju. Czy ludzie po takim przezyciu faktycznie przestają bac sie smierci? bo jesli tak to jest w tym cos co chciałabym zrozumiec, nawet bez przechodzenia przez cokolwiek podobnego.
Potwierdzam to co padło wyżej o przewartościowaniu. Moja ciocia po zawale rzuciła pracę w biurze, zaczęła jeździć do hospicjum jako wolontariuszka i mówiła że wreszcie robi coś co ma sens. Rodzina uznała że oszalała. Ona twierdziła że dopiero teraz jest normalna.
zapytam wprost o cos co mi ciazy: czy to nie moze byc zwyczajnie sen albo majaczenie po lekach? przeciez człowiek na sali jest naszprycowany roznymi srodkami
skoro EEG jest płaskie to mozg wogole nie działa, wiec to musi byc dusza, nie ma innej mozliwosci. tez tak myslacie? narazie nikt tego nie obalil a jak nikt nie obalil to znaczy ze prawda
@Amulecja tu akurat nie do końca sie zgodzę. Myslę że to zależy czy szukamy pociechy czy dowodu. Pociecha jest w porządku, po stracie potrzebujemy obrazów które pozwalają oddychać. Gorzej kiedy zaczynamy od tych relacji żądać pewności, której nie dają. Wtedy łatwo o rozczarowanie albo o naginanie faktów pod własny ból.
Zastanawiam sie nad czyms jeszcze. Wiele osób sięga po te relacje po stracie kogoś bliskiego i traktuje je jak dowód że zmarły jest bezpieczny. Rozumiem to, sama tak miałam. Ale mam wątpliwość, czy opieranie żałoby na czymś co pozostaje otwartym pytaniem naprawdę pomaga na dłuższą metę?
Napiszę coś, co może zabrzmi ostro, ale musi tu paść. Widziałam już pytania w sieci, jak „sprawdzić" takie przeżycie na sobie. Nie ma czegoś takiego jak bezpieczna próba. Zatrzymanie krążenia zabija, a niedotlenienie mózgu zostawia trwałe uszkodzenia. To nie jest żadna ścieżka rozwoju, tylko prosta droga do nieszczęścia.
Chciałam Wam podziękować. Weszłam w ten watek ze strachem, a wychodzę z czyms w rodzaju spokoju. Nie wiem czy tam cos jest i chyba pierwszy raz w zyciu umiem powiedziec ze nie musze tego wiedziec od razu 🙂
dobra przyznam sie, mieliscie racje. pomylilem to z podroza astralną, z Moodym tez strzelilem gafe, a z tym EEG chyba za bardzo mnie ponioslo. sorki ze sie tak upierałem. dzieki ze nikt sie nie smial tylko wytlumaczyl, musze conieco doczytac zanim nastepnym razem otworze usta 😉
Po tych kilkunastu dniach czytania Was wszystkich zostaje mi jedno przekonanie, nie mam prawa nikomu mówic co jego ciocia, matka czy babcia „naprawde" widziała. Moge tylko wysłuchac. i chyba to jest cała moja madrosc z tego watku.
mam jeszcze jedno pytanie bo natknąłem sie na przypadki utonieć w bardzo zimnej wodzie gdzie ludzi odratowywano po kilkudziesięciu minutach. czy w tych relacjach jest coś innego niz przy zwykłym zatrzymaniu krązenia?
