Nie wiem jak to opisać, więc po prostu napiszę jak jest. Od jakiegoś czasu zdarza mi się, że leżę w nocy w chłodnym pokoju, okno uchylone, pod cienką kołdrą, i nagle czuję jakby ktoś otulił mnie ciepłem od zewnątrz. Nie od środka, nie gorączka, nie pot. Dosłownie jakby coś ciepłego owinęło się wokół mnie. Ramiona, plecy, nogi. Termometr pokazuje 17 stopni w pokoju, a ja leżę i się pocę przez chwilę, po czym to mija. Żadnych dźwięków, żadnych cieni, nic. Czy ktoś to zna?
Znam to uczucie i też długo nie wiedziałam co o tym myśleć. U mnie było podobnie, zimna sypialnia, a nagle jakby ktoś położył mi rękę na ramieniu i zrobiło się ciepło w tym miejscu. Trwało może minutę. Zastanawiam się czy to w ogóle ma związek z duchami, bo czytałam różne rzeczy i nie ma jednej odpowiedzi.
Zanim zaczniemy to interpretować, chciałbym zapytać o kilka rzeczy. Czy to się zdarza o konkretnych porach? Regularnie o tej samej godzinie, czy losowo? I czy jesteś wtedy w stanie czuwania, półsnu, czy wyraźnie na jawie?
Hej, ja bym może od razu nie skakał na duchy. Pytam szczerze, bo sam nie wiem: czy to nie może być po prostu jakiś efekt fizjologiczny? Że ciało samo produkuje ciepło przy zasypianiu albo coś z ciśnieniem? Pytam, bo zanim wpadnę w spiralę paranormalną, wole mieć pewność że to nie ja jestem źródłem.
Po takim epizodzie śpię zwykle bardzo dobrze. Jakby spokojniej. Rano nie mam poczucia, że działo się coś złego, raczej odwrotnie. Choć nie wiem czy to ma jakieś znaczenie.
Ten sweter... to jest coś. Nie powiem ci że wiem co to znaczy, ale takie szczegółowe, sensoryczne wspomnienie pojawiające się akurat wtedy, to nie jest przypadkowe. Przynajmniej moim zdaniem.
Zastanawiam się... Myślę, że pierwsze razy były już po przeniesieniu zdjęcia. Ale nie jestem pewna co było pierwsze, bo to był bardzo trudny okres i nie pamiętam wszystkiego dokładnie. Może ktoś inny to oceni lepiej, ale dla mnie te dwie rzeczy są połączone.
Chyba spontaniczny. Pamiętam że pewnego wieczoru po prostu weszłam do salonu, wzięłam je i postawiłam przy łóżku. Nie myślałam o tym za bardzo. Chciałam żeby była gdzieś blisko kiedy zasypiam. To brzmi może dziwnie.
Nie brzmi dziwnie. Brzmi bardzo ludzko. I mnie zastanawia jedno, bo to może mieć znaczenie dla całej tej rozmowy. Czy po tym geście poczułaś się inaczej w tej sypialni, jeszcze zanim zaczęło się to ciepło?
Ale zaraz, to jest właśnie ten moment który mnie zastanawia od początku. Jeśli było zimno w pokoju i weszłaś pod kołdrę, to skąd wiesz że ciepło przyszło "z zewnątrz"? Ciało samo wytwarza ciepło pod kołdrą, to normalne.
Nie wiem. To znaczy, czuję się trochę tak jakby coś zaskoczyło na miejsce. Ale jednocześnie jest mi trochę smutno i dobrze jednocześnie. Nie umiem tego lepiej nazwać. Trochę jakby to potwierdzenie czegoś, w co chciałam wierzyć ale bałam się.
To smutno i dobrze jednocześnie to bardzo ludzki opis żałoby która jeszcze trwa. Mam takie poczucie że to ciepło jest w jakimś sensie częścią tego procesu, niezależnie co myślimy o jego naturze.
Czy zauważyłaś jakiś wzorzec kiedy to się zdarza? Na przykład czy jest jakiś dzień w tygodniu, albo związek z tym co przeżywasz w ciągu dnia? Przepraszam jeśli to banalne pytanie, ale mnie to ciekawi.
To jest podobne do tego co czytałam kiedyś o tym jak działa żałoba, że w momentach gdy bariera między codziennym funkcjonowaniem a emocjami jest cieńsza, coś jakby przepływa. Nie wiem czy to dobra analogia.
To że pilność z czasem przeszła w spokojną obecność pasuje do wielu opisów które znam. Jakby na początku było coś do przekazania albo ustalenia, a potem zostaje tylko bycie razem. Ale nie chcę nadinterpretować, bo to tylko skojarzenie.
Nie wiem czy to moje wyczucie czy po prostu życzenie, ale... w pierwszych tygodniach po śmierci babci byłam w takim stanie że nie do końca wierzyłam że to się naprawdę stało. I może ta pilność odpowiadała właśnie temu momentowi. Potem jakoś przyjęłam to co się stało i ciepło też zmieniło charakter. Ale to może być tylko moja interpretacja nałożona na wspomnienie.
