Okej, ale to brzmi jak coś, co po prostu robi każdy, kto wstaje rano z łóżka. Mam pytanie szczere, nie sarkastyczne: jaka jest różnica między "uziemiającym ćwiczeniem z muladharą" a zwykłym staniem na podłodze bez żadnej filozofii za tym?
Wracam do tego, co mówiliśmy wcześniej, bo myślę, że ta rozmowa o dysocjacji i uziemieniu pokazuje coś istotnego dla całego tematu wątku. Depresja bardzo często wiąże się właśnie z odcięciem od ciała. I w tym sensie praca z muladharą jako powrót do ciała ma sens kliniczny, nawet jeśli nie wierzymy w energię jako taką. Czy ktoś tutaj miał to potwierdzone przez terapeutę?
Mój terapeuta nigdy nie używał słowa muladhara, ale mówił dużo o "zasobach w ciele" i o tym, żeby zaczynać od kontaktu z fizycznym otoczeniem. Kiedy powiedziałam mu później, że ćwiczę uziemienie jako pracę z pierwszą czakrą, tylko wzruszył ramionami i powiedział, że ważne, że działa.
To jest akurat postawa, którą szanuję u terapeutów. Pytanie tylko, czy wszyscy mają tyle szczęścia. Bo słyszałam od kilku osób, że ich terapeuci reagowali wyraźnie sceptycznie albo nawet zniechęcali do takich praktyk. I to zniechęcenie potrafiło zamknąć kogoś na obie rzeczy jednocześnie.
To jest właśnie jeden z moich lęków przed terapią. Że przyjdę z tym, co dla mnie ma znaczenie, i usłyszę, że to głupstwo. Wiem, że to irracjonalne, ale to mnie blokuje.
Chcę powiedzieć, że ta rozmowa dała mi więcej niż myślałam, że dostanę, kiedy zakładałam ten temat. Nie mam jeszcze żadnych odpowiedzi, ale mam pytania, które warto zadać sobie i terapeucie. Chyba to i tak dużo.
