Zastanawiam się od jakiegoś czasu, czy praca z czakrami może jakoś realnie pomóc przy depresji. Mam na myśli nie zamiast leczenia, bo to oczywiste że psychiatra i terapia są ważne, ale jako coś dodatkowego. Sama zmagam się z lękiem i brakiem poczucia bezpieczeństwa i ktoś mi powiedział, że to kwestia pierwszej czakry. Czy ktoś ma doświadczenie z tym tematem? Czy w ogóle można celowo pracować z konkretną czakrą, żeby przepracować określony lęk?
Temat jak najbardziej zasadny i cieszę się, że to napisałaś w taki sposób, bo dużo ludzi przychodzi tutaj z myślą, że czakry zastąpią leczenie. Ale twoje pytanie jest inne i to ważne rozróżnienie. Co do pierwszej czakry, muladhary, to tak, odpowiada za poczucie bezpieczeństwa, zakorzenienie, stabilność. Jeśli ktoś żyje w chronicznym lęku albo czuje się niestabilnie emocjonalnie, to często właśnie tam jest blokada. Ale mam pytanie do ciebie, jak ten lęk u ciebie wygląda? Czy to lęk o przyszłość, o przeżycie, o relacje?
Przepraszam, że może głupie pytanie, ale jak w ogóle można stwierdzić, która czakra jest zablokowana? Czy to trzeba poczuć, czy jest jakaś metoda? Bo czytałam różne rzeczy i jedni mówią o intuicji, drudzy o wahadle, a jeszcze inni o jakichś skanowaniach energetycznych.
Ja swego czasu próbowałam medytacji na muladharę kiedy miałam bardzo ciężki okres i powiem szczerze, że nie wiem do dziś czy to czakry pomogły, czy po prostu to, że w ogóle zaczęłam siadać w ciszy i skupiać się na sobie. Trudno mi rozdzielić jedno od drugiego.
Wchodzę do tematu, bo to mnie interesuje od strony praktycznej. Pracowałem z kilkoma osobami w depresji, nie zamiast terapii, zawsze podkreślam to wyraźnie, i zaobserwowałem pewien wzorzec. Muladhara i anahata to najczęściej zablokowane miejsca. Muladhara daje poczucie, że mam prawo istnieć i być bezpieczny. Anahata, kiedy jest zamknięta, daje taką samotność i odcięcie od innych nawet kiedy ludzie są obok. Czy ktoś z was to zna z własnego doświadczenia?
Słucham tej rozmowy i zastanawia mnie jedno, czy ktoś próbował łączyć pracę z czakrami z jakimś rytuałem uziemiającym? Bo czytałem trochę o rytuałach związanych z żywiołem ziemi i wydawało mi się, że to może działać właśnie na tę pierwszą czakrę.
Czytam to wszystko i mam pytanie, może naiwne. Czy praca z czakrami nie wymaga jakiegoś prowadzenia przez kogoś doświadczonego, szczególnie przy depresji? Bo boję się, że samodzielne grzebanie w tych energiach może coś naruszyć albo coś otworzyć, z czym sobie nie poradzę.
zawsze od muladhary. Zawsze. Nie ma sensu otwierać serca, jeśli człowiek nie czuje gruntu pod nogami. To jak próbować budować drugie piętro bez fundamentów. Anahata może poczekać.
medytacja, ale bardzo krótka, pięć minut maksymalnie. Plus terapia regularnie. I to chodzenie boso, które tu ktoś wcześniej wspominał, zaczęłam wychodzić na trawę rano, nawet kiedy było zimno. Brzmi absurdalnie, ale jakoś to pomagało.
Nie brzmi absurdalnie, mnie bardziej dziwi co innego. Jak wy w ogóle wiecie, że robiecie to właściwie? Że medytujecie na muladharę, a nie po prostu siadacie i oddychacie? Skąd ta pewność, że to jest praca z czakrą, a nie tylko chwila ciszy?
Mam pytanie trochę z innej strony. Czy ktoś kiedyś próbował połączyć pracę z muladharą z jakimś prostym rytuałem, na przykład używaniem konkretnego kamienia podczas medytacji? Czytałem o czarnym turmalinie i zastanawiam się, czy to w ogóle ma sens przy depresji, czy to może być za dużo naraz.
Ale zaraz, zaraz. Jeśli weryfikujemy przez doświadczenie, to jak odróżnić, że coś zadziałało przez czakrę, a nie przez sam spokój siedzenia w ciszy albo przez efekt placebo? Pytam serio, bo sama próbowałam różnych rzeczy i nigdy nie wiedziałam, co tak naprawdę pomogło.
To mnie bardzo uderzyło. Nigdy tak nie patrzyłam na swoje praktyki. Teraz myślę, że czasem robiłam rzeczy właśnie po to, żeby nie myśleć o pewnych sprawach. I to niekoniecznie było złe, ale warto wiedzieć, co się robi i dlaczego.
częściowo tak, ale zależy od grupy i od tego, kto prowadzi. Dobrze poprowadzona grupa daje właśnie tę obecność innych, która pomaga nie odpłynąć zbyt daleko. Ale jeśli prowadząca osoba nie zna się na pracy z trudnymi stanami emocjonalnymi, może nie zauważyć, że ktoś się gubi.
Wracając do czakry podstawy i lęku, bo to był pierwotny wątek tej rozmowy. Muladhara to bezpieczeństwo, ale nie w sensie abstrakcyjnym. Chodzi o bezpieczeństwo ciała, o poczucie, że masz ziemię pod nogami. Przy depresji to często pierwsza rzecz, która odpada. I dlatego praca od tego miejsca ma sens, ale wymaga czasu i cierpliwości.
No więc właśnie, muladhara i lęk. Chciałem dodać do tego, co zacząłem pisać, bo skończyłem trochę w połowie myśli. Przy depresji to nie jest tak, że czakra podstawy jest po prostu zablokowana i wystarczy ją odblokować. Często jest inaczej, jest jakby zamrożona, a to różnica. Blokada to napięcie, zamrożenie to brak kontaktu. I praca z tymi dwoma stanami wygląda zupełnie inaczej.
Mogę odpowiedzieć na to praktycznie. Podstawa to praca z ciałem fizycznym, nie z wyobrażeniami. Chodzenie boso po ziemi, kładzenie się na podłodze, poczucie własnego ciężaru, powolne jedzenie i zwracanie uwagi na smak. To brzmi banalnie, ale przy depresji te rzeczy są naprawdę trudne do zrobienia, bo wymagają bycia obecnym w ciele, którego człowiek może nie chcieć czuć.
to ważne pytanie i dobrze, że je zadajesz. Tak, mogą. Jeśli ktoś jest w głębszym epizodzie i ma tendencję do tego, żeby doświadczenie ciała było źródłem bólu, to nagłe zwrócenie uwagi na ciało może to nasilić. Nie mówię, żeby nie próbować, ale żeby być uważną na sygnały i mieć plan na wypadek, gdyby było gorzej.
Mogę się tu wtrącić z własnego doświadczenia? Miałam etap, kiedy jakakolwiek praca z ciałem była dla mnie za dużo. Wszystko co skupiało uwagę wewnątrz powodowało panikę albo płacz. Dopiero jak zaczęłam robić to z terapeutką, w jej obecności, coś się zmieniło. Sama bym tego nie przeszła.
Słucham tej rozmowy i myślę, że sama przez długi czas robiłam z medytacji taką właśnie ucieczkę. I nie wiedziałam o tym. Teraz kiedy to widzę, nie wiem, czy powinnam w ogóle wracać do tych praktyk, czy to zawsze będzie u mnie wyglądało tak samo.
Wracając do pytania o lęk i czakrę podstawy, które pojawiło się na początku tego wątku. Czy jest jakaś konkretna różnica między pracą z muladharą gdy mam depresję, a gdy mam głównie lęk? Bo u mnie te dwa stany się przeplatają i nie wiem, czy podejście jest takie samo.
Dodam do tego, bo to ważne, żeby nie myśleć o tych prostych rzeczach jako o czymś mało poważnym. Praca z muladharą nie polega na intensywności. Polega na regularności. Pięć minut każdego dnia przez miesiąc zrobi więcej niż godzinna sesja raz w tygodniu.
Słucham tej dyskusji i myślę, że dla mnie ten język czakr po prostu działa lepiej psychologicznie. Jak mówię sobie, że "muszę poprawić oddech", to coś we mnie się opiera. Jak mówię, że "chcę zadbać o muladharę", to jest jakoś inaczej. Może głupio to brzmi, ale tak to u mnie wygląda.
Nie brzmi głupio. Mnie też pewne słowa po prostu bardziej trafiają niż inne. Chociaż przez długi czas myślałam, że to znaczy, że jestem zbyt wrażliwa albo że nie podchodzę do tego racjonalnie.
Właściwy moment to trochę mit, który sama sobie tworzyłam przez długi czas. Zawsze znajdzie się powód, żeby poczekać jeszcze trochę. W końcu poszłam zupełnie przypadkowo, w złym dniu, bez żadnego przygotowania i to właśnie wtedy coś ruszyło.
Czytam tę rozmowę od jakiegoś czasu i zastanawiam się nad czymś. Czy praca z czakrami przy depresji wymaga jakiegoś konkretnego przygotowania? Bo z tego, co rozumiem, można przypadkowo "otworzyć" coś, z czym potem człowiek sobie nie radzi.
To ważne pytanie, ale myślę, że odpowiedź na nie powinna paść raczej od terapeuty niż od nas tutaj. Mogę powiedzieć, że jeśli masz wątpliwości co do tego, co się z tobą dzieje podczas takich epizodów, to warto to omówić z psychologiem zanim zaczniesz intensywniejszą pracę z ciałem. I niekoniecznie zamiast, po prostu w pierwszej kolejności.
