Siedziałam ostatnio nad książką o śmiechu w kontekście duchowym i uderzyło mnie, że prawie nikt nie łączy poczucia humoru z pracą z czakrami. A przecież zdolność śmiania się z siebie to coś głębokiego, nie tylko cecha charakteru. Zastanawiam się, która czakra za to odpowiada. Pierwsza myśl to oczywiście trzecia czakra, solar plexus, bo tam siedzi ego i tożsamość. Ale im dłużej myślę, tym bardziej skłaniam się ku czwartej albo nawet szóstej. Co wy na to?
Ciekawe postawienie sprawy. Mnie też zawsze intrygowało, że w systemach wedyjskich śmiech pojawia się jako wyraz otwartości serca, więc intuicyjnie szłem w stronę czwartej. Ale śmianie się z siebie wymaga dystansu do własnego ego, a to już brzmi bardziej jak szósta albo nawet siódma. Jak to widzisz, Herga, bo wydaje mi się, że mieszasz dwie różne rzeczy: poczucie humoru w ogóle i konkretnie dystans do siebie?
Ja bym nie uciekał od trzeciej czakry tak szybko. Manipura to nie tylko ego w sensie narcystycznym, to też pewność siebie i zdolność do lekkości w podejściu do własnej osoby. Człowiek z zablokowną manipurą często bierze siebie śmiertelnie poważnie. Znacie to uczucie, kiedy ktoś kompletnie nie umie przyjąć żartu na swój temat? Jakiś przykład z życia?
Przy runach mam podobne obserwacje, choć to trochę inny system. Runa Wunjo, którą wiążę z radością i lekkością, nie jest wcale ognista ani ziemska, jest raczej powietrzna, komunikacyjna. Zastanawiam się, czy to nie sugeruje, że zdolność do humoru siedzi wyżej w ciele niż sądzi większość. Gardłowa? Czy szósta?
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale mam wrażenie, że za mało mówimy o piątej czakrze. Vishuddha to komunikacja, ekspresja, a śmiech jest przecież formą wyrazu, reakcją na coś. Poza tym ludzie z zablokowanym gardłem często się nie śmieją, bo wstrzymują emocje w gardle dosłownie. Czy to nie jest trop?
Hej, a ja mam głupie pytanie może. Czy poczucie humoru w ogóle da się zmieniać przez pracę z czakrami? Bo zawsze myślałem, że albo człowiek ma poczucie humoru albo nie ma i już. Czy ktoś faktycznie poczuł różnicę po jakichś ćwiczeniach?
Wchodzę do dyskusji, bo mnie uderzyło coś, o czym nikt nie wspomniał. W tradycji tybetańskiej śmiech jest wprost łączony z przebudzeniem, nie z żadną konkretną czakrą, ale z całościowym rozluźnieniem identyfikacji z ego. Więc może pytanie "która czakra" jest trochę zbyt linearne? To może być efekt pracy z kilkoma naraz.
Mam inne doświadczenie z rytuałami i powiem tak: kiedy robiłam pracę z solarnym splotem, dużo rzeczy dotyczących poczucia własnej wartości się zmieniło, ale dystansu do siebie mi to nie dało. Dopiero kiedy zaczęłam pracować z czwartą czakrą i otwieraniem serca, pojawiło się coś, co bym nazwała miłosierdziem wobec siebie. A śmiech z siebie to chyba forma właśnie takiego miłosierdzia, nie?
A ja mam pytanie może trochę z innej strony. Czy osoba, która za dużo żartuje i śmieje się ze wszystkiego, ma zablokowaną czy nadaktywną czakrę? Bo znam kogoś takiego i zastanawiam się, czy nadmierny śmiech to nie jest ucieczka od emocji, czyli coś boli w środku i człowiek śmiechem to przykrywa.
Słuchajcie, a w tarocie jest karta, która kojarzy mi się z tym tematem od samego początku. Głupiec, zero. To jest właśnie ta lekkość, gotowość do śmiania się z siebie, brak ciężaru. Nie wiem, którą czakrę przypisać Głupcowi, ale jakby ktoś pytał, to ta karta oddaje dokładnie to, co opisujecie.
Pytanie Hergi mnie trafiło, bo sama zastanawiam się nad tym od jakiegoś czasu. Przy runach, kiedy pracuję z Kenaz, mam poczucie pracy z wewnętrznym światłem, z jasnym widzeniem. I to jest runa, którą niektórzy przypisują trzeciemu oku. Ale czy to mi dało poczucie humoru wobec siebie? Szczerze, nie wiem. Może trochę. Ale może to zbieg okoliczności.
Indygo to klasyczny kolor adzny, tak, ale sama wizualizacja koloru to moim zdaniem za mało. Co mi osobiście pomaga, to patrzenie na pewne typy sztuki, szczególnie malarstwo, które ma w sobie coś z perspektywy, z odległości, z oglądania sceny jakby z góry lub z boku. Breugel mi kiedyś bardzo otworzył coś w okolicach czoła, dosłownie. Śmieszne, ale tak to poczułam.
Breugel to ciekawy wybór, bo on właśnie maluje ludzi z dystansem, często trochę ironicznie. Te jego chłopskie sceny mają w sobie coś z obserwatora, który rozumie i nie ocenia, ale jednak widzi. To jest dokładnie ten klimat, o którym mówiłyście przy dystansie do siebie.
To jest dokładnie to, czego mi brakowało we wcześniejszych próbach. Siadałam do medytacji bez żadnego ustawienia i po pięciu minutach myślałam o zakupach. Ale jak ktoś mi powiedział żeby przed medytacją powiedzieć sobie jedno zdanie o tym czego szukam, to zostałam w tym dłużej. Może to właśnie jest intencja w praktyce?
Świetne pytanie i dobrze, że ktoś to powiedział wprost. Bo możemy gadać o indygo i Breugelu w nieskończoność, a to jest sedno. Dla mnie wyglądało to tak, że zaczęłam opowiadać znajomym własne wpadki bez tej lekkiej paniki w brzuchu, którą wcześniej czułam. Przestałam w połowie historii oceniać, jak wypadam. Nie wiem, czy to szósta, ale poczułam to w głowie, nie w klatce piersiowej.
Szczerze? Pewnie jedno i drugie. Ale różnica, którą zauważyłam, była w ciele, nie w myśleniu. Myślałam o dystansie do siebie od dawna, rozumiałam to intelektualnie. A zmiana przyszła, kiedy przestałam to rozumieć i zaczęłam to czuć fizycznie, gdzieś między oczami. I to akurat zbiegło się z regularną pracą z szóstą, nie przed nią.
a ta zmiana w ciele, między oczami, to było coś przyjemnego czy raczej dziwne? Bo jak zaczynam myśleć o czakrach, to zaraz zaczynam się zastanawiać, czy cokolwiek czuję to nie jest autosugestia.
