Mogę podać tytuły jeśli chcesz, ale ogólnie - porównaj "The Chakras" Leadbeatera z 1927 z wcześniejszymi tantrycznymi tekstami jak Sat-Cakra-Nirupana z XVI wieku. W tym drugim nie ma godzinowych przypisań w tej formie. Są mandala, bija-mantry, elementy - ale nie harmonogram dzienny. To struktura, nie rozkład jazdy.
Trochę mi to teraz miesza w głowie, bo korzystałam z tych godzin i myślałam, że to coś sprawdzonego. Ale z drugiej strony - jeśli mi działało, to czy ma znaczenie, skąd to pochodzi?
Słucham tej rozmowy i mam podstawowe pytanie - czy jeśli ktoś nie ma dostępu do żadnego nauczyciela ani lineażu, to w ogóle może sensownie pracować z czakrami? Czy to wtedy jest tylko takie na wpół ślepe?
A czy to nucenie ma być głośne, czy cicho? Bo mieszkam z rodziną i trochę głupio mi siedzieć i nucić na cały głos o siódmej rano.
Leadbeater i jego środowisko działało na zasadzie tak zwanej jasnowidzącej obserwacji - czyli twierdzili, że bezpośrednio percypują subtelne ciała i ich rytmy. Nie powoływali się na konkretne teksty, bo ich metoda była z założenia empiryczna, tylko że "wyższy" rodzaj empirii. To jest ważne rozróżnienie: to nie jest apokryf oparty na starym tekście, to jest produkt konkretnego środowiska z przełomu wieków.
Dodam tylko, że podobny mechanizm działa z jogą. Większość popularnych asan, które są dziś "starożytną indyjską tradycją", pochodzi z XIX i XX wieku, nierzadko z syntezy z europejską gimnastyką. To nie znaczy, że nie działają - ale historycznie jest inaczej niż się powszechnie uważa.
Ale to też otwiera pytanie - czy w ogóle szukamy tu historycznej prawdy, czy szukamy czegoś co działa? Bo jeśli ktoś pracuje z tymi godzinami i coś obserwuje u siebie, to czy odkrycie theozoficznego pochodzenia to zmienia?
Mam pytanie do Bylicy, bo trochę wcześniej powiedziała że ta praca z gardłem jest fizyczna i nie potrzeba do niej przewodnika. A co z anahata? Bo jeśli mamy mówić o słuchaniu i wspieraniu innych, to serce wydaje się bardziej wrażliwe na otwieranie bez przygotowania. Czy ktoś ma jakieś doświadczenie z tym, że praca z anahata coś wybiła z równowagi?
Wracając do tego pytania o słuchanie, które gdzieś na początku padło - czy jest jakaś praktyczna różnica między wzmacnianiem anahata a vishuddha jeśli chodzi o zdolność bycia z człowiekiem kiedy on mówi? Bo nucenie brzmi jak praca z głosem, a słuchanie to chyba coś innego.
Mam wrażenie, że ta rozmowa ma dwa poziomy i zaczynają się mieszać. Jeden to: czy czakry mają obiektywne godziny aktywności. Drugi to: czy ja osobiście mogę użyć tych godzin jako struktury do praktyki. To są różne pytania i chyba nie każdy rozmawia o tym samym.
Ogólnym. Świt i zmierzch to momenty przejścia, kiedy granica między stanami jest cieńsza - przynajmniej według tej tradycji. Nie ma tam przypisania "o świcie aktywna jest muladhara". To jest znacznie późniejsze i nie indyjskie z pochodzenia.
Ciekawi mnie jak to się ma do tego pytania o słuchanie. Bo jeśli mówimy o sandhya jako o granicy, to zmierzch byłby ciekawą porą do pracy z anahata właśnie dlatego, że jest przejściem między aktywnością a spoczynkiem. Nie dlatego, że "tak jest przypisane", tylko że nasz stan sprzyja otwarciu.
Mam pytanie trochę z boku - bo czytam ten wątek od dłuższego czasu i nie do końca rozumiem. Mówimy o słuchaniu innych ludzi czy o jakimś wewnętrznym słuchaniu siebie? Bo wydaje mi się że to są dwie różne rzeczy, a używamy tych samych słów.
To uproszczenie ale użyteczne. Ja bym dodał że te dwie czakry są ze sobą bardzo powiązane właśnie przy komunikacji - nie da się naprawdę słuchać bez otwarcia serca, i nie da się mówić prawdziwie bez tego samego otwarcia. Próba pracy z jedną bez drugiej to trochę jak ćwiczenie tylko jednej ręki.
A co z tymi co są naturalnie dobrymi słuchaczami? Czy oni mają tę czakrę naturalnie otwartą czy po prostu się nauczyli? Pytam bo mam znajomego który zawsze wszystkich wysłucha i zastanawiam się czy on ma jakiś naturalny talent czy to bardziej kwestia charakteru.
Rozróżnienie jest widoczne w reakcji. Ktoś kto naprawdę słucha reaguje na to co usłyszał, nie na to co chciał usłyszeć albo co czeka żeby powiedzieć. Widzę to też przy sesjach z kartami - kiedy pytający rzeczywiście słyszy co mówię, a kiedy szuka potwierdzenia swojej wersji. To dwie zupełnie różne rozmowy.
Czytam ten wątek od początku i właśnie przy tym co Seid napisał coś mi się skojarzyło. Mam wrażenie że u mnie te wieczorne godziny o których Lubon pisał, kiedy lepiej słucham, to są jednocześnie godziny kiedy mam mniej lęku niż rano. Czy ktoś jeszcze to zauważył?
