Zastanawiam się od jakiegoś czasu nad czymś co chyba rzadko się porusza w kontekście bioenergoterapii - mianowicie czy terapeuta może i powinien być energetycznie neutralny podczas sesji. Pytam bo słyszałam różne wersje. Jedni mówią że bez zaangażowania energetycznego nie ma przepływu, inni że terapeuta ma być tylko kanałem i nie wnosić własnej energii. Jak to właściwie jest? Czy w ogóle daje się być neutralnym, czy to iluzja?
To jest naprawdę ciekawe pytanie i sama przez lata pracowałam z tym zagadnieniem. Neutralność energetyczna to nie jest to samo co obojętność, to ważne rozróżnienie. Kanał przepływu energii nie musi być pusty emocjonalnie - musi być czysty intencjonalnie. Jeśli terapeuta wnosi swoje lęki, oczekiwania, potrzebę udowodnienia czegoś, to faktycznie zaburza przepływ. Ale spokojne, otwarte zaangażowanie to zupełnie inna sprawa. Czy ktoś z was ćwiczył ugruntowanie przed sesją? bo to jest właśnie jedno z narzędzi pracy z tym.
Ja miałam sesję jakiś czas temu i powiem szczerze, że czułam wyraźnie jak terapeuta jest gdzieś myślami indziej. To byl bardzo dziwne uczucie, jakby ktoś trzymał ręce nad toba ale energetycznie był gdzie indziej. Więc to chyba znaczy że neutralność to jedno, a obecność to drugie? Bo moze właśnie o to chodzi - żeby być obecnym ale bez własnej agendy?
Ale czekaj, bo mnie to zastanawia. Mówisz że czułaś ze terapeuta jest myślami gdzie indziej - ale skąd wiesz ze to nie był twój własny odczyt tego dnia? pytam bez zarzutów, bo sama miewam takie dylematy podczas medytacji że nie wiem czy odbieam cos realnego czy projektuje własne stany. Jak odrózniasz jedno od drugiego?
Neutralność jako taka brzmi dla mnie trochę jak wewnętrzna sprzeczność. Jeżeli terapeuta pracuje z intencją uzdrowienia, to już wnosi pewien kierunek, pewna wole. Czy można jednocześnie mieć intencję i być neutralnym? Albo może neutralność dotyczy czegoś węższego - tylko własnych emocji, nie intencji? Zastanawiam się jak to rozgraniczają osoby z doświadczeniem.
Mam w notatnikach kilka opisów sesji gdzie próbowałam świadomie obserwować swój stan i porównywać. I faktycznie - kiedy byłam mocno nastawiona na konkretny efekt, czułam po sesji jakiś rodzaj napięcia, nie odprężenia. Kiedy podchodziłam bardziej otwarcie, różnica była wyraźna. Ale to jest mój odbiór jako osoby po stronie odbiorcy energii, nie terapeuty. ciekawe czy terapeuci opisują to podobnie od swojej strony.
Wiesz co, czytam tę rozmowę i myślę sobie, że ten temat neutralności to trochę jak dyskusja o tym czy można być obiektywnym obserwatorem własnego życia. Teoretycznie piękne, praktycznie - każdy kto uczciwie siebie obserwuje wie że to jest praca, nie stan naturalny. Znam terapeutów którzy mówią o neutralności a potem słyszysz że po trudnej sesji są wyciśnięci jak cytryna. Gdzie ta neutralność?
No właśnie, to co mówi Edytka.ka jest ważne. Słyszałam o wypaleniu u terapeutów bioenergetycznych i mam wrażenie że często wynika właśnie z braku tej neutralności - za mocne wchodzenie w stan klienta, zbyt duże emocjonalne zaangażowanie. Ale jak się tego uczy? Czy to jest coś co przychodzi samo z doświadczeniem czy trzeba to świadomie ćwiczyć?
To się ćwiczy, zdecydowanie nie przychodzi samo. Właśnie dlatego dobry kurs bioenergoterapii powinien zawierać moduł dotyczący higieny energetycznej terapeuty. Sama przez pierwsze dwa lata praktyki popełniałam błąd angażowania się za bardzo i potem czułam się po sesjach dosłownie chora. Nauczyłam się ugruntowania, zamykania kanału po sesji, oczyszczania własnego pola. Bez tego neutralność jest niemożliwa bo po prostu nie ma skąd brać energii i zaraz się człowiek rozkłada.
Przepraszam ze wchodzę z boku, ja się dopiero uczę i może to głupie pytanie, ale jak wygląda to zamykanie kanału po sesji? No cóż, bo słyszałam tą frazę kilka razy ale nie wiem co to konkretnie oznacza w praktyce. Jakas wizualizacja? Gest? Przepraszam jesli to jest podstawa podstaw.
Oo, to bardzo cekiwe, bo ja nie wiedziałam w ogóle że coś takiego istnieje. Znaczy, myślałam że terapeuci po prostu kończą sesję i tyle. A czy to zamykanie działa też dla tych co nie sa zawodowymi terapeutami ale np. pomagają rodzinie albo znajomym? Bo mam koleżankę która ciągle czuje sie wyczerpana po tym jak komuś pomaga i zastanawiam sie czy to moze byc powod.
Eh, to jest wlasnie coś co mnie denerwuje w dyskusjach o neutralnosci - wszyscy mowia o tym ze trzeba byc kanałem ale mało kto mowi co zrobic kiedy ten kanal sie zatkuje. Bo moim zdaniem problem nie jest w braku neutralnosci tylko w braku higieny energetycznej na co dzien. Jak ktos ma pozapchane wlasne czakry albo nierozwiązane sprawy emocjonalne, to żadna neutralnosc mu nie pomoze, bedzie przekazywał szum zamiast energii.
Czytając tę rozmowę mam wrażenie że neutralność jest traktowana jako cel sam w sobie, a może powinna być środkiem. Środkiem do czego? Do tego żeby energia klienta mogła się swobodnie poruszać bez zakłóceń ze strony terapeuty. Jeśli tak, to pytanie „czy neutralność jest możliwa” zamienia się w pytanie „jak minimalizować zakłócenia”. I to brzmi bardziej jak coś realnego do ćwiczenia niż abstrakcyjny ideał.
No, Kazia75 dobrze to ujęła. Trochę jak z bezstronnością sędziego - nie da się być absolutnie bezstronnym bo człowiek ma historię, przekonania, emocje. Ale da się ćwiczyć procedury które minimalizują wpływ tych rzeczy na wyrok. Może to samo z neutralnością energetyczną - nie stan do osiągnięcia raz na zawsze, tylko praktyka codzienna.
Ale czy to nie znaczy że terapeuta który jest „zwykłym kanałem” bez żadnego własnego wkładu energetycznego jest właściwie zbędny? Znaczy, mogłaby to być maszyna albo ktokolwiek. Rozumiem że chodzi o minimalizację zakłóceń, ale chyba jednak jakiś wkład terapeuty jest cenny, nie? jego doświadczenie, wyczucie, wiedza o tym gdzie kierować energię? To nie jest neutralne, to jest celowe.
No właśnie, Tola.2 zadała bardzo konkretne pytanie i nie chcę go zbyć. Terapeuta nie jest maszyną i nigdy nią nie będzie - ale rozróżnijmy dwie rzeczy. Kanał to nie znaczy pusty. Znaczy oczyszczony. Terapeuta wnosi swoją wrażliwość, zdolność do odbioru, wyczulenie na subtelne sygnały. To nie jest zero. To jest precyzyjnie skalibrowane zero - jeśli rozumiesz co mam na myśli. Różnica między termometrem a kamieniem.
Oj no tak, „w połowie drogi” to jeszcze optymistyczne. Szczerze mowiac wiekszosc ludzi którzy sie biorą za terapię nie ma pojecia o higienie własnej energii. I nie mówię tego złośliwie, sama przez ładny kawał czasu działałam jakby energetycznie niedomyta i sie dziwiłam czemu jestem taka zmęczona po każdej sesji.
Przepraszam, wróce do czegoś co napisała Wegka wcześniej, bo mnie to nie dawało spokoju. Ona pytała czy to zamykanie kanału działa też dla kogoś kto nie jest zawodowym terapeutą, tylko pomaga rodzinie. I nikt tak naprawdę nie odpowiedział wprost. Sama mam koleżankę która „czuje energię” i często ją słucham kiedy jest jej źle i potem ja się czuję gorzej. Czy to jest ten sam mechanizm? Bo chciałabym wiedzieć jak się przed tym chronić nie robiąc jej przykrości
no i tutaj wracamy do sedna tego tematu tak naprawdę. Neutralność energetyczna dotyczy nie tylko formalnych sesji terapeutycznych, prawda? To jest coś co dotyka każdego kontaktu energetycznego, nawet zwykłej rozmowy 🙁 Mnie ciekawi czy neutralność to coś co się „włącza” świadomie czy raczej jest efektem długotrwałego ćwiczenia.
Chyba jedno i drugie zależy od etapu. Na początku trzeba to włączać świadomie i jest to trochę jak naciąganie mięśnia, no wiesz, celowe i trochę sztuczne. Ale po pewnym czasie staje się czymś w rodzaju tła. Jak sposób w jaki siedzisz - na początku myślisz o postawie, potem po prostu tak siedzisz. Chociaż nawet wtedy można się rozluźnić i wrócić do garba 😉
Ten wątek mnie wciąga. Bo zaczęłyśmy od pytania czy neutralność jest wogóle możliwa , a teraz rozmawiamy o tym jak ją ćwiczyć - jakby z góry zakładając że tak. Wróćmy na chwilę do podstaw: czy ktoś wogóle kwestionuje że energia między ludźmi przepływa w ogóle? Bo bez tego założenia cała ta rozmowa trochę wisi w powietrzu.
Właśnie to mnie najbardziej intrygowało kiedy zakładałam ten temat. Jak odróżnić neutralność od obojętności?? Bo jedno brzmi jak stan pożądany, drugie jak brak zaangażowania który może zaszkodzić. Mam wrażenie że te dwa słowa często są mylone i to rodzi konfuzję - zarówno u terapeutów jak i klientów.
Neutralność i obojętność to jak cisza i pustka. Jedno jest pełne, drugie jest brakiem. Terapeuta neutralny jest obecny całkowicie, tylko bez filtra własnych oczekiwań. Obojętny jest nieobecny. To chyba właśnie klucz do całej dyskusji.
Ojej, Kazia75 to ładnie powiedziała, ale mam pytanie do Plejadki - bo ty zakladalas ten temat i pewnie miałaś jakiś konkretny impuls. Skad ta wątpliwość, że neutralność jest „niezasadna”? Mialas jakieś doswiadczenie które to podwazylo czy to bardziej teoretyczna watpliwosc?
To ważna obserwacja. Znam terapeutki które za neutralność uznają swoistą „twarz pokierową” i brak ekspresji. To błąd. Neutralność to nie powściągliwość mimiczna, to stan wewnętrzny. Można się szeroko uśmiechać, być ciepłą i obecną, i jednocześnie nie przenosić własnych stanów na klienta. To nie ma ze sobą nic sprzecznego
Ej ale właśnie mi przyszlo do głowy - to trochę jak z masażystami nie? Bo byłam na masażu raz u kogoś kto był taki strasznie „profesjonalny” i zimny i miałam wyraźne poczucie ze to nie daje mi tyle co u osoby która rozmawiała ze mną i była ciepła. Ale nie wiem czy to ma sens w kontekscie energii czy to po prostu psychologia i komfort 🙂
dorzucę cos z innej strony bo czytam to wszystko i widze że mówimy glownie o terapeucie. A co z klientem? Czy klient też powinien dążyć do jakiejs neutralności? Bo mam wrazenie że jeśli ktos przychodzi z bardzo silnym nastawieniem „to musi zadziałać bo inaczej wszystko przepadło” to to też musi jakoś wpływać na sesję.
