Bywa tak: dorosłe życie toczy się spokojnie, a jedno zdanie usłyszane od bliskiej osoby wywraca cały dzień. Nagły wstyd, złość albo panika – zupełnie nieadekwatne do sytuacji. To zwykle nie reakcja dorosłego, lecz głos wewnętrznego dziecka: tej części psychiki, która pamięta dawne rany i wciąż czeka, aż ktoś ją zauważy. Praca z wewnętrznym dzieckiem nie polega na rozdrapywaniu przeszłości – polega na słuchaniu i budowaniu poczucia bezpieczeństwa od środka.
„Cały wpis dostępny tutaj: Wewnętrzne dziecko – jak je uleczyć i odzyskać radość”
Przeczytałam w przerwie na kawie i musiałam wyjść na korytarz. Ten fragment o reakcji nie na miarę sytuacji opisuje mnie za każdym razem, kiedy szef podnosi głos przy zespole. zawsze tłumaczyłam to sobie stresem w pracy, a tu proszę.
Uporządkujmy fakty, bo to nie żaden wymysł internetu. Archetyp Dziecka opisał Jung, o stanie Ja-Dziecko mówił Berne w analizie transakcyjnej, a samo pojęcie wewnętrzne dziecko spopularyzował na przełomie lat 80. i 90. Bradshaw. Mechanizm jest prosty, kawałek nas dalej działa według instrukcji spisanej w wieku szesciu lat, bo nikt jej nie odświeżył.
Czytam i szczerze mówiąc nie przekonuje mnie to. To napewno pomysł Freuda, u niego wszystko schodziło do popędów z dzieciństwa. Poza tym wewnętrzne dziecko to przeciez to samo co cień u Junga, tylko ładniej nazwane, wiec wogóle nie widzę sensu robienia z tego osobnej pracy. Moze się myle ale wygląda mi to na modę.
A jak odróżnić, kiedy odzywa się ta część, a kiedy jestem po prostu przemęczona? Mam takie dni, że rani mnie każde słowo i nie umiem tego rozdzielić.
U nas w domu królowało porównywanie. Siostra miała być zdolna, ja grzeczna. Do dziś jak ktoś przy mnie chwali inną osobę, coś mi się w środku zaciska, choć mam czterdzieści lat i własną firmę.
Najlepiej działająca technika wygląda najgłupiej, dialog pisany. Pytanie zapisujesz ręką dominującą, odpowiedź niedominującą. litery krzywe, zdania krótkie, a treść zaskakuje, bo omija wyuczone formułki. Pierwsze dwie próby zwykle puste, trzecia potrafi zaboleć.
@Sauwak u mnie właśnie tak to zadziałało. Spróbowałam przedwczoraj wieczorem, prosto z opisu we wpisie, i po czterech zdaniach ryknęłam płaczem, ni stąd ni zowąd. Nie było w tym dramatu, raczej ulga. Zdanie które wyszło spod lewej ręki brzmiało, przecież ja chciałam tylko, żeby ktoś ze mną został.
Od strony kamieni, rodochrozyt bywa wprost nazywany kamieniem wewnętrznego dziecka. Do tego kwarc różowy na łagodność wobec siebie i kalcyt pomarańczowy jak brakuje radości. lepidolit dobrze robi wieczorem, jak po dialogu głowa nie chce sie wyciszyć.
Doczytałem resztę i uważam że robicie to wszyscy za miękko. Zeby ruszyło, trzeba przypomnieć sobie kazdą trudną scenę z dzieciństwa, najlepiej pod hipnozą, bo inaczej podświadomość nic nie odda. A list poprostu musi spłonąć o północy w pełnię, inaczej rytuał nie ma mocy. Tak conajmniej wszędzie piszą.
Mój partner uważa, że dorosły człowiek nie powinien grzebać w dzieciństwie. Robię te ćwiczenia jak go nie ma w domu, jak nastolatka chowająca zeszyt. Trochę to śmieszne, trochę smutne, bo efekty przecież widzę.
Wrzucę swoją wersję medytacji spotkania, bo pytacie na priv. Dwadzieścia minut, telefon w drugim pokoju, świeca. Oddech spokojny, wydech dłuższy od wdechu, potem bezpieczne miejsce z wyobraźni i cierpliwe czekanie.
U mnie dziecko rzadko przychodzi jako obraz, częściej jako ciężar w piersi albo dźwięk. Jedno pytanie, czego teraz potrzebujesz. Jedno zdanie od siebie, widzę cię i zostaję. Na koniec stopy, oddech, kartka.
Mam pytanie o afirmacje. Wyczytałam, że trzeba je powtarzać sto razy dziennie i koniecznie w pierwszej osobie, inaczej podświadomość ich nie przyjmie. Robię tak od dziesięciu dni, czuję się jak katarynka, a zmiany zero. moze coś źle robię?
Najczęściej pomijana odsłona tej pracy to dziecko-opiekun. Ośmiolatek, który pociesza dorosłych, uczy się, że własne potrzeby są kłopotem.
Potem taki ktoś nie umie odpoczywać, bo odpoczynek nigdy nie był bezpieczny, i w każdej relacji odruchowo ustawia się jako podpora. Z tą częścią trzeba wyjątkowo łagodnie, bo ona nie prosi o pomoc, ona ją oferuje.
U mnie było na odwrót niż u większości. Uwagi nie brakowało, było jej za dużo, wszystko robiono za mnie, każdą decyzję ktoś sprawdzał. Efekt jest taki, że w wieku trzydziestu lat boję się wybrać kurs bez pytania trzech osób o zdanie.
Dorzucę męski głos, bo piszą tu głównie kobiety. U nas w domu obowiązywało, że chłopaki nie płaczą, i faktycznie od dwunastego roku życia nie płakałem ani razu. skutek, nie rozpoznaję własnej złości dopóki nie trzasnę drzwiami. Cała ta robota to dla mnie nauka nazywania czegokolwiek, zanim wybuchnie.
Dla lubiących rytm Księżyca, nów dobrze służy zaczynaniu i składaniu obietnic, a Księżyc ubywający odpuszczaniu starych przekonań. Nie traktuję tego jak magicznego warunku, raczej jak kalendarz, który przypomina kiedy usiąść do dziennika. Bez takiej ramy odpuszczam po trzech dniach.
W trakcie tej pracy dotarło do mnie coś, czego się nie spodziewałam. Moje wewnętrzne dziecko nie chciało przeprosin od rodziców ani sprawiedliwości. Chciało, żeby ktoś w końcu popatrzył i powiedział, widzę że było ci ciężko. Tyle. reszta zaczęła się układać dopiero potem.
Dla porządku plan z wpisu w siedmiu punktach, żeby nikt nie utonął w teorii. Dzień pierwszy, jedno wspomnienie i trzy zdania w zeszycie. Drugi, dialog ręką niedominującą, trzy minuty. Trzeci, list. Czwarty, medytacja spotkania. Piąty, coś wyłącznie dla przyjemności, bez celu i widowni. Szósty, rozmowa z kimś zaufanym o tym co się otworzyło. Siódmy, podsumowanie. Tydzień wystarczy, żeby sprawdzić czy ta droga jest w ogóle dla ciebie.
@Faddi u mnie tym punktem bez celu okazało się pieczenie drożdżówek z przepisu babci. Zapach z kuchni zrobił więcej niż tydzień afirmacji. Stałam nad blachą i beczałam jak bóbr, a potem chodziłam lekka przez trzy dni 🙂
Pytanie, które chodzi za mną od początku wątku. Kiedy taka praca własna wystarcza, a kiedy trzeba iść do specjalisty? Nie chcę ani przesadzać, ani udawać, że ze wszystkim poradzę sobie sama przy świecy i zeszycie.
Jedna rzecz o której mówi się za rzadko. Wybaczenie rodzicom nie jest biletem wstępu do tej pracy. Można uleczyć bardzo wiele i dalej nie mieć ochoty na niedzielny obiad.
Wybaczenie, jeśli w ogóle przyjdzie, przychodzi na końcu i samo. Wymuszone na starcie jest tylko kolejnym udawaniem grzeczności, czyli dokładnie tym co kiedyś zraniło.
Podsumuję po latach prowadzenia takich rozmów. Działają trzy rzeczy i żadna nie jest efektowna, regularność zamiast intensywności, jedna konkretna obietnica dotrzymana w zwykły wtorek i zgoda na to, że złość dziecka tez ma prawo się pojawić. reszta, czyli kamienie, świece i fazy Księżyca, to oprawa. Dobra, bo pomaga tego pilnować, ale tylko oprawa.
Po tygodniu takich ćwiczeń wróciły do mnie sny z dzieciństwa i to bardzo konkretne. Podwórko, trzepak, zapach mokrego piasku po deszczu. Nie były straszne, raczej dziwnie ciepłe. Zapisuję je od razu po przebudzeniu, zanim wyparują.
Wątek świetny, ale zostaje pytanie, którego nikt tu nie podjął. Czy ktoś łączył pracę z wewnętrznym dzieckiem z wzorcami rodowymi, czyli z tym co idzie po matce, babce i prababce?
I sprawa druga, moim zdaniem ważniejsza. Jak pracować, kiedy z wczesnego dzieciństwa nie pamięta sie prawie nic, a rodziców juz nie ma i nie ma kogo zapytać? Siedzę z tym od miesięcy i dalej nie mam dobrej odpowiedzi.
