Hej, mam pytanie które mnie trapi od jakiegoś czasu. Chodzi o afirmacje i o to czy w ogóle działają na kogoś kto jest z natury pesymistyczny i bardzo wrażliwy na stres. Czytałam że wysoka neurotyczność sprawia że ludzie silniej reagują na negatywne bodźce i mają tendencję do katastrofizowania. No i zastanawiam się czy powtarzanie "wszystko idzie ku dobremu" i podobnych zdań ma w ogóle sens jeśli mózg od razu krzyczy że to nieprawda. Czy ktoś tu ma doświadczenia z afirmacjami jako osoba która raczej widzi szklankę do połowy pustą?
Sama się nad tym zastanawiałam i zdecydowanie za mało się o tym mówi w kontekście afirmacji. Klasyczne afirmacje w stylu "jestem szczęśliwa i wszystko mi wychodzi" mogą u osób z wysoką neurotycznością działać dokładnie odwrotnie, niż zamierzono. Mechanizm jest prosty: jeśli świadomie wypowiadasz coś, w co głęboko nie wierzysz, twój umysł natychmiast generuje kontrargumenty. To się nazywa efekt odwrotny i jest udokumentowany. Zamiast standardowych afirmacji, dla takich osób lepiej sprawdzają się tak zwane afirmacje pomostowe, czyli zdania które nie twierdzą, że coś już jest, tylko że jest możliwe 🙂 Zamiast "jestem spokojna", mówisz "uczę się być spokojniejsza" albo "spokój jest dla mnie osiągalny". Mózg nie buntuje się, bo to zdanie jest prawdziwe
Miętowa, mam pytanie bo to mnie ciekawi. Czy te afirmacje pomostowe to twój własny pomysł czy gdzieś to wyczytałaś? Pytam, bo sama próbowałam klasycznych afirmacji i rzeczywiście po kilku dniach rzucałam, bo czułam się jakbym sama siebie okłamywała. Jakby każde zdanie które wypowiadałam głosem brzmiało dla mnie fałszywie. morze o to chodzi?
Prowadzę notatki z różnych metod od kilku lat i mam trochę obserwacji na ten temat. Klasyczne afirmacje robiłam przez prawie trzy miesiące, codziennie, przed lustrem jak zalecają. Szczery efekt: zero, a nawet poczułam się gorzej, bo każdego ranka robiłam sobie listę rzeczy które "powinnam" czuć, a nie czułam. Potem zaczęłam robić je inaczej, bardziej w stylu ktory Miętowa opisuje, i to już miało jakiś sens 🙂 Nie cuda, ale przynajmniej przestałam się czuć jak aktorka w złym filmie.
Słuchajcie, ja bym tu troche zwolniła z tym "klasyczne afirmacje nie działają". Bo zależy co się pod tym rozumie i jak się je stosuje... Sama jestem raczej spokojną osobą, ale mam w rodzinie kogoś kto lękiem oddycha i wiem że podejście mocno zależy od tego co konkretnie się robi. Samo powtarzanie zdań na sucho bez żadnego zakorzenienia w ciele ani emocjach, to faktycznie słabe :/ ale afirmacja z intencją, z wizualizacją albo połączona z oddechem, to już coś innego. To nie jest to samo co recytowanie formułki.
Rzadko piszę ale tu się nie powstrzymam, ale nie do końca rozumiem. Co znaczy "zakorzenienie w ciele"? Czy to jest jakaś technika którą trzeba się nauczyć czy chodzi o coś prostszego?
Chcę tu coś doprecyzować, bo widzę że pojęcia się mieszają. Neurotyczność w sensie psychologicznym to cecha osobowości z modelu Wielkiej Piątki, nie jest to zaburzenie ani stan, który "blokuje" afirmacje jako takie 😀 Wysoka neurotyczność oznacza większą reaktywność emocjonalną i czulszy system wykrywania zagrożeń, co faktycznie ma znaczenie przy wyborze techniki. Ale nie oznacza, że afirmacje nie działają. Oznacza że trzeba dobierać je inaczej. Efekt ktory opisała Miętowa jest opisany w literaturze jako "psychological reactance", czyli opór psychologiczny: im bardziej coś próbujesz sobie narzucić, tym silniejszy jest wewnętrzny sprzeciw. To nie jest kwestia słabej woli, tylko mechanizmu.
To zależy od tego co się zmienia w między czasie. Afirmacje same w sobie nie redukują neurotyczności jako cechy, bo to jest dość stabilna cecha temperamentalna. Natomiast regularna praktyka może stopniowo budować nowe skojarzenia i obniżać reaktywność na konkretne tematy. Kluczowe jest to, że afirmacja musi być zakorzeniona w choćby minimalnym doświadczeniu. Jeśli mówisz "radzę sobie ze stresem" i absolutnie nigdy nie miałaś takiego poczucia, mózg to odrzuca 😀 Ale jeśli przypomnisz sobie jeden moment kiedy faktycznie sobie poradziłaś, ta sama afirmacja ma punkt zaczepienia i działa inaczej.
Nie chcę tu wszystkim psuć entuzjazmu, ale powiem wprost: większość poradnikowego szumu wokół afirmacji to uproszczenie które komuś z prawdziwą skłonnością do negatywizmu może zrobić więcej złego niż dobrego. Sama wielokrotnie obserwowałam, że osoby z silnym lękiem po kilku tygodniach "pracy z afirmacjami" czuły się winne że im "nie działa"... jak by do całej reszty dołożyły sobie jeszcze poczucie porażki z afirmacjami. Zanim ktoś zacznie, warto uczciwie sprawdzić czy to jest odpowiedni moment i czy nie potrzebuje najpierw czegoś innego, na przykład pracy z oddechem albo po prostu z jakimś specjalistą
Eh, wtrącę się z trochę innej strony. Czytałam o metodzie self-affirmation z badań Claude Steele'a i tam chodzi o coś innego niż powtarzanie zdań. tam chodzi o przypominanie sobie własnych wartości i rzeczy które się dla siebie ceni, nie o mówienie że jest się świetną. To brzmi mniej naiwnie i mam wrażenie że przy neurotyczności mogłoby mieć większy sens, bo nie wymaga okłamywania siebie. Ktoś próbował czegoś takiego?
Przepraszam ze pytam bo chyba troche nie kumam, czy to o czym Dobema pisze to jest to samo co pisanie dziennika? Bo spotykalem sie z czyms takim ze pisanie o swoich wartościach rano to prawie jak afirmacja ale bez tej sztucznosci
Ciekawa dyskusja, ale chcę wrócić do wątku z początku, bo mi umknęło. Epidot pytała konkretnie o osoby skłonne do negatywizmu i mam wrażenie że część odpowiedzi zakłada że wiemy o sobie "mam wysoką neurotyczność". A to nie jest coś co się wie intuicyjnie. Sama przez lata myślałam że jestem pesymistką z wyboru, dopiero kiedy zobaczyłam jak reaguję w porównaniu do innych zaczęłam to rozumieć inaczej. morze warto najpierw zapytać: skąd ta tendencja się bierze? Bo jeśli to jest wyuczone myślenie z dzieciństwa to jest inaczej niż jeśli to cecha temperamentalna.
Zastanawiam sie czy do afirmacji nie trzeba miec jakiegos konkretnego stanu emocjonalnego zeby w ogole zaczeły działac 😀 Bo widziałam gdzies ze robienie ich gdy jest sie w bardzo silnym nastroju lękowym to morze byc zły moment i lepiej poczekac az sie troche uspokoisz. Nie wiem czy to ma sens.
