Temat, który chciałam gdzieś poruszyć od dłuższego czasu. Samotność i ucieczka w używki albo kompulsywne zachowania - to naprawdę częsty schemat i nie widzę, żeby ktokolwiek tu o tym pisał wprost. Mnie afirmacje pomogły, ale nie od razu i nie tak, jak myślałam. Najpierw próbowałam klasycznych 'jestem kochana i otoczona troską' - i nic, bo głębiej wiedziałam, że to nieprawda. Przełom nastąpił, kiedy przestałam afirmować stan, który chcę osiągnąć, a zaczęłam afirmować proces. Coś w stylu 'uczę się być ze sobą' albo 'wybieram siebie zamiast uciekać'. To brzmi mniej efektownie, ale działa zupełnie inaczej. Ktoś jeszcze próbował takiego podejścia procesowego zamiast stanowego?
To, co opisujesz, ma sens, bo afirmacje stanowe często rozbijają się o tzw. gap - przepaść między tym, co mówisz, a tym, co czujesz w ciele. Umysł to od razu wyłapuje i zamiast wzmocnienia dostajesz opór. Afirmacje procesowe są bliżej prawdy, więc mózg ich nie odrzuca. Ale chcę dopytać - co rozumiesz przez 'uczę się być ze sobą'? Bo to może oznaczać bardzo różne rzeczy. Czy chodzi o bycie z własnymi emocjami bez ich zagłuszania, czy raczej o budowanie jakiejś wewnętrznej aktywności, żeby nie czuć pustki?
To, co opisuje Hela, bardzo przypomina mi to, co w pracy z czakrami dotyczy czwartej czakry i niepełności Anahaty. Kiedy Serce jest energetycznie 'puste' albo zablokowane, to naturalnie szukamy substytutu - czegoś, co da poczucie wypełnienia. I wtedy te afirmacje skierowane na zewnątrz ('przyciągam miłość', 'jestem otoczony ludźmi') w ogóle nie trafiają, bo problem leży głębiej. Ja przy pracy z tym używałem afirmacji połączonych z oddechem do serca - każde wdechowe 'jestem' i wydechowe 'wystarczam'. Proste, ale po kilku tygodniach naprawdę poczułem różnicę w tym, jak spędzam wieczory sam.
Szczerze? Jestem sceptyczna wobec tego, że powtarzanie zdań może zmienić to, po co sięgamy w trudnych momentach. Ale czytam i zastanawiam się - może chodzi o coś więcej niż samo powtarzanie? Bo to, co opisuje Hela i Tytus00, brzmi bardziej jak trening uważności niż klasyczne afirmacje z karteczek na lustrze. Czy to nadal afirmacje, czy już coś innego?
Ale ile czasu to zajmuje zanim zaczyna działać? Bo ja próbowałam afirmacji przy samotności i po tygodniu nic nie czułam. Może robię coś nie tak?
Ja tez miałam ten problem z afirmacjami, które sa 'za duże'. Zaczęłam od małych, konkretnych rzeczy. Np. 'dzisiaj wieczorem przez 15 minut posiedzę bez telefonu'. I to powtarzałam rano. Nie wiem czy to jeszcze afirmacja czy już coś innego, ale mi pomogło bardziej niż wielkie deklaracje.
Wtrącę się tutaj, bo pojawia się ważny temat, który łatwo przeoczyć. To, co Polaryska opisuje, to właściwie afirmacja behawioralna - zamiast opisywać stan, opisuje konkretne działanie. I to jest bardzo sensowne podejście przy pracy z uzależnieniami kompulsywnymi, bo te często mają silniejszy komponent behawioralny niż emocjonalny. Możesz czuć się świetnie, a i tak sięgnąć po telefon, bo to nawyk w ręce, nie w głowie. Afirmacja behawioralna wchodzi w ten nawyk bezpośrednio. Ale mam pytanie do Was obu - czy łączycie to z jakimś konkretnym momentem dnia, rytuałem, czy to jest luźne?
To co pisze Polaryska bardzo mnie zastanawia. Czytałam gdzieś, że afirmacje wypowiadane na głos mają inny efekt niż powtarzane w myślach, właśnie dlatego, że angażują słuch. Czy ktoś z Was sprawdzał obie wersje i czuł różnicę? Mnie zawsze trochę głupio mówić do siebie na głos, ale może po prostu się nie przełamałam.
Mam pytanie może trochę z boku - czy przy pracy z samotnością i takim wewnętrznym pustką, afirmacje w ogóle wystarczą? Ja próbowałam i zawsze mi czegoś brakowało. Czy nie warto połączyć tego z czymś na poziomie energetycznym, np. z kamykami albo medytacją na czakrę serca?
Przepraszam że się wtrącam, bo dopiero zaczynam się tym interesować - czy takie afirmacje przy kamieniach to nie jest przypadkiem coś, co wymaga jakiegoś przygotowania kamienia, naładowania go albo czegoś takiego? Czy można wziąć zwykły kamień z półki i to zadziała tak samo?
Dla mnie sygnałem jest to, co dzieje się w ciele w ciągu dnia, nie podczas samej afirmacji. Jeśli wieczorem zamiast sięgnąć po telefon odczuwam choćby chwilę zatrzymania - sekundę, dwie - to znaczy, że coś zaczęło pracować. Nie jakaś wielka zmiana, po prostu mała przerwa między bodźcem a reakcją. To właśnie to, o co w tym chodzi.
A ja tej przerwy nigdy nie czuję. Serio. Dosłownie zanim się zorientuję, telefon jest już w ręce. Może to znaczy że mam za słabe afirmacje albo za krótko?
Słucham tej rozmowy i mam takie podstawowe pytanie - skąd wiecie, że afirmacja jest 'dobra', czyli że pasuje do Was? Jak ją wybrać żeby nie była ani za duża jak mówiła Hela wcześniej, ani za ogólna?
Ja bym dodała jeszcze jedno kryterium - czy ta afirmacja jest o Tobie, czy o tym, jak chcesz żeby było? Bo to dwie różne rzeczy. 'Jestem spokojna' a 'uczę się znajdować spokój' to nie to samo i dla różnych osób jedno albo drugie będzie bardziej prawdziwe. Przy samotności i uzależnieniach behawioralnych, o których tu mówimy, te drugie frazy - procesowe - wydają mi się bezpieczniejsze.
Słucham tej dyskusji od jakiegoś czasu i mam taką obserwację z zupełnie innej strony. Przy runach pracuję z energią intencji - i tam jest podobna zasada. Runa wyryta bez skupienia i bez zakorzeniania się w chwili jest martwa. Afirmacja powiedziana mechanicznie to to samo. Nie chodzi o słowa, chodzi o moment, w którym je mówisz. Czy tu ktoś pracuje z jakimś kotwiczeniem przed samą afirmacją? Oddech, gest, cokolwiek?
Przepraszam, może głupie pytanie, ale czy afirmacje przy samotności mogą działać jeśli człowiek mieszka sam i nie ma prawie kontaktu z ludźmi na co dzień? Bo mi się wydaje, że moje poczucie samotności jest bardziej fizyczne niż myślowe i nie wiem czy samo powtarzanie zdań to zmieni.
Chciałam doprecyzować to co napisałam - nie chodzi mi o to, że nie wierzę w afirmacje, tylko że kiedy wracam do pustego mieszkania i nie ma tam żywej duszy, to żadne zdanie nie zmienia tego, że jest cicho. Czy ktoś miał podobnie i jakoś to przepracował?
Wracając do Wiechlinej - myślę, że bardzo ważne jest to co powiedziała Paradoxa o jednej sekundzie. Nie chodzi o to, żeby natychmiast polubić ciszę, tylko żeby przestać jej uciekać odruchowo. Ja przez długi czas myślałam, że potrzebuję najpierw poczuć się lepiej, a potem zacznę ćwiczyć. A to jest odwrotnie.
A co jeśli ta cisza jest naprawdę nieznośna i żadna afirmacja nie działa bo za każdym razem kończy się tym że i tak włączam coś albo piszę do kogoś? Znaczy się rozumiem co mówicie ale to takie łatwe do powiedzenia...
Przepraszam że się wtrącę, ale mam pytanie do Nocnicy - napisałaś że afirmacja potrzebuje czasu i powtórzeń w momencie mniejszego napięcia. To znaczy, że rano kiedy jest spokój to dobry czas? Czy to dlatego wszyscy mówią, żeby robić afirmacje rano?
U mnie właśnie tak się to ustawiło z czasem. Mam jedną ogólną na start dnia i jedną krótką na te momenty kiedy czuję ze zaraz coś zrobię żeby uciec. Ta druga jest bardzo krótka, bo kiedy jest trudno to nie ma się siły na długie zdania.
Właśnie to, o czym mówi Ravenna84, było dla mnie przełomem. Przez długi czas czułam, że mówię coś, czego nie czuję, i to mnie blokowało. Dopiero kiedy zaczęłam skracać afirmacje do zdań, w których nie muszę niczego udawać, coś ruszyło. 'Jestem tu, wystarczy' Polaryści to dobry przykład - to nie jest obietnica, to stwierdzenie faktu.
A co jeśli nawet 'jestem tu' nie brzmi prawdziwie? Bo ja czasami mam wrażenie, że właśnie nie chcę być 'tu', nie chcę być sama z sobą w tej chwili. Że to zdanie kłamie.
Mam pytanie trochę z boku, ale wydaje mi się ważne. Czy te afirmacje mogą w ogóle zastąpić np. rozmowę z kimś bliskim? Bo ja czasem mam wrażenie, że gdybym miała do kogo zadzwonić o tej porze wieczorowej to nie potrzebowałabym żadnych afirmacji. Może problem jest gdzie indziej.
Ale jeśli afirmacje nie zastąpią rozmowy z człowiekiem, to czemu w ogóle je stosować przy samotności? Pytam serio, bo mam wrażenie, że mówimy cały czas o tym, żeby nie sięgać po używki, a afirmacja w tym kontekście to trochę jak plaster na złamanie.
Właśnie o to mi chodziło, kiedy zakładałam ten temat. Nie o to, że afirmacje wyleczą samotność. Tylko o to, żeby ten moment, kiedy jest najgorzej, przeżyć inaczej niż przez sięganie po coś, co potem zostawia jeszcze większą dziurę.
To rozumiem. Tylko u mnie ten moment jest tak gwałtowny, że zanim pomyślę o jakiejkolwiek afirmacji, już jestem po tej złej decyzji. Jak Wy w ogóle zatrzymujecie się w tym momencie?
