przepraszam że wchodzę z boku ale mam pytanie bo nie do końca rozumiem - czy afimracje w tym temacie to coś co sie robi w myslach czy mówi na głos? czy to w ogóle ma znaczenie?
Słucham tej rozmowy i zastanawiam się czy nie gubimy czegoś ważnego. My rozmawiamy głównie o wstydzie jako przeszkodzie, a ja miałam takie doświadczenie że wstyd był też informacją - mówił mi gdzie są moje prawdziwe granice, nie te które ktoś mi narzucił, tylko moje własne. I afirmacje które ignorowały ten sygnał działały gorzej niż te które go jakoś uwzględniały.
to jest ciekawe rozróżnienie - wstyd jako przeszkoda kontra wstyd jako informacja. Tylko jak to odróżnić w praktyce? Bo mnie się wydaje że każdy wstyd kiedy go czujesz to czujesz po prostu wstyd, nie wiesz od razu czy to jest 'twój' sygnał czy narzucony z zewnątrz.
Mam wrażenie że ta rozmowa o wstydzie i granicach jest bardzo ważna, ale może przydałoby się wrócić do samych afirmacji - bo one są trochę odsunięte w tle. Mnie interesuje konkretnie: czy ktoś miał doświadczenie że afirmacja zmieniła coś w tym jak jest w kontakcie fizycznym z drugą osobą? Nie emocjonalnie, ale właśnie fizycznie - reakcje ciała, swoboda, coś w tym stylu.
Czytam tę rozmowę od dłuższego czasu i właśnie przy tym pytaniu Teodora poczułam że sama też tego nie wiem. Czyli wszyscy rozmawiamy o tym że afirmacje działają różnie i że ciało reaguje, ale nikt nie powiedział jak naprawdę brzmi taka afirmacja. Czy to jest celowe?
rozumiem co mówisz, że każdy ma swoje słowa. Ale może jednak można podać jakiś ogólny kierunek, nawet jeśli nie gotowe zdanie? Bo Teodor pyta konkretnie i mnie też to nurtuje - czy to jest bardziej 'moje ciało jest...' czy 'czuję się komfortowo gdy...' - to są bardzo różne konstrukcje i nie wiem czy obie działają tak samo.
Wracając do tego co mówił Siemargl o 'pozwalam sobie' - czy ktoś próbował takich afirmacji konkretnie w kontekście dotyku, bliskości fizycznej z partnerem? Bo mnie interesuje właśnie to co się dzieje z ciałem w sytuacji kiedy jest już druga osoba, a nie tylko praca samemu ze sobą.
to co opisujesz brzmi jak coś z czym ja się bardzo utożsamiam. Że można sobie powtarzać zdania i czuć że coś się zmienia, ale dopiero kontakt weryfikuje czy ta zmiana jest prawdziwa czy tylko w głowie. Czy masz pomysł co zrobiłaś żeby to połączyć?
A to nie jest trochę dziwne żeby sobie coś powtarzać tuż przed? Mnie to kojarzy się z czymś bardzo sztucznym, jakby umysł musiał być na trybie wyłączonym żeby w ogóle to działało. Nie psuje to spontaniczności?
Słucham tej rozmowy i mam pytanie które może być głupie, ale nie rozumiem jednej rzeczy. Czy afirmacje w tym kontekście działają na poziomie przekonań, czy też mają jakiś wpływ na samo ciało fizyczne? Bo Malgosia mówiła wcześniej o napięciu w ciele które zniknęło, a to brzmi jak coś bardziej fizycznego niż tylko zmiana myślenia.
Serio pytam bo mi to umknęło w tej rozmowie - jak ktoś odróżnia że to afirmacja zrobiła robotę a nie po prostu upływu czasu albo innych okoliczności. Czy ktokolwiek próbował jakoś to sprawdzić, np. przez jakiś czas robić bez afirmacji i porównać?
Ale czy to w ogóle ma znaczenie czy da się to oddzielić? Mnie bardziej interesuje to co poczułam w ciele, nie to czy mogę temu przypisać konkretną przyczynę. Chyba za bardzo szukamy tu logiki naukowej w czymś co jest bardzo subiektywne.
Wróćcie do tego co mówiła Strzaska o afirmacjach bliżej sytuacji, bo to mnie bardzo ciekawi. Rozumiem że chodziło o to żeby nie robić tego tylko rano na sucho, ale czy to nie jest kłopotliwe logistycznie? Bo w takiej sytuacji z partnerem trudno się zatrzymać i coś sobie powtarzać.
dobra, to ma więcej sensu. Bo bałem się że zaraz ktoś powie że trzeba sobie recytować zdania w środku czegoś. To by faktycznie zabiło wszystko.
Mam pytanie do osób które dłużej pracują z afirmacjami w tym temacie - czy zdarzyło wam się że afirmacja zadziałała inaczej niż się spodziewałaś? Nie że nie zadziałała, tylko że efekt był inny niż planowałaś?
Wracając do pierwotnego wątku tego tematu - afirmacje a wstyd. Myślę że ten wątek o niezamierzonych efektach jest z tym powiązany. Wstyd jest bardzo sieciowy, głęboko połączony z różnymi przekonaniami o sobie. Więc afirmacja celowana w seksualność może dotykać rzeczy których się nie spodziewałeś, np. poczucia wartości w innych dziedzinach.
Ta kwestia intencji kontra kontroli jest według mnie kluczowa dla całego tematu. Wstyd w seksualności często bierze się właśnie z nadmiernej kontroli, prób zarządzania tym co się czuje. Afirmacja działa może dlatego że uczy odpuszczania tej kontroli, a nie dlatego że coś bezpośrednio programuje.
Czyli to bardziej chodzi o to żeby w głowie było kilka głosów i ten pozytywny miał szansę dojść do słowa, nie że się wycisza ten negatywny?
To co mówi Malgosia87 bardzo mi się zgadza z moim doświadczeniem. Zastanawiam się tylko czy to nie jest frustrujące na dłuższą metę - że ciągle masz ten krytyczny głos i tylko go trochę zagłuszasz? Czy po jakimś czasie naprawdę przestaje być taki głośny?
Właśnie to jest ta pułapka oczekiwania że coś 'zniknie'. Ja na początku też czekałam aż wstyd po prostu się skończy. A on się nie skończył, zmienił się jego charakter. Z czegoś paraliżującego stał się czymś co jest, ale nie rządzi. I to chyba jest realistyczny cel, nie eliminacja.
Strzaska mówiłaś wcześniej o tym że afirmacje blisko sytuacji działają lepiej - czy to samo dotyczy właśnie tej pracy ze wstydem? Że te afirmacje robi się bliżej momentu kiedy wstyd się pojawia, a nie tylko rano w abstrakcji?
A czy to nie jest tak że jak za dużo myślisz w takiej sytuacji to już samo w sobie psuje nastrój? Chodzi mi o to że może te analizy i afirmacje to fajne rzeczy ale w momencie bliskości z kimś chyba ostatnią rzeczą którą chcesz jest myślenie?
mam pytanie moze troche z boku ale zastanawia mnie - skoro te afirmacje zmieniają co sie dzieje automatycznie, to czy można je robic za dlugo i zmienic za duzo? Ze np nie bedziesz miec juz zadnej naturalnej ochrony?
Ale czy nie jest tak że jak ktoś ma głęboko zakorzeniony wstyd to nawet 'mam prawo do przyjemności' będzie budzić sprzeciw? Bo on też może nie wierzyć że ma prawo.
To jest dobre pytanie i sama długo się z tym zmagałam. U mnie rozróżnienie wyglądało tak - jest dyskomfort który mówi 'dotykasz czegoś żywego' i jest dyskomfort który mówi 'to zdanie jest po prostu nieprawdziwe i twój umysł się broni'. Pierwszy po kilku dniach trochę odpuszcza, drugi się utrzymuje albo nasila. Ale przyznam szczerze że ta różnica nie jest zawsze oczywista, zwłaszcza na początku.
a jak to rozróżniałaś w praktyce? Czy to jest bardziej odczucie w ciele czy raczej myśl, która przychodzi przy afirmacji?
Mam wrażenie że ta rozmowa trochę nam się przesuwa w stronę ogólnej pracy z przekonaniami, a warto by może wrócić do konkretnie seksualności - bo tam ten wstyd ma często inny charakter niż w innych obszarach. Jest bardziej warstwowy, często nałożony przez rodzinę, kulturę, religię jednocześnie. I afirmacja musi jakoś przebić się przez kilka warstw naraz, nie tylko przez jedną. Czy ktoś pracował świadomie z tym że ma kilka różnych źródeł wstydu i jakoś to rozdzielał?
