Siedzę nad tym od jakiegoś czasu i nie mogę się zdecydować, jak właściwie formułować afirmacje dotyczące przyszłości. Bo z jednej strony słyszę, że afirmacja ma być w czasie teraźniejszym - 'jestem spokojna', 'mam stabilną pracę' - a z drugiej strony, kiedy mówię 'mam stabilną pracę' a jej nie mam, mój umysł od razu protestuje i mówi 'nieprawda'. I zamiast spokoju mam dysonans. Próbowałam różnych wariantów. Czas przyszły - 'będę mieć' - też jakoś nie działa, bo brzmi jak odległa obietnica. Zastanawiam się, czy ktoś znalazł złoty środek między afirmowaniem teraźniejszości a planowaniem przyszłości. Szczególnie chodzi mi o lęk - bo to nie jest tak, że chcę przyciągnąć jakieś dobro, tylko chcę po prostu przestać się bać tego, co przed mną.
Ten problem z dysonansem to bardzo realna sprawa i dobrze, że go nazwałaś. Ja przez długi czas używałam czasu teraźniejszego na ślepo, bo tak pisało w każdej książce o afirmacjach, i podobnie - coś nie grało. Potem ktoś mi powiedział, żeby dodać do afirmacji słowo 'wybieram' albo 'decyduję' - na przykład 'wybieram spokój' zamiast 'jestem spokojna'. To działa inaczej, bo nie kłamiesz sobie, tylko deklarujesz intencję. Ale nie jestem pewna, czy to rozwiązuje kwestię lęku przed przyszłością, bo lęk to nie brak spokoju w tej chwili, tylko projekcja na to, co będzie. Może ktoś ma inne doświadczenia?
Przepraszam, że się wtrącę z głupim pytaniem, ale nie do końca rozumiem - czy afirmacje mają 'działać' same z siebie, czy muszą być do czegoś dołączone, jak ten oddech, który opisujesz? Bo ja zaczęłam powtarzać afirmacje rano przed lustrem i po tygodniu nic się nie zmieniło i trochę straciłam wiarę w to.
Hm, ale tutaj mam wątpliwość. Jeśli afirmacja działa tylko wtedy, gdy w nią wierzysz, to po co jej używać? Bo skoro już wierzę, że 'jestem spokojna' albo 'dam sobie radę', to nie potrzebuję afirmacji. Trochę błędne koło, nie? Właśnie osoby, które jej najbardziej potrzebują, mają największy opór. To chyba nie znaczy, że afirmacje nie działają - tylko że mechanizm jest bardziej złożony niż 'powtarzaj i uwierzysz'.
Mam w notatkach kilka różnych podejść do tego i ciekawe, że każde z nich proponuje coś innego. Pierwsze - afirmacje procesualne, czyli skupione nie na wyniku, ale na tym, jak przez to przechodzę: 'jestem w stanie stawić czoło temu, co nadchodzi'. Drugie - afirmacje zakotwiczone w przeszłości: 'przeżyłam trudne rzeczy i dałam sobie radę' - to nie jest fikcja, tylko fakt, i umysł tego nie odrzuca. Trzecie - afirmacje zaufania zamiast pewności: 'ufam, że znajdę odpowiedź w odpowiednim momencie'. Żadne z tych nie mówi wprost o przyszłości, ale każde jakoś do niej podchodzi z boku. Ciekawe, które z nich macie przećwiczone.
Czytam to od początku i mam pytanie, które mnie nurtuje od jakiegoś czasu. Czy afirmacje skierowane na przyszłość nie wchodzą trochę w konflikt z praktyką uważności, gdzie chodzi o bycie tu i teraz? Bo jeśli mówię 'będę mieć odwagę' albo nawet 'ufam przyszłości', to mentalnie wychodzę z teraźniejszości. Zastanawiam się, czy to nie jest sprzeczność, czy da się to jakoś pogodzić.
Mam takie pytanie może trochę z innej beczki, ale wydaje mi się że pasuje. Czy afirmacje dotyczące przyszłości nie są trochę jak programowanie się na konkretny scenariusz? Bo jeśli powtarzam 'dostanę tę pracę' albo 'mój związek się ułoży', to co się dzieje z moim nastawieniem, kiedy to nie wychodzi? Zastanawiam się, czy zbyt konkretna afirmacja o przyszłości nie jest pułapką.
Przepraszam, że pytam o coś praktycznego, ale czy jest jakaś zasada, ile razy dziennie powtarzać afirmacje? Bo czytałem, że rano i wieczór, ale też że przez cały dzień przy każdej okazji. Nie chcę robić za mało ani za dużo, bo zaczynam i nie wiem, od czego zacząć w ogóle.
Wracam do meritum, bo trochę odpłynęliśmy. Mnie interesuje wciąż to samo co na początku - jak formulować afirmacje wobec konkretnej, przyszłej rzeczy, której się boimy, nie ogólnikowe 'ufam procesowi', tylko coś, co ma związek z czymś realnym. Czy ktoś ma przykład afirmacji, którą używał w konkretnej sytuacji - nie 'pracuję z lękiem od lat', tylko coś konkretnego, co pomogło przed jakimś zdarzeniem?
Mam przykład. Kilka miesięcy temu czekałam na wynik badania i poziom lęku był tak wysoki, że żadna klasyczna afirmacja nie działała. W końcu trafiłam na formułę, którą gdzieś znalazłam w notatkach: 'cokolwiek nadejdzie, znajdę w sobie zasoby, żeby to udźwignąć'. Nie: 'wszystko będzie dobrze', nie: 'wynik będzie dobry'. Tylko to jedno zdanie skupione na sobie, nie na wyniku. I to akurat działało - nie usuwało lęku, ale dawało jakiś grunt pod nogami.
Wróćmy do tego, co Galaktyka pyta, bo mam wrażenie, że ciągle krążymy wokół, a nie dochodzimy do sedna. Moje pytanie jest takie: czy afirmacja skierowana na konkretne przyszłe wydarzenie nie jest trochę jak próba kontrolowania tego, co nieznane? Bo kiedy mówię 'znajdę zasoby żeby to udźwignąć', to zakładam, że wiem, co nadejdzie. A jeśli nie wiem? Czy wtedy afirmacja nie jest trochę graniem pod nieznane reguły?
Dobra, bo Wieszczbiarz01 trafił w coś ważnego tym 'oknem wejścia' - ja też zauważyłam, że rano afirmacje idą inaczej niż w ciągu dnia. Ale wracając do mojego pytania o konkretne przyszłe rzeczy: czy ktoś ma jakąś formułę, która działa nie tylko na lęk ogólny, ale właśnie na coś datowanego? Mam na myśli - wiem, że za trzy tygodnie wydarzy się coś trudnego i nie mogę tego uniknąć. Jak to ująć w słowa?
To jest właśnie ten przypadek, gdzie moim zdaniem afirmacja nie może być ogólna. 'Cokolwiek nadejdzie' tu nie wystarczy, bo ty już wiesz co nadejdzie. Próbowałaś kiedyś budować afirmację z konkretną datą albo konkretnym zdarzeniem w środku? Np. 'przez to przejście mam już wszystko czego potrzebuję'?
A co z sytuacją, kiedy przyszłe zdarzenie jest powtarzalne - np. cykliczny stres, który wraca co jakiś czas? Czy wtedy afirmacja się 'zużywa' i trzeba ją za każdym razem przebudowywać, czy raczej z czasem wchodzi głębiej i działa mocniej?
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i mam pytanie trochę z innej strony. Czy ktoś próbował łączyć afirmację z jakimś fizycznym przedmiotem - kamieniem, amulettem - jako czymś, co pomaga 'zapamiętać' tę chwilę ciszy, o której pisze Helenka99? Mam wrażenie, że mi samo słowo nie wystarczy i potrzebuję czegoś, co mogę trzymać w ręce.
Talizmanik, to ciekawy kierunek, ale chyba rozmawiamy tu głównie o samej strukturze afirmacji, a nie o wspomagaczach. Chociaż nie wiem - może to jest właśnie to, czego mi brakuje. Mam pytanie do wszystkich, którzy tu pisali o 'wiarygodności' zdania: czy kiedykolwiek zdarzyło się, że afirmacja przy konkretnym, nadchodzącym zdarzeniu faktycznie obniżyła lęk zanim ono nastąpiło? Nie po - właśnie przed?
Tak, ale nie od pierwszego dnia. Przy tym badaniu, o którym pisałam - zauważyłam zmianę mniej więcej po tygodniu codziennego powtarzania. Nie to, że lęk znikł, ale zmienił się jego charakter. Wcześniej był rozlany na wszystko, potem skupił się tylko na czekaniu na wynik, a reszta dnia była spokojniejsza. Nie wiem, czy to afirmacja, czy po prostu upływ czasu - ale zmieniło się coś.
Prowadzę notatki, to mi pomaga. Krótko, kilka zdań po porannej pracy. Nie oceniam tego co czuję, tylko opisuję. Po tygodniu widać pewien wzór - nie że stało się coś konkretnego, ale że moje opisy zmieniły charakter. Mniej słów o czymś zewnętrznym, więcej o tym co jest we mnie. To chyba jest ta zmiana.
Wracam do tego, co pytała Twilighta_63 o uczciwości afirmacji wobec siebie, bo wątek mi gdzieś uciekł. Powiedziałem, że spokój po afirmacji to dobry znak, ale powinienem był dodać zastrzeżenie. Spokój może być też formą zamrożenia, nie otwarcia. Jeśli ktoś ma tendencję do dysocjacji w stresie, to 'spokój' po afirmacji może być właśnie tym, a nie efektem prawdziwej pracy. Jak to odróżnić? Nie wiem, czy da się to zrobić samemu, bez jakiegoś zewnętrznego lustra.
Czytam ten wątek od początku i mam jedno spostrzeżenie, które mi chodzi po głowie. Dużo mówimy o afirmacjach zorientowanych na teraźniejszość jako alternatywie dla lęku, ale nikt nie powiedział wprost - co z planowaniem? Tytuł wątku o tym pyta, a trochę odpłynęliśmy. Czy afirmacja 'jestem zdolna poradzić sobie' zastępuje plan działania, czy ma działać obok niego?
Właśnie to mnie nurtuje od początku i dlatego założyłam ten temat. Sama mam tendencję do planowania wszystkiego, ale często plan staje się źródłem lęku, bo zaczyna żyć własnym życiem. Afirmacja była dla mnie sposobem na wyłączenie tej maszyny na chwilę, ale nie wiedziałam, czy nie zaniedbuje przez to odpowiedzialności za to co nadchodzi.
Mam podobnie z tym planowaniem. Ale powiem ci jak to teraz widzę po tej dyskusji - plan i afirmacja mogą się wzajemnie nie wykluczać tylko wtedy, gdy plan nie jest napędzany strachem a afirmacja nie jest wymówką od planu. To jest cienka granica i trudno ją utrzymać, zwłaszcza u ludzi, którzy mają naturalny przechył w jedną stronę.
Słuchajcie, wracam do kwestii, którą poruszyła Galaktyka - plan żyjący własnym życiem. Mam w notatkach z poprzednich miesięcy kilka afirmacji, które pisałam właśnie po to, żeby wyjść z trybu kontrolowania planu. I ciekawa rzecz - te afirmacje, które działały najlepiej, nie mówiły nic o przyszłości. Mówiły o tym, co robię teraz, w tej chwili. Np. 'działam z tego, co mam' zamiast 'osiągnę X'. Różnica w reakcji ciała była wyraźna.
Właściwie to, co opisuje Helenka99, odpowiada na moje wcześniejsze pytanie o zakrywanie lęku versus adresowanie. Jeśli wchodzę w afirmację bez tej pauzy, bez okna odbioru, to de facto tylko przyklejam słowa na wierzch. Lęk zostaje pod spodem. Dlatego u mnie czasem działało, a czasem nie - pewnie zależnie od tego, czy byłam wystarczająco uważna zanim zaczęłam.
Czytam tę rozmowę od dłuższego czasu i mam pytanie do Otylki albo Helenki99. Czy ta praca z ciałem przed afirmacją ma sens również wtedy, gdy lęk przed przyszłością jest bardzo fizyczny - drżenie rąk, napięcie w gardle? Czy wtedy lepiej najpierw 'uspokoić' ciało, czy wejść w afirmację właśnie z tym napięciem?
Chcę dodać coś do tego, co mówimy o planowaniu versus teraźniejszości. Myślę, że rozróżnienie nie jest między planem a brakiem planu, tylko między planem jako strukturą a planem jako przymusem. Afirmacja zorientowana na teraźniejszość może bardzo dobrze współistnieć z planowaniem, jeśli plan traktujesz jako szkic, a nie wyrok. Problem zaczyna się kiedy plan staje się miarą twojej wartości - wtedy każde odchylenie od niego jest zagrożeniem egzystencjalnym.
To co mówi Celestyn bardzo dobrze opisuje to, co u mnie się działo. Plan jako wyrok - tak to czułam, choć nigdy tak nie nazwałam. I afirmacje próbowałam wtedy używać jako antidotum na ten wyrok, co chyba nie było właściwą drogą. Może najpierw trzeba przepracować sam stosunek do planu, a potem dopiero afirmować?
