Ręka do góry, kto nigdy nie pytał kart drugi raz o to samo. Ja przyznaję się bez bicia - na początku swojej drogi potrafiłem tasować i rozkładać po pięć razy z rzędu. Nie dlatego, że odpowiedź była niejasna. Dlatego, że mi się nie podobała. Z perspektywy lat widzę, że pierwszy rozkład prawie zawsze okazywał się trafny.
Dokladnie tak. Jak wracam do swoich starych dziennikow - pierwszy rozklad mial sens. Kazdy kolejny to bylo szukanie dziury w calym. Albo wrecz szukanie odpowiedzi, ktora chcialam uslyszec.
Ale czekajcie, jest chyba roznica miedzy powtorzeniem z desperacji a sytuacja, kiedy karty wypadly tak, ze kompletnie nic z nich nie rozumiesz? Bo mi sie zdarza, ze patrze na rozklad i nie wiem, o co w nim chodzi.
Dodam cos z innej tradycji - w I-Ching jest heksagram numer cztery, "Mlodzienczna Glupota". Mowi doslownie: "Za pierwszym razem wyrocznia odpowiada. Gdy pytasz drugi i trzeci raz, jest to natretwo. Jesli natretowi, nie udzielam odpowiedzi." To nie przypadek, ze niezalezne systemy diwinacyjne doszly do tego samego wniosku. Wielokrotne pytanie to brak szacunku wobec zrodla madrosci, niezaleznie czy to karty, monety czy paleczki krwawnikowe.
Myslalem o czyms zblizonym. Kiedy stawiasz karty w spokoju i skupieniu, jest pewna czystosc intencji. Kiedy stawiasz po raz trzeci, twoja intencja nie jest juz "chce poznac prawde", tylko "chce uslyszec co innego". A intencja ksztaltuje odczyt.
Mnie tu brakuje jednego watku - nikt nie mowi o ludziach, ktorzy chodza od wrozki do wrozki z tym samym pytaniem. Bo to jest dokladnie ten sam mechanizm, tyle ze drozszy. Znalam osoby, ktore wydawaly po kilkaset zlotych miesiecznie, pytajac piec roznych czytaczek "czy on wroci". Kazda mowi co innego, a osoba i tak dalej szuka.
Znam to z pierwszej reki. Kiedys mialam klientke, ktora przychodzila co tydzien z tym samym pytaniem o zwiazek. Za trzecim razem powiedzialaam jej wprost, ze nie bede sie na to godzic, bo to nie pomaga ani jej, ani mnie. Byla oburzona, ale wrocila po pol roku i powiedzialaa, ze mialam racje. Czasem najlepsza usluga to odmowa uslugi.
Mam pytanie do bardziej doswiadczonych - czy jest jakas regula, po jakim czasie mozna bezpiecznie wrocic do tego samego pytania? Bo rozumiem, ze nie jutro, ale czy tydzien to juz ok? Miesiac?
Ja mam troche inny problem. Nie chodzi mi o powtarzanie wprost, tylko o takie obchodzenie tematu bokiem. Zamiast pytac "czy on mnie kocha" po raz drugi, pytam "co on czuje", "jaka jest przyszlosc nas dwojga", "co blokuje nasz zwiazek" - niby inne pytania, ale de facto dotycza tego samego.
Musze sie czesciowo nie zgodzic z tym, co tu pada. Nie zawsze powtorzenie pytania wynika z desperacji. Mam klientow, ktorzy pytaja ponownie, bo chca zobaczyc, jak sytuacja sie rozwija. Sytuacje zmieniaja sie z dnia na dzien, szczegolnie te dynamiczne - konflikty, negocjacje, zmiany w pracy. Dogmatyczne "nigdy nie pytaj dwa razy" moze byc rownie szkodliwe co pytanie dziesiec razy dziennie.
Moja obserwacja - jak powtarzalem pytanie, dostawalem te same karty. Nie identyczne rozklady, ale te same motywy. Trojka Mieczy wracala pod roznymi postaciami. Jakby karty chcialy powiedziec: "Kolego, my juz ci to powiedzielismy, nie wiemy jak jasniej."
Zblizamy sie do glebokiej wody. Czy tarot dziala, bo jest systemem diwinacji, czy dlatego, ze jest lustrem psychiki pytajacego? Obydwie perspektywy prowadza do tego samego wniosku: wielokrotne pytanie o to samo zaburza proces, niezaleznie od tego, co uznajemy za zrodlo odpowiedzi.
Chcialam wrocic do kwestii tych "gniewnych" kart. Znam ten schemat: ktos pyta wielokrotnie i za kazdym razem karty sa coraz bardziej negatywne - rewersy, Miecze, Wieza, Dziesiatka Mieczy... I mowi "widzicie, karty sie na mnie gniewaja!". Ale bardziej prawdopodobne jest to, ze z kazdym kolejnym rozkladem narastal w nim lek i frustracja, i karty odzwierciedlaly ten stan, a nie "karaly" go.
Czy to dotyczy tez rozkladow milosnych? Pytam, bo mam wrazenie, ze wlasnie w sprawach sercowych najlatwiej wpasc w te spirale.
Ja w ogole nie stawiam sobie kart w sprawach osobistych od lat. Jak potrzebuje odpowiedzi na cos waznego, dzwonie do zaprzyjaznonej czytaczki. Nie dlatego, ze nie potrafie, tylko dlatego, ze wiem, jak latwo jest oszukac sama siebie.
Takie pytanie - a co z ludzmi, ktorzy prowadza dzienniki i robia np. codzienna karte dnia? To tez jest powtarzanie, nie? Codziennie pytasz "jak bedzie wygladal moj dzien" - i to jest ok?
Mam jeszcze jedno pytanie. Co z rozkladami online? Ostatnio duzo sie mowi o tarocie generowanym przez AI i automatycznych rozkladach na stronach internetowych. Tam klikasz "wylosuj ponownie" i nie ma zadnej bariery. Czy to nie pogarsza problemu?
To jest w ogole szerszy temat - ile z naszego "czytania" kart to jest realne odczytywanie symboliki, a ile to projekcja naszych oczekiwan? I przy pierwszym rozkladzie ta proporcja jest jeszcze w miare zdrowa. Przy piatym - projekcja zjada wszystko.
Ok, to teraz rozumiem, dlaczego nie warto powtarzac. Ale mam jeszcze jedno pytanie - co jesli dwie rozne osoby pytaja o te sama sprawe? Np. ja pytam o moj zwiazek z X, a moja przyjaciolka tez pyta o moj zwiazek z X? To jest ta sama sprawa, ale dwie inne osoby.
Przeczytalam caly watek i chce dorzucic cos z troche innej beczki. Znam osoby, ktore wpadly w spirale kompulsywnego pytania kart i to mialo realny wplyw na ich zdrowie psychiczne. Lek, bezsennosc, niemoznosc podjecia jakiejkolwiek decyzji bez siegniecia po talie. To nie jest zart. Wielokrotne pytanie o to samo to czesto objaw glebszego problemu - leku, potrzeby kontroli, trudnosci z akceptacja niepewnosci. Karty sa wtedy bardziej objawem niz przyczyna.
Dobrze, ale nie wpadajmy w druga skrajnosc. Nie kazdy, kto zapytal dwa razy, jest uzalezniony. Roznica miedzy "zdarzylao mi sie powtorzyc pytanie" a "robie to codziennie kompulsywnie" jest ogromna. Nie stygmatyzujmy ludzi za zwykle ludzkie zachowanie.
Jeszcze jeden aspekt - czas. Wieczorny rozklad powinno sie przespac. Rano patrze na te same karty innymi oczami, bo emocje opadly, mozg przetrwil wszystko w nocy. Ile razy mi sie zdarzalo, ze wieczorem myslalam "to nie ma sensu", a rano nagle wszystko klikalo.
Wlasnie, i to jest klucz do problemu. Ludzie traktuja tarot jak wyszukiwarke Google - wpisujesz pytanie, dostajesz odpowiedz. A to jest raczej jak rozmowa ze starym mistrzem zen, ktory odpowiada zagadka. Musisz z ta zagadka posiedziec.
Chce wrocic do praktyki. Mam taka zasade: po rozkladzie zamykam talie i wkladam ja do futeralu. Fizycznie zamykam. To jest sygnal dla mnie samej - "ten rozklad jest zamkniety, odpowiedz zostala udzielona". Taki maly rytual, ale dziala.
W ogole prowadzenie dziennika tarotowego to jest chyba najlepsza bron przeciwko powtarzaniu. Bo po pierwsze - masz zapis i mozesz wrocic do starego rozkladu. Po drugie - po kilku miesiacach widzisz wzorce, ktorych nie zlapiesz z pamieci. Po trzecie - jak zapisujesz odczyt, zmuszasz sie do przemyslenia go, zamiast bezmyslnie tasowac ponownie.
Prowadze dziennik od poltora roku i moge potwierdzic - to zmienilo moje podejscie. Kiedys tasowalem impulsywnie. Teraz, zanim siegne po talie, otwieram notatnik i sprawdzam, kiedy ostatnio pytalem o te sprawe i co wypadlo. Polowe razy odkladam talie, bo widze, ze odpowiedz juz mam.
Dorzuce jeszcze jeden watek, o ktorym nikt nie wspomnial - kwestia godnosci wobec wyroczni. W wielu tradycjach podejscie do diwinacji wiaze sie z pewnym szacunkiem. Nie siadasz do orakulum co piec minut. Przygotowujesz sie, zadajesz pytanie z intencja i przyjmujesz odpowiedz. Wspolczesne podejscie "tasuje kiedy chce i ile chce" to jest cos stosunkowo nowego i chyba nie do konca zdrowego.
