Ostatnio chodzę za pewną myślą i nie daje mi spokoju. Zaczęłam sie zastanawiać, czy te małe codzienne chwile, no wiecie, zapalanie świecy przy kawie, szeptanie czegoś pod nosem przy myciu naczyń, takie drobnostki, a nie wychodzi na to, że to jakiś własny rytuał który robimy bezwiednie. W różnych tradycjach ludowych były takie zakątki w domu, kąciki przy piecu, próg, studnia, gdzie zostawiano okruszki, sól, kwiatek. Małe ofiary bez ceremonii. I zastanawiam sie czy my teraz, już bez tej konkretnej wiary za plecami, tez to robimy? Może nieświadomie odprawiamy cos co mozna by nazwać codzienną małą magią? Czy ktoś z was ma jakies swoje małe rytuały przy rutynowych czynnościach, takie które poprostu weszły w nawyk i niekoniecznie wiecie skąd?
o matko, właśnie to jest temat na który czekałam. u mnie to jest konkretnie: jak zalewam zioła na herbatę to zawsze mieszam tylko w lewo i mówię sobie w duchu co chce żeby ten dzień przyniósł. totalnie z automatu, nawet nie wiem kiedy to sie zaczęło. a poza tym przy wychodzeniu z domu dotykam framugę. ciekawe czy to zabezpieczenie czy po prostu nawyk ale jakoś nie umiem wyjść nie dotykając.
szczerze? troche mam problem z tym ze nazywamy zwykłe nawyki rytuałami. dotykanie framuge albo mieszanie herbty to raczej OCD niz magia, nie? po co to sakralizować. pytam serio bo nie rozumiem gdzie jest granica miedzy nawykiem a rytuałem
no właśnie. ten argument z placebo wraca w każdym watku jak bumerang i zawsze mam ochotę powiedziec: a co z tego. tradycje, o których piszemy, nigdy nie robiły rozróżnienia miedzy tym co psychiczne a tym co magiczne. to był jeden organizm. i te małe zakątki, kąciki, progi, miały dokładnie ten sam status co wielkie obrzędy. zresztą w wielu tradycjach ten kącik domowy byl ważniejszy niz świątynia
chcę trochę sprowadzić to na ziemię, bo widzę że idziemy w stronę idealizacji. 😛 nie każda babcia mieszająca zupę "od lewej" robiła rytuał. część tych nawyków to naprawdę tylko nawyki przekazane przez naśladownictwo, bez żadnej treści. żeby to był rytuał, to ta babcia musiała cos wiedzieć, intencjonalnie to robić. inaczej to jest po prostu folklor bez kości. rozróżnienie jest ważne, bo jak to rozmyjemy to wszystko staje się magiczne i nic nie jest magiczne. chyba za długo o tym myślę
może granica jest wlasnie w tym napięciu, w tej niejednoznaczności. 😉 słowiańskie domowe praktyki nie były czyste, nie były "rytuałem" albo "nawykiem", były czymś pomiędzy. dlatego tak trudno je rekonstruować bo nie ma czystej kategorii. ja to przyjmuję jako cechę, nie błąd. poczekam co powiecie
ok ale wracam myślami do początku - czy ktoś może podać konkretne przykłady takch małych rzeczy które można robić? bo czytam i rozumiem filozofię, ale co ja mam faktycznie zrobić rano przy kawie, zeby to nie bylo na próżno? przepraszam za tak przyziemne pytanie ale bede szczera ze właśnie o to mi chodzi
to wcale nie jest przyziemne pytanie, to jest najlepsza wersja tego pytania. konkretnie: zacznij od jednej czynności, którą już robisz. cokolwiek. i przed zrobieniem jej zatrzymaj się na 3 sekundy i powiedz sobie czego chcesz żeby ta czynność była częścią. gotowanie, mycie rąk, otwieranie okna. to jest wystarczający rdzeń. reszta dorasta sama.
a jak sie ma do tego wiara? bo ja moge sie zatrzymać i intencjonalnie zaparzyć kawę ale w głowie mam kompltena pustkę, zero wiary w to ze cokolwiek to zmieni. czy to w ogule ma sens jesli nie wierzę?
a co jeśli kiedyś wierzyłam i straciłam? to jest chyba gorszy przypadek niż nigdy nie wierzenie. bo cos było i zniknęło i nie wiem jak do tego wrócić. te małe rytuały codzienne - czy mogą pomóc zakotwić się z powrotem, czy to za mało na takie pęknięcie?
ale jak w ogóle zacząć jeśli każde próbowanie czuć sie fałszywie? serio, siadam rano, patrzę na kubek z herbatą, mówię sobie "teraz intencja" i wewnątrz jest cisza. jakby ktoś wyłączył. ciekawe czy to w ogóle da sie naprawić, czy moze powinnam poprostu zaakceptować ze to co miałam poprostu minęło
ojej, to "ciemna noc duszy" jest naprawdę w tylu tradycjach? myślałam że to tylko chrześcijańskie określenie. nie wiedziałam że to ma takie szerokie zastosowanie. ciekawa jestem czy ktoś to widzi podobnie
okej ale poczekajcie bo kieruję pytanie do calej tej rozmowy o wierze i jej braku. jesli ktos odprawia te malutkie rytualy, dotyka framugi, miesza herbe, i czuje ze to jest puste to czy to nie jest gorsze niz nie robienie nic? bo robi cos czemu nie wierzy, co troche brzmi jak klamstwo wobec siebie samego, nie?
kamień z rzeki to w ogule jeden z najprostszych i najstarszych nośników, serio. nie musi być kryształ z opisu z netu, nie musi miec nazwy ani właściwości. sam kontakt z czymś co jest starsze od nas i trwałe robi robotę. szczególnie jak sie go nosi przy sobie albo trzyma w stałym miejscu. to jest wlasnie ten domowy zakątek w miniaturze
no i tu wkracza moje "ale". bo ta historia o kamieniu i ciepłocie jest piękna, nie kwestionuję. ale właśnie o tym mówiłam wcześniej że granica między "kamień ma znaczenie duchowe" a "lubię trzymać kamień bo jest przyjemny" jest bardzo cienka. i nie mówię że jedno jest lepsze od drugiego, tylko że musimy uczciwie sobie powiedzieć że nie wiemy co tam naprawdę działa
