Siedzę od kilku dni nad ikonografią Bramy Słońca i im dłużej się w to wgryzam, tym mniej jestem pewien, co tam właściwie jest pokazane. A wydawałoby się, że temat oklepany – stoi to monolitem na płaskowyżu od kilkunastu wieków, andezytowy blok mniej więcej trzy metry wysokości, dziesięć ton, rzeźbiony z jednej bryły. Wszyscy wiedzą, że to symbol Boliwii, że stoi w obrębie Kalasasaya, że turyści robią sobie pod nim zdjęcia. Tylko że jak człowiek zaczyna pytać, kogo dokładnie tam wykuto i po co – odpowiedzi się rozjeżdżają.
Postać centralna na nadprożu. Najczęściej się słyszy, że to Wiraqocha, andyjski bóg-stwórca. Tylko że Wiraqocha to nazwa inkaska, a Tiwanaku skończyło się jako państwo gdzieś między 950 a 1000 rokiem n.e., więc Inkowie wkraczają w te tereny dobre kilka stuleci później. To, że Inkowie później rzeczywiście odwiedzali ruiny Tiwanaku jako miejsce sakralne – owszem, ale to nie znaczy, że figura na bramie była dla budowniczych Wiraqochą. Mogła być Tunupą (proto-Tunupą okołotitikackim), mogła być po prostu Bogiem Lasek (Staff God) rozumianym znacznie wcześniej, sięgającym jeszcze Chavín de Huántar i wybrzeża Norte Chico. Najstarszy znany wizerunek bóstwa z laskami pochodzi z tykwy z doliny Pativilca datowanej na ok. 2250 p.n.e. – czyli ponad trzy tysiące lat przed wybudowaniem Bramy Słońca. To znaczy, że to nie było bóstwo Tiwanaku, tylko pan-andyjski motyw, który Tiwanaku tylko zaadaptowało.
Druga sprawa – te 48 skrzydlatych postaci wokół centrum, ułożone w trzy rzędy. W jednym rzędzie z głowami ludzkimi, w drugim z głowami kondora, w trzecim znowu ludzkimi. Często pisze się, że to "aniołowie" albo "skrzydlaci wysłannicy", ale to są sformułowania z XIX i XX wieku, nakładane na to, czego nie rozumiano. Zupełnie poważna teoria mówi, że to są kapłani-praktycy w trakcie obrzędu, nie istoty boskie. Ich rekwizyty interpretowane są jako qiru (rytualne kubki), tabliczki do wąchania halucynogenów, miotacze włóczni. Innymi słowy, fryz może być nie scenografią mityczną, lecz sceną rytualną – wzorcowym układem ceremonii, w której uczestniczyli żywi ludzie.
I wreszcie – kalendarz. Hipoteza, że bramę da się odczytać jako precyzyjny kalendarz astronomiczny, jest popularna od czasów Schindlera-Bellamy'ego i Allena ("The Calendar of Tiwanacu"), którzy poświęcili temu cztery setki stron. 48 pól dookoła centralnej postaci miałoby odpowiadać 12 miesiącom po 4 tygodnie. Niektóre znaki pod centralną figurą tłumaczą jako oznaczenie roku słonecznego dzielonego dla potrzeb agrarnych. Tylko że poważni archeolodzy (Kolata, Vranich, Janusek) są wobec tej teorii dość sceptyczni – uważają, że to nadinterpretacja przeniesiona z europejskich zegarów słonecznych na obcą strukturę symboliczną. Z kolei sami Aymara, dziedzice tej kultury, do dziś świętują tam Aymara New Year w przesilenie czerwcowe, więc jakaś astronomiczna funkcja musi tam być.
I tu się rozjeżdżam. Bo z jednej strony – sceptyk we mnie podpowiada, że wszystko, co o Bramie się mówi w popularnej narracji, to projekcja: raz Wiraqocha, raz kalendarz, raz aliens, raz Atlantyda. Z drugiej strony, coś musi siedzieć w środku tego symbolu, bo Tiwanakuańczycy nie kuli dziesięciotonowych monolitów dla ozdoby.
Pytania, które chcę rzucić:
– Kim jest postać centralna z punktu widzenia samego Tiwanaku, nie Inków? Bóstwem-stwórcą, bóstwem słońca, bóstwem grzmotu, czy może upostaciowanym przodkiem dynastii?
– Czy fryz z 48 postaciami przedstawia mit, kalendarz, czy zapis ceremonii?
– Jak się ma kosmologia Tiwanaku (Arajpacha–Akapacha–Manqhapacha w późniejszej wersji aymarskiej) do tego, co jest wykute na bramie – czyli czy mamy tu trzypoziomowy kosmos w obrazie, czy raczej coś zupełnie innego?
– I jeszcze – czy to, że bramę znaleziono przewróconą, popękaną i prawdopodobnie nie w pierwotnym miejscu, ma znaczenie dla odczytu? Bo niektórzy twierdzą, że stała pierwotnie przy Pumapunku, nie przy Kalasasaya, a to zmieniałoby kontekst rytualny.
Z lektur znam Kolatę "The Tiwanaku: Portrait of an Andean Civilization", coś u Januska, "Ancient Tiwanaku" Vranicha, kilka rzeczy Goldsteina o ekspansji Tiwanaku do południowego Peru i Chile. Reszta to popularne kompilacje. Liczę, że ktoś z Was siedział w temacie głębiej i rozjaśni co najmniej któreś z tych pytań.
Zacznę od podstaw, bo bez tego dyskusja zaraz pójdzie bokiem. Postać centralna w Bramie Słońca w literaturze fachowej jest nazywana po prostu "Bogiem Lasek" (Staff God) albo "Bóstwem Drzwi" (Doorway God) i to są nazwy świadomie ostrożne – właśnie po to, żeby nie przesądzać o tożsamości. Krótka nazwa "Wiraqocha" to nakładka, którą zrobili XIX-wieczni i wcześniejsi obserwatorzy, zaczynając od kronikarzy hiszpańskich, którzy widząc kult bóstwa w Tiwanaku już z czasów inkaskich, automatycznie podpisywali to jak najbliższym im imieniem panteonu. Ale ikonograficznie nie ma żadnej pewności, że twórcy bramy nazywali tę postać jakkolwiek związaną z późniejszym imieniem inkaskim.
A skąd w ogóle wzięła się ta tradycja, że postać z bramy "płacze"? Bo widziałem tę nazwę – "Weeping God" – w paru źródłach.
Nie zgadzam się z tym, że można po prostu odpiąć figurę z Bramy od późniejszej tradycji wiraqochowej. Tradycja ustna w Andach ma długie ciągi i to, że Inkowie nazwali ten obiekt swoim imieniem boga-stwórcy, nie musi być przypadkowe ani oportunistyczne. Mogło być tak, że wiedzieli, kogo on przedstawia – w lokalnej tradycji aymarskiej zachowanej z czasów Tiwanaku przez Kolla. Nazwa się zmieniła, ale tożsamość bóstwa mogła pozostać.
Jest jeszcze jeden trop, który tu warto rzucić – Tunupa. To bóstwo okołotitikackie, czczone przez Aymara, wiązane z grzmotami i wulkanem Tunupa nad jeziorem Poopó. Niektórzy badacze (m.in. Therese Bouysse-Cassagne, "Lluvias y cenizas") sugerują, że figura z bramy mogła być raczej proto-Tunupą niż proto-Wiraqochą. Tunupa też miał swoje opowieści o stworzeniu i podróży po jeziorze, które potem inkaski mit o Wiraqocze przejął.
A te laski w rękach – to są realnie laski czy może berło i włócznia? Bo widziałem rysunki, gdzie końce wyglądają jak głowy węży albo kondorów.
