W nocy z niedzieli na poniedziałek miałam dwa sny.
Pierwszy: dowiedziałam się, że mama mojej współlokatorki zabiła własnego syna i najmłodszą córkę, a potem popełniła samobójstwo. Powiedziałam o tym naszemu współlokatorowi i byłam w kompletnym szoku, bo akurat w ten dzień współlokatorka obchodziła urodziny. Obudziłam się z przerażenia i wtedy dotarło do mnie, że ona w ogóle nie ma brata, tylko młodszą siostrę.
Drugi sen był długi i intensywny: uciekałam przed jakimiś Niemcami jadącymi luksusowym ciemnym samochodem, którzy chcieli mnie zastrzelić. Jakoś mi się udało, trafiłam na jakieś pole, a potem do zagrody gdzie były dwie kobiety, Polka i Niemka. Cieszyłam się że żyję, zaczęłyśmy rozmawiać, ale ta Niemka w pewnym momencie zaczęła na głos dedukować: uciekłaś przed mężczyznami, jesteś sama z obcymi kobietami, nie masz broni, tamta też nie, ale ja mam i to ja cię zastrzelę. Wyciągnęła pistolet, patrzyłyśmy sobie w oczy i jakoś wyrwałam jej tę broń. Wybiłam okno i wyrzuciłam pistolet na pole, chyba był odbezpieczony bo zaczął strzelać sam. Potem pamiętam tylko że zbierałam na tym polu łuski, naprawde duże. Przyszli jacyś Polacy i chcieli zabić tę Niemkę, ale nie wiem czy to zrobili, bo sen się urywa.
No i rano w pracy otworzyłam gazetę, przekartkowałam kilka stron na chybił trafił i trafiłam na malutki artykulik... mój kolega z liceum zastrzelił się w nocy z soboty na niedzielę.
Zastanawiam się, czy te dwa sny można jakoś połączyć ze sobą i czy da się je zinterpretować w kontekscie tego, co przeczytałam w poniedziałek rano?
Dużo ostatnio o tym myślę...
Oniemiałam.
