Witam wszystkich 🙂
Śnił mi się ostatnio sen, który zupełnie nie dawał mi spokoju po przebudzeniu. Byłam nad morzem, ale wzburzonym, niespokojnym, i stałam gdzieś daleko od wody. Pomiędzy mną a tymi falami była wielka tama, zapora... wiedziałam jednak, że ona w końcu nie wytrzyma, że ta spiętrzna woda prędzej czy później przebije się przez nią.
I nagle, nie wiadomo skąd ani jak, znalazłam się we własnym pokoju. W rękach trzymałam becik, a w nim dziecko. Wiedziałam, że to mój syn, po prostu wiedziałam, tak jak się wie we śnie. Było strasznie zimno, a ja gdzieś przybiegłam, jakbym uciekała. Rozwinęłam ten becik i zobaczyłam, że dziecko jest sine, zimne, dziwnie powykręcane, a główka odwrócona w lewo. Wiedziałam, że nie żyje. Poczułam ogromną panikę.
Zaczęłam je rozbierać i energicznie pocierać to małe ciałko. i powoli zaczęło się robić ciepłe, różowiutkie... w tym momencie się obudziłam.
Czy ktoś mógłby mi powiedziec, jak to rozumieć?
Masz teraz jakiś stres na co dzień, ale wiesz co... dasz radę z tym co Cię teraz gryzie. Po prostu potrzeba trochę czasu i jakoś to się ułoży 🙂
