Od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie pewna kwestia. Rytuały inicjacji mają bardzo długą historię – w zasadzie każda tradycja, od szamańskich po ceremonialną magię zachodnią, zawiera jakąś formę przejścia. Problem polega na tym, że we współczesnym kontekście, gdy praktykujemy samodzielnie, bardzo łatwo wpaść w pułapkę „zrób to sam" bez rozumienia, co tak właściwie powinno się wydarzyć wewnętrznie. Bo inicjacja to nie jest rytuał, który "robi się" – to coś, co się "przechodzi".
Dokładnie to. I tu leży moim zdaniem największa pułapka – skupienie się na formie zamiast na tym, co forma ma wywołać. Widziałam osoby, które przeprowadziły rytuał inicjacji po tygodniu zainteresowania tematem, i osoby, które czekały latami i naprawdę wiedziały, dlaczego to robią. Różnica w tym, co z tego wynikało, była kolosalna. Sam rytuał to forma, ale to, co jest w środku – twoja własna przemiana – to esencja.
Ale czy samoinicjacja w ogóle ma ten sam ciężar co inicjacja przez kogoś? Większość tradycji zakłada, że ktoś cię inicjuje – jest przekaz, jest linia, jest świadek. Co, jeśli pracujesz sam i nie masz dostępu do żadnej grupy ani mistrza?
Rytuały przejścia mają w zasadzie uniwersalną strukturę niezależnie od tradycji. Van Gennep opisał to już na początku XX wieku: separacja, próg (liminalność), włączenie. Nawet jeśli robisz coś samodzielnie, ta struktura powinna być zachowana. Odcinasz się od starego siebie, jesteś przez chwilę „pomiędzy", a potem wchodzisz jako ktoś nowy. Pytanie, jak to przełożyć na konkretne działania.
Mnie zawsze zastanawiało, czy samoinicjacja może dotyczyć konkretnej ścieżki, czy tylko ogólnego „wejścia w magię". Bo jedno to powiedzieć sobie: od dziś jestem praktykiem, a drugie to inicjacja do np. pracy ze ścieżką runiczną albo do określonej tradycji. Czy te dwa przypadki to nie są jednak różne rzeczy?
Pamiętam, że kiedy sama przeprowadzałam swój rytuał przejścia – nie będę go nazywać inicjacją do czegokolwiek konkretnego – skupiłam się na kilku elementach. Oczyszczenie miejsca i siebie, wyraźna granica czasowa (pełnia albo nów, w zależności od intencji), coś, co zostawiam za sobą (symbolicznie spalone lub zakopane), i coś, co biorę. Brzmi prosto, ale zaplanowanie tego zajęło mi kilka tygodni.
Zależy też, w jakiej tradycji się poruszamy. W szamanizmie inicjacja często przychodzi bez żadnego planowania – przez chorobę, przez sen, przez wydarzenie, które cię rozkłada i zmusza do przebudowania siebie od zera. To nie jest coś, co się „przeprowadza". To coś, przez co się przechodzi. I dopiero potem rytuał – jeśli w ogóle – jest uznaniem tego, co już się stało.
A czy ktoś pracował z rytuałem przejścia opartym na porach roku? Mam na myśli nie tyle sabaty same w sobie, ile związanie momentu inicjacji z konkretnym progiem roku – przesileniem, równonocą. Mnie zawsze wydawało się, że zewnętrzny próg kosmiczny wzmacnia próg wewnętrzny.
Chcę wrócić do kwestii materialnej strony rytuału, bo mi zawsze trudno było znaleźć konkretne informacje. Jakie elementy fizyczne uważacie za niezbędne? Mam na myśli: czy wystarczy świeca, krąg i intencja, czy jednak powinny być bardziej złożone komponenty?
Dodam kwestię, o której mało kto mówi: rytualny strój albo jego celowy brak. W niektórych tradycjach inicjacja odbywa się skyclad – bez ubrania – właśnie po to, żeby nie było żadnych masek, żadnych warstw. To dosłowna otwartość przed tym, w co wchodzisz. Ale to oczywiście nie jest dla każdego i każda tradycja robi to inaczej.
Chcę też poruszyć kwestię, która może być niepopularna: nie każda inicjacja samodzielna jest równoważna inicjacji grupowej lub przez mistrza. I nie mówię tego, żeby deprecjonować pracę solową, ale żeby być precyzyjny. Pewne tradycje mają liniowość przekazu, która jest częścią ich systemu. Nie można tej liniowości zignorować i udawać, że to to samo.
Wracając do runów – bo tu mam swoje doświadczenia – inicjacja do pracy runicznej to osobna sprawa. Opiera się na micie o Odynie, który zawisł na Yggdrasilu przez dziewięć nocy, odmawiając jedzenia, picia i towarzystwa, żeby zdobyć runy. To wzorzec inicjacji przez wyrzeczenie i izolację. Kiedy pracuję z kimś, kto zaczyna ścieżkę runiczną, zawsze mówię: zanim dotkniesz run ceremonialnie, zostań sam ze sobą przez pewien czas.
Chcę powiedzieć coś o przygotowaniu mentalnym, bo tu jest moim zdaniem największa różnica między rytuałem, który naprawdę coś robi, a takim, który jest tylko ładną ceremonią. Praca z cieniem przed inicjacją – czyli świadome zmierzenie się z tym, czego w sobie nie lubisz, czego się boisz, co chcesz zmienić – sprawia, że rytuał nie jest dekoracją, ale faktycznym momentem zwrotnym.
Mam wrażenie, że często w rozmowach o rytuałach inicjacji pomija się pytanie: inicjacja do czego? Bo to nie jest tylko „wejście w magię" in abstracto. To wejście w konkretną relację – z tradycją, z bóstwem, z własną wyższą naturą, z jakąś linią przekazu. Im jaśniej określisz, w co wchodzisz, tym bardziej rytuał może być precyzyjny.
Dodam do wątku praktycznego: ważny element, który często pomijają poradniki, to czas po rytuale. Przez kilka dni po inicjacji unikam nowych, silnych bodźców. Nie zaczynam od razu nowych praktyk, nie piszę o tym na forach (ironia, wiem), nie rozmawiam z każdym. To czas integracji. Rytuał otwiera coś, i to coś potrzebuje czasu, żeby się ustalić.
A czy ktoś przeprowadził rytuał inicjacji z elementem pisanego zobowiązania? Mam na myśli spisanie przysięgi lub deklaracji, a potem – zależnie od intencji – albo jej zachowanie, albo spalenie.
Chcę wrócić do pytania z początku – czy samoinicjacja ma sens. Myślę, że ma, ale z jednym zastrzeżeniem, o którym nie pisaliście: wymaga większej dyscypliny niż inicjacja grupowa. Kiedy masz grupę, masz strukturę, harmonogram, kogoś, kto cię prowadzi przez kolejne etapy. Sam musisz to wszystko stworzyć i utrzymać. I często właśnie tu ludzie odpuszczają – nie w samym rytuale, ale w tym, co go poprzedza i po nim następuje.
Jeszcze jedna sprawa: przestrzeń. Nie chodzi o specjalne miejsce z perspektywy kosztów czy wyposażenia, ale o przestrzeń, którą czujesz jako swoją. Dla mnie pierwsza inicjacja odbyła się w lesie, w miejscu, do którego regularnie chodziłam przez kilka miesięcy. To było moje miejsce mocy, zanim cokolwiek tam zrobiłam ceremonialnie. Musiałam je najpierw poznać.
Chcę dodać coś o muzyce i dźwięku w rytuałach inicjacji, bo rzadko się o tym mówi. W wielu tradycjach inicjacja była związana z konkretnym dźwiękiem – bębnem, dzwonem, śpiewem. To nie dekoracja. Dźwięk zmienia stan świadomości i zakotwicza doświadczenie inaczej niż słowo pisane. Praca z bębnem lub nawet z jedną nuty śpiewaną monotonnie może być częścią rytuału.
Myślę, że nie powiedziałem jeszcze czegoś istotnego: rytuał inicjacji nie musi wyglądać jak rytuał inicjacji z filmów. Nie potrzebujesz szat, świec w siedmiu kolorach i łaciny. Znam osoby, których najważniejszy rytuał przejścia to był samotny tygodniowy camping bez technologii. Albo całonocna medytacja. Forma jest wtórna wobec intencji i przygotowania.
Chcę wrócić do kwestii diety i postu, bo Kadula wspominała o wyrzeczeniu. W tradycjach inicjacyjnych, które znam, dieta przed rytuałem to nie tylko detoks fizyczny. Wstrzymanie się od pewnych pokarmów, od seksu, od alkoholu, od silnych wrażeń – to wszystko powoduje, że granice ego stają się bardziej przepuszczalne. Jesteś bardziej otwarty. To nie jest mistycyzm, to po prostu fizjologia i psychologia.
Mam pytanie do grupy: czy ktoś pracował z rytuałem inicjacji w systemie kabalistycznym? Mam na myśli inicjację na konkretną sefirę lub ścieżkę na Drzewie Życia. To jest coś, czego nie widzę często w dyskusjach, a wydaje mi się interesującym podejściem do rytuałów przejścia jako stopniowej wspinaczki.
Myślę, że ważna jest też kwestia tego, co się robi po inicjacji z energią, która się otworzyła. To nie koniec czegoś, to początek. I często jest tak, że zaraz po rytuale przejścia pojawia się euforia albo intensywne sny, a potem – czasem głęboka pustynia. Coś, co nazywam fazą próżni. To normalne.
Wracając do kwestii struktury samego rytuału: mam wrażenie, że wiele osób skupia się na doborze elementów (świece, kamienie, słowa), ale pomija moment centralny, czyli faktyczny próg. Konkretny moment, gdy mówisz: teraz. To jest granica. To jest zmiana. Bez tego wyraźnego momentu rytuał może być po prostu ładną ceremonią bez kręgosłupa.
Czy ktoś kiedyś skonsultował się z kimś doświadczonym przed własną inicjacją? Nie chcę tu mówić o mistrzu czy guru, ale po prostu o rozmowie z kimś, kto przez to przeszedł. Wydaje mi się, że to byłoby wartościowe nawet przy pracy solowej.
Zupełnie nowy wątek: czy ktoś pracował z rytuałem inicjacji opartym na śnie? Mam na myśli świadomą inkubację snu jako elementu rytuału przejścia. W starożytnej Grecji inkubacja w świątyniach Asklepiosa była inicjacją przez sen i wizję. Coś podobnego można zbudować samemu.
Chcę wrócić do pytania o elementy materialne, bo myślę, że nie powiedzieliśmy wszystkiego. Ważną kwestią jest to, co dzieje się z obiektami stworzonymi lub poświęconymi podczas rytuału inicjacji. Czy je nosisz, czy chowasz, czy oddajesz ziemi? Każda z tych decyzji jest częścią rytuału i nie powinna być przypadkowa.
