Czytałam gdzieś o rytuałach Navajo, gdzie cała społeczność się zbiera... Czy odpuszczanie zawsze musi być samotne?
Boję się, że jak odpuszczę, to zapomnę. A nie chcę zapomnieć, bo to było ważne...
Ile czasu powinien trwać sam rytuał? Piętnaście minut? Godzinę?
A co z odpuszczaniem rodzicom? To takie trudne...
Czy można odpuścić komuś, kto już nie żyje?
To brzmi wszystko bardzo ładnie, ale mam wrażenie, że u mnie to nie zadziała. Jestem za bardzo zraniona...
Praktykuję rytuały odpuszczania od lat i zauważyłem pewien paradoks – im bardziej chcesz odpuścić, tym trudniej. Odpuszczenie wymaga pewnej lekkości, a desperacja tworzy napięcie. Najskuteczniejsze rytuały robiłem wtedy, gdy byłem już zmęczony własną historią, znudzony swoim cierpieniem. To było z miejsca "tak, dobra, koniec z tym" zamiast "MUSZĘ to wreszcie puścić".
Ja zrobiłem rytuał z przecinaniem sznurka dla kilku osób naraz, każda dostała swój kawałek sznurka. Teraz myślę, że to był błąd, że trzeba było osobno...
Chciałbym dodać jedno – odpuszczenie to nie jednorazowy akt, to praktyka. Nawet po udanym rytuale będą dni, kiedy ta historia wróci. To normalne. Wtedy po prostu delikatnie przypominasz sobie: "Już to puściłem. Mogę puścić znowu". Za każdym razem jest łatwiej.
I jeszcze jedno zastrzeżenie – jeśli ktoś was krzywdził poważnie, doświadczyliście przemocy, nadużyć, to odpuszczenie nie jest waszym obowiązkiem. Nie musicie nic nikomu "odpuszczać", żeby wyzdrowieć. Możecie po prostu żyć swoim życiem, być wolni od wpływu tej osoby, bez formalnego gestu odpuszczenia. Nie pozwólcie nikomu wmówić wam, że "musicie wybaczyć, żeby iść dalej". Czasem idziesz dalej z gniewem, który cię chroni, i to też jest w porządku.
W mojej praktyce jako rytualista widziałam ludzi, którzy po latach pracy z odpuszczaniem osiągnęli prawdziwy spokój. Ale widziałam też tych, którzy używali rytuałów jako ucieczki od rzeczywistej pracy nad sobą. Myśleli, że jak spalisz list, to problem znika. Rytuał to tylko część – reszta to codzienna praktyka uważności, świadome wybory, bycie wobec siebie uczciwym.
A co jeśli zrobiłam rytuał, ale potem żałuję? Mogę jakoś "cofnąć" odpuszczenie?
Czy jest jakaś różnica między odpuszczeniem a zamknięciem rozdziału?
To wszystko wydaje mi się takie skomplikowane. Czy nie wystarczy po prostu powiedzieć sobie "puszczam to" i tyle?
Czy podczas odpuszczania trzeba w ogóle myśleć o tej osobie/sytuacji? Czy można po prostu wizualizować, że się coś zrywa, bez wchodzenia w szczegóły?
Czy mogę zrobić rytuał odpuszczenia dla całej grupy ludzi naraz? Np. dla wszystkich, którzy mnie zranili w szkole?
Ile razy można powtarzać ten sam rytuał? Czy jest jakaś granica?
Ja zauważyłam, że odpuszczenie jest łatwiejsze, kiedy w życiu dzieje się coś dobrego. Trudniej puścić, kiedy jesteś w dołku. Czy to normalne?
Przeczytałam wszystkie wasze posty i czuję, że jestem gotowa spróbować. Zacznę od prostego rytuału ze świecą. Dziękuję wam za całą tę wiedzę!
To jest chyba najlepszy wątek, jaki czytałem na tym forum. Tyle praktycznej wiedzy i bez oceniania. Zaczynam rozumieć, że odpuszczenie to nie słabość, tylko siła.
Ja jestem nowa tutaj i trochę mnie to wszystko przeraża. Wydaje się takie... definitywne. A co jeśli będę żałować?
Dziękuję wszystkim za wasze odpowiedzi. Naprawdę pomogliście mi zrozumieć, że to jest proces i że nie jestem sama. Zacznę od napisania listu do siebie z przeszłości. Czuję, że to będzie dobry początek dla mnie.
Ja też chyba spróbuję tego rytuału z niebieską świecą. Od dawna noszę w sobie coś, czego nie potrafię nazwać, ale czuję, że już czas.
Pięknie się czyta taki wątek, gdzie ludzie dzielą się szczerze swoimi doświadczeniami. To właśnie jest sedno praktyki duchowej – wspólnota i wzajemne wsparcie. Nie jesteśmy sami w naszych bólach ani w naszym uzdrawianiu.
