Czytałam ostatnio kilka tekstów o tym, czy powtarzanie rytuałów może przynieść odwrotny skutek i, szczerze, temat mnie wciągnął. Sama przez jakiś czas robiłam jeden rytuał oczyszczający dosłownie co tydzień. Nie dlatego że coś złego się działo, po prostu weszło mi to w nawyk. I w pewnym momencie poczułam że coś... zgrzyta. Jakby sam akt stracił sens, bo był już tylko mechaniczny. Zastanawiam się czy to właśnie ta "szkodliwość" o której się mówi, czy może coś zupełnie innego?
To co opisujesz z tym mechanicznym powtarzaniem to jest moim zdaniem sedno sprawy. Rytuał bez intencji to trochę jak modlitwa bez skupienia, słowa są ale nic za nimi nie idzie. Tylko że ja bym tu rozróżnił dwa przypadki: pierwsze to rytuały które robimy zbyt często i traca na "ciężarze", a drugie to takie, ktore powtarzane za dużo moga naprawde narobić zamieszania w tym co chcemy osiągnąć. Na przykład rytuały zmiany, jak ciągle otwierasz coś na nowo, to kiedy to w ogóle ma szanse sie domknąć?
Znam to porównanie z sianiem i bardzo mi pasuje. Przy runach jest podobna zasada, jak robisz rzut i nie podoba ci się układ, to nie rzucasz od razu drugi raz. Runy już "widziały" twoje pytanie i powtarzanie rzutu to trochę jak naleganie na inną odpowiedź. Z rytuałami bywa tak samo, jak zrobiłaś coś w konkretnej intencji, to nieustanne powtarzanie może być sygnałem że nie ufasz procesowi. I to jest chyba większy problem niż sama częstotliwość.
Z tym rozpoznawaniem to jest kwestia praktyki, nie ma tu żadnej obiektywnej miarki. ale jest jedna rzecz o której rzadko się mówi, niektóre rytuały mają naturalny rytm, który wynika z cykli. księżycowych, słonecznych, sezonowych. o matko. i jak zaczniesz robić coś co "należy" do pełni co tydzień zamiast raz w miesiącu, to nie tylko tracisz zgodność z cyklem, ale też trochę działasz pod prąd. nie twierdzę że to zawsze szkodliwe, ale warto mieć świadomość tej niezgodności.
Słyszę tę rozmowę i myślę że brakuje tu jednego rozróżnienia, między rytuałem który ma zadziałać jednorazowo, a tym który jest praktyką cykliczną z założenia. Przy runach mam kilka rzeczy które robię przy każdym nowiu i kilka które robię tylko raz w konkretnej intencji. Te drugie absolutnie nie powinny być powtarzane, tak długo jak intencja nie zostanie zamknięta albo porzucona.
Wchodzę w ten wątek bo myślę że robimy zbyt duże rozróżnienie między "emocją" a "intencją". Emocja jest częścią intencji, nie można ich oddzielać jak dwóch oddzielnych warstw. Jeśli ktoś robi rytuał z bólem, to ten ból jest intencją. I jeśli nie jest gotowy go puścić, to rytuał tego za niego nie zrobi, ile by razy nie powtarzał.
Ale jak to rozróżnić w praktyce? w momencie kiedy się robi rytuał rzadko kiedy jest się w stanie obiektywnie ocenić, czy własny ból jest "paliwem" czy "blokiem". pyta ktoś z doświadczenia jak to wygląda od środka?
wracam do wątku z Wiechlina_08, bo myślę że to ważniejsze niż astrologia w tej chwili. mam podobne doświadczenie jak ona, zaczęłam zestaw rytuałów oczyszczających po bardzo trudnym czasie i po kilku miesiącach zorientowałam się że nie potrafię sobie wyobrazić pominięcia któregokolwiek. i to nie był spokój, tylko właśnie taki lęk o którym pisał Henio. musiałam świadomie zrobić przerwę i było to trudniejsze niż myślałam.
Mistralia, cieszę się że o tym piszesz, czuję się mniej sama z tym. jak wyglądała ta przerwa u ciebie? znaczy, czy po prostu przestałaś wszystko naraz, czy redukowałaś stopniowo 😉
czytam ten watek od poczatku i zastanawiam sie nad jedna rzecza, mowicie duzo o tym ze rytuały moga powodowac rodzaj uzaleznienia od samej praktyki ale czy ktos spotkal sie z czyms innym, z rytuałem ktory po prostu... przestał działac? nie skrzywdzil nie uzaleznil ale jakby wygasl?
To co Fiolek opisuje jest mi znajome, choć przy runach trochę inaczej to czuć, runy mają jakąś jakość informacyjną i zmiana w tym jak leżą albo jak je czytasz może dać sygnał 🙂 Ale rozumiem tę pustkę. Pytanie które sobie zadaję w takich momentach: czy rytuał był odpowiedzią na coś konkretnego, czy był raczej sposobem bycia w danym czasie? Bo jeśli to drugie, to właśnie tak wygasa, bez fajerwerków.
Mam wrażenie że za dużo tu mówimy o tym kiedy kończyć, a za mało o tym co się dzieje jak się nie kończy mimo że powinno. Bo to jest chyba sedno tego wątku. Znam osoby które ciągną jeden rytuał latami i nie potrafią powiedzieć dlaczego 🙂 Nie dlatego że czują sens, ale dlatego że boja sie co bedzie jak przestana. I to jest zupełnie inne niż to o czym pisze Gracjan.
Chcę doprecyzować jedną rzecz, bo myślę że trochę mieszamy pojęcia. Strach przed przerwaniem i poczucie że rytuał nadal ma sens, to nie zawsze łatwe do rozróżnienia, ale nie dlatego że jedno wygląda jak drugie. Raczej dlatego że obie rzeczy mogą istnieć jednocześnie. Możesz bać się przerwy i mieć rację że potrzebujesz kontynuować. Albo nie mieć żadnego strachu, a mimo to powtarzać coś kompulsywnie. Samo uczucie strachu nie jest tu dobrym kompasem.
