Cześć, mam takie pytanie do was bo nie bardzo wiem jak to nazwać. Medytuję od jakichś trzech miesięcy, głównie skanowanie ciała i oddech, i zauważyłam że jak wchodzę głębiej to zaczyna mnie ogarniać taki dziwny lęk. Nie wiem czy to lęk przed ciszą czy co, ale czuję że jakby... coś musi się stać, że muszę coś zrobić, naprawić, podjąć decyzję. Jakby siedzenie bez działania było czymś złym. Podobno to ma coś wspólnego z akceptacją i zgodą na to co jest, ale nie ogarniam jak to połączyć z tym że ja po prostu boję się odpuścić kontrolę. Ktoś miał coś podobnego?
Sądząc po opisie to dość klaysczny mechanizm. Ten lęk ktory czujesz podczas medytacji to nie jest przeszkoda, to jest wlasnie materiał do pracy. Pytanie tylko czy ty w tej medytacji rzeczywiście siedzisz z tym lękiem czy próbujesz go jakos odpychać albo przeczekać? Bo to robi sporą różnicę. Zgoda na to co jest nie polega na tym że sobie mówimy "akceptuję" i lęk znika, to raczej chodzi o to żeby w ogule zauważyć że on tam jest i nie uciekać od niego od razu w myślenie albo planowanie
Oj, ja to miałam tak samo i to przez długi czas. Siadałam do medytacji i po chwili głowa mi chodziła pełną parą, lista rzeczy do zrobienia, poczucie winy ze siedzę zamiast działać, takie właśnie napięcie że coś jest nie tak. Dopiero jak jedna znajoma mi powiedziała żebym zamiast walczyć z tym uczuciem po prostu je nazwała w głowie, no to trochę się to zmieniło. Mówię sobie w myślach "jest lęk" albo "jest niepokój" i jakoś to odpuszcza. Nie zawsze ale częściej niż wcześniej
stary znajomy zdecydowanie, heh. właściwie odkąd pamiętam mam takie poczucie że jak coś nie idzie to JA muszę to naprawić i jednoczesnie ze sie boje ze nie dam rady. medytacja to chyba pierwsze miejsce gdzie w ogóle to poczułam tak wyraźnie bo nie ma sie gdzie schować. co do terapii to masz racje Wierzbinka ale na razie mnie na to nie stać finansowo wiec szukam innych dróg
Słuchajcie, ja się wtrącę bo to ciekawy temat. Mam pytanie do was bardziej podstawowe bo jestem w tym zielona. Ta akceptacja o której piszecie, to jak ona właściwie wygląda w praktyce podczas medytacji? Tzn. co konkretnie się robi? Siedzisz, oddychasz i... po prostu obserwujesz ten lęk i nie robisz nic? Czy mówisz sobie jakieś zdanie, coś jak afirmacja? Bo jak to słyszę to brzmi zbyt prosto i nie wierzę że tak łatwo działa.
Akceptacja to trochę mylące słowo bo sugeruje że musimy coś polubić albo że to co się dzieje jest ok. A chodzi raczej o to żeby przestać z tym walczyć w środku. Wyobraź sobie że lęk to chmura na niebie i ty nie próbujesz jej przepędzić ani się schować, tylko patrzysz jak jest. tyle. Brzmi banalnie, wiem, ale w praktyce to jest naprawdę trudne bo umysł ma silną tendencję do komentowania wszystkiego i szukania wyjscia. A do Drodzii powiem jedno, to że ten lęk wychodzi w medytacji to dobry znak, serio. Jakbyś nic nie czuła to by znaczyło że idziesz po powierzchni.
ja też mam ten problem z akceptacją i... nie wiem czy dobrze to rozumiem. bo jak mam silny lęk i "akceptuję że jest" to czuję się jakbym się poddawała. jakby zgadzała sie ze soba że jest ze mną cos nie tak. czy to nie działa na odwrót i człowiek sie jeszcze gorzej czuje? przepraszam że pytam tak naiwnie
