Chodzi mi po głowie jedno pytanie od jakiegoś czasu. Pracuję z zaklęciami ochronnymi dla zwierząt, głównie psy i koty znajomych, i przez większość czasu robiłem to dla zwierząt, do których czułem jakąś sympatię. Ale niedawno trafiła mi się sytuacja z gęsią sąsiadki. Naprawdę nie cierpię tej gęsi. Jest agresywna, szczypie, robi hałas od świtu. Sąsiadka poprosiła mnie o prostą ochronę, bo gęś chorowała. No i zrobiłem. Ale przez cały rytuał czułem jakis wewnetrzny opor, jakby intencja mi się rozjeżdżała. I zastanawiam się, czy to tylko mój psychiczny dyskomfort, czy to realnie wpływa na skuteczność? Czy ktoś robił coś dla zwierzęcia, którego po prostu nie lubił?
To jest jedno z tych pytań, gdzie teoria i praktyka potrafią się ostro rozchodzić. W większości tradycji ceremonialnych intencja jest fundamentem, ale różne szkoły różnie definiują, co ta intencja musi zawierać. U Agrippy w Occulta Philosophia jest mowa o woli jako sile sprawczej, nie o emocji. Tzn. możesz nie lubić obiektu, ale jeśli twoja wola jest czysta i ukierunkowana na cel, to emocja towarzysząca ma znaczenie drugorzędne. Zanim cokolwiek więcej powiem, ten opór, który czułeś: miałeś wrażenie, że zakłóca ci skupienie na celu rytuału, czy raczej po prostu ci towarzyszył jako tło?
ciekawe ze przyciagasz Agrippę, bo ja ostatnio trafiłem na zupełnie inne podejście w tradycji anglosaskiej, tam nacisk jest bardziej na więź z duchem miejsca i zwierzecia niz na samą wolę operatora. i w tej optyce brak sympatii moglby faktycznie tworzyc zakłócenie. nie dlatego ze jakas "negatywna energia" blokuje rytuał, ale dlatego ze brak kontaktu emocjonalnego utrudnia nawiązanie połączenia z konkretnym bytem. Baltazar, a jak ta ges zareagowała po rytuale? wyzdrowiała, coś sie zmieniło?
Ten "lust for result" to termin z Granta i Sparea, jeśli dobrze pamiętam. Spare zresztą miał specyficzne podejście do emocji w magii, chodziło o to, żeby nie przywiązywać się do wyniku i "zapomnieć" o intencji po zakodowaniu jej w sigilu. Zastanawiam się, czy można by to zastosować przy pracy dla zwierzęcia, którego się nie lubi. Zakodować intencję i odciąć się od całej emocjonalnej otoczki, zarówno antypatii do zwierzęcia, jak i oczekiwania na efekt.
Śledzę ten wątek od jakiegoś czasu i mam pytanie może trochę podstawowe, ale wydaje mi się ważne. Mówicie o zaklęciach, które operator wykonuje sam dla zwierzęcia, czy też o sytuacjach, gdzie ktoś uczy kogoś jak takie zaklęcie zrobić? Bo tytuł wątku mnie trochę zdezorientował. To zmienia optykę, nie?
To jest pytanie o pedagogikę magii, nie? Bo jedno to uczyć kogoś kto ma jakieś tło, a zupełnie inne, budować od zera. Przy kimś bez tła ryzyko jest takie, że skupi się na zewnętrznej formie, bo to jedyne, co widzi. I wtedy miłość do gęsi może nie wystarczyć, nie ma żadnego kanału, przez który ta miłość mogłaby przepłynąć w coś rytualnego.
hej, wiem ze tu raczej nie pisze, ale mam pytanie moze głupie. piszecie o intencji, emocji, paliwie... ale czy to nie jest tak ze przy zwierzetach w ogóle działa to inaczej niz przy ludziach. bo zwierzeta nie wiedza ze ktos robi dla nich rytuał. człowiek może jakoś odebrać intencje albo z nią wspołpracowac. zwierze nie. czy to nie zmienia całej tej układanki
przepraszam ze sie wepchne, ale ja tego nie rozumiem. jak nawiązujesz kontakt energetyczny ze zwierzeciem ktore cie nie lubi. czy ono w ogole cos z tego czuje czy to jest bardziej po twojej stronie
Dla mnie ułatwienie, nie warunek konieczny. ale ułatwienie ktore zmienia jakość całego rytuału. bez niego pracujesz trochę w ciemno, wysyłasz intencje w kierunku obiektu ktorego wewnętrzna struktura jest dla ciebie nieprzejrzysta. mozesz trafic, mozesz nie. z kontaktem masz chociaż jakies rozeznanie z czym masz do czynienia.
ja myśle ze to nie musi byc dwustronne w sensie symetrycznym. przy tej farmie o ktorej pisałem, nie miałem żadnej komunikacji z tymi zwierzetami, nie szukałem niczego energetycznego. działałem bardziej jak ktos kto stawia ochrone wokół przestrzeni a nie wokół konkretnego bytu. moze właśnie dlatego mi to szło, nie pytałem o zgode, tylko zakreślałem obszar.
Cel był konkretny, ona miała zapalenie i sąsiadka prosiła o wsparcie właśnie dla tej gęsi, nie dla całego stada. Wiec z definicji musiałem celować w konkretny obiekt. I tu wracam do swojego pierwotnego pytania, które chyba nadal wisi w powietrzu: czy brak sympatii do obiektu zmienia jakość tej pracy w sensie energetycznym, czy tylko psychologicznym?
Ale to znowu wraca do tego co Magicystka pisała o Sparze i sigilu, że po zakodowaniu intencji w symbol, emocja operatora przestaje mieć bezpośredni wpływ. Czyli w systemie sigilowym Baltazar mógłby spokojnie pracować z gęsią bez sympatii, bo cała praca odbywa się przed rytuałem, przy tworzeniu symbolu. Czy tak to rozumiesz, Magicystko?
przepraszam ze sie wtrącam bo nie znam się na tym, ale mam pytanie z zupełnie innej strony. mówicie o gesi Baltazara, o farmie Kajusa... ale co z uczeniem tej sasiadki o którym Baltazar pisał wczesniej. czy ona ma w ogóle robic to sama, skoro ma z gesia relacje a Baltazar nie ma. moze to prostszy problem niz szukanie sposobu na emocjonalna neutralność
to chyba lepsze pytanie niz całe wyjsciowe. bo jesli sąsiadka naprawdę kocha te ges, a to wynika z tego co piszesz, to ona ma cos czego ty nie masz przy tym zwierzęciu. uczenie jej rytuału to nie jest przekazanie procedury, tylko pomoc w tym zeby wiedziała co zrobić z tym co juz ma. czy ona w ogóle wie, ze ta relacja to zasób a nie tylko sentyment?
ja bym zaczął od tego zeby ona w ogóle cos zrobiła własnorecznie z ta gesia, nie rytualnie, dosłownie fizycznie. nakarmienie jej, siedzenie przy niej. nie jako ćwiczenie duchowe, tylko zeby zbudować jakis punkt odniesienia. bo jak potem powiesz jej "wyslij do niej intencje ochronną" to ona moze nie wiedziec czego szuka. jesli ma jakis obraz kontaktu z tym zwierzeciem, choćby minimalny, to łatwiej to zakotwic w czymś konkretnym.
ale zaraz, czy to nie jest właśnie przypadek na sigil. Baltazar robi sigil z intencja ochrony tej konkretnej gesi, zakodowuje to, i wtedy emocja sąsiadki nie jest potrzebna bo on juz wykonał te prace. a sąsiadka moze sobie kochac ges niezależnie i to nie przeszkadza. czy to by działało, Magicystka?
To ostatnie pytanie Magicystki jest ciekawe, ale trochę otwiera nowy temat. Żeby nie odpłynąć za bardzo, wróćmy do tego co powiedziała Geomantka. Jeśli sąsiadka ma naturalną więź z gęsią, a Baltazar ma strukturę, której jej brakuje, to może sens jest w tym żeby połączyć jedno z drugim. Nie uczyć jej wszystkiego, tylko dać jej jedno konkretne działanie, i na tym poprzestać.
