Czy kamienie polecane do pracy z depresją mają jakieś cechy wspólne fizyczne? Bo słyszałam o ametyście, hemacie, labrydorycie. To bardzo różne kamienie pod względem wyglądu i struktury. Czy jest jakaś zasada, czy to bardziej indywidualne?
Zaraz, ale labrydoryt jest często polecany jako kamień ochronny na emocje. Skąd ten wniosek, że przy depresji może przytłaczać? Nie kwestionuję, po prostu nie rozumiem mechanizmu.
Słucham tego i myślę o swoim ametyście inaczej niż na początku tej rozmowy. Weszłam tu z pytaniem, czy kamień może w ogóle coś zrobić, kiedy człowiek jest na dnie. Wychodzę z czymś, co wygląda bardziej jak: może nie zrobi za mnie, ale może dać mi coś, na czym stanę. Czy tak to rozumiecie?
To, co napisała Teofilka na końcu, to chyba najlepsze podsumowanie całej tej rozmowy. Kamień nie zrobi za ciebie, ale daje punkt oparcia. Zastanawiam się tylko, czy to 'oparcie' jest czysto psychologiczne, czy jest w tym coś, co wykracza poza autosugestię. Bo jeśli to pierwsze, to wystarczyłby dowolny przedmiot, do którego masz stosunek emocjonalny.
Wracając do pytania, które wcześniej postawiłam o cechy wspólne kamieni przy depresji. Wrzosianka wspomniała o hemacie jako zakotwiczającym. Mam pytanie: czy 'zakotwiczenie' to dobry kierunek zawsze, czy są momenty, kiedy ktoś w depresji potrzebuje czegoś odwrotnego, jakiegoś otwierania, uwalniania?
Właśnie. Czytam to i myślę, że chyba trafiłam na ametyst z jakiegoś powodu, a nie na hemat. Nikt mi nie mówił, że jest różnica. Ale teraz, jak to opisujecie, ciężar hemacie brzmi dla mnie jak coś, czego bym nie chciała teraz trzymać. Czy to intuicja, czy po prostu skojarzenie po przeczytaniu tego wątku? Nie wiem, jak to rozróżnić.
To jest jedno z najtrudniejszych pytań w pracy z kamieniami w ogóle, nie tylko przy depresji. Ja robiłam tak: brałam dwa kamienie naprzemiennie przez kilka dni i notowałam, co się dzieje z poziomem energii wieczorem. Nie ze stanem emocjonalnym, tylko z energią ciała. Depresja potrafi mylić emocje, ale ciało czasem daje wyraźniejszy sygnał. Czy próbowałaś czegoś takiego, Teofilko?
To, co mówi Leokadia o notowaniu energii ciała, ma sens. Ale mam pytanie praktyczne: co notować? Jak opisać 'poziom energii' na tyle konkretnie, żeby po kilku dniach można było to porównać? Bo jak zaczynam pisać 'czuję się lżej', to po tygodniu nie wiem, czy to był lekki lub bardzo lekki, i traci to wartość porównawczą.
Słucham tej rozmowy o notowaniu i mam wrażenie, że odchodzi trochę od kryształów w stronę dziennika zdrowia. Nie mówię, że źle, ale właśnie sobie uzmysłowiłam, że całą tę rozmowę o kamieniach mogłoby się zastąpić rozmową o jakiejkolwiek regularnej praktyce uważności. Co sprawia, że kamień jest tu kluczowy, a nie np. stały czas na herbatę?
