Kolega mi mocno namieszał w głowie tym co napisał, szczerze nie wiem ile w tym blefu a ile realu. trochę jak ta „Sala samobójców” albo jakiś teatrzyk... ale coś mi mówi żeby nie lekceważyć.
Problem w tym że nie wiem co zrobić, bo system totalnie do niczego. Służba zdrowia się nim nie zajmie jeśli sam nie przyjdzie. To nie jest żadna Norwegia gdzie jak kupisz butelkę wódki to już przyjeżdża komisja pod drzwi, u nas totalna znieczulica. PCPR, MOPS, straż miejska, policja... każdy oleją sprawę dopóki facet nie ruszy się sam. A on nie ruszy.
Rocznik 75, może to coś znaczy może nie, nie wiem.
Napisał mi coś i trochę się tego boję żeby tu nie wrzucić w całości... napisał że decyzja już jest podjęta i teraz zastanawia go tylko kiedy, nie czy. Że gdyby ktoś mu kilka lat temu powiedział że będzie o tym myślał, to by nie uwierzył. Że jest jakieś „coś„ które go powstrzymuje, ale sam nie rozumie co. Błędny krąg, nie chce mu się żyć, ale nie potrafi też tego zrobić. Podobno myśli o tym od lat, tylko ciągle coś go odsuwało od tej decyzji. Teraz mówi że to inna sytuacja. Że już nie marzy, nie ma żadnego celu, że jego „wewnętrzne umieranie” zaczęło się dawno temu. I że woli to zrobić gdzieś daleko, w samotności, z daleka od cywilizacji. Że zegar już tyka i nie ma odwrotu. Że boi się siebie i tego co mógłby zrobić innym...
co z tym zrobić
Ciekawe pytanie do rozważenia, naprawdę warto się nad tym zastanowić.
Jestem po prostu oszołomiona tym wszystkim...
Interesujące.
Dziwne to jest, masz rację...
Jeśli to tylko dwa słowa i nic więcej, to przepiszę tyle ile jest...
bardzo bardzo...
