Mąż przyjedzie po dzieci jutro osobiście. Serce mi wali jak pomyślę że go zobaczę.
Dzisiaj piszemy tak jak dawniej. O głupotach, śmiejemy się z tego co on podeśle. Jakby ta bariera powoli znikała.
Planujemy sylwestra razem. Chce żebyśmy pojechali gdzieś we dwoje. To będzie nasz nowy początek.
Koleżanka powiedziała że pytał o mnie. Bał się napisać bezpośrednio. Może to przez rytuał?
U mnie cztery dni po zakończeniu napisała z pytaniem: "Czy przyjęły się choinki z zeszłego roku, co sadziliśmy?", bo chciała mi dać do posadzenia z tego roku. Do tej pory był tylko kontakt, jak potrzebowała pomocy. A wczoraj widzieliśmy się w sklepie i nie było tematu odnośnie choinek, tylko "cześć" jak zazwyczaj podczas takich spotkań. Myślicie, że rytuał zaczyna działać?
Ruszamy nad morze! Walizki w bagażniku, kawka w ręku. On prowadzi, łapie mnie za rękę od czasu do czasu. Jeszcze niedawno bym w to nie uwierzył. Trzymajcie się, będę dawał znaki życia!
Dzisiaj ąż ma przyjechać po południu po dzieci. Cała chodzę w nerwach. Nie widzieliśmy się już trochę, ostatnio jak był, to nawet na mnie nie spojrzał. Boję się tego spotkania.
Po tej środzie mam mętlik. Z jednej strony fajnie, że się spotkaliśmy, z drugiej ten jego dystans mnie dobił. Dziś milczy. Nie wiem czy napisać, czy czekać aż on przetrawi to spotkanie.
U mnie beznadzieja. Mąż wrócił wczoraj w nocy, nawet nie wiem o której. Dziś rano minęliśmy się w kuchni bez słowa. On ciągle z nosem w telefonie, uśmiecha się do ekranu, a dla mnie ma kamienną twarz. Mam wrażenie, że ten rytuał nic nie daje, a ta lafirynda wciąż tam jest.
Jest. Przyjechał. Nawet nie wszedł do środka. Zadzwonił domofonem żeby dzieci zeszły. Zeszłam z nimi, żeby się przywitać, to udał, że czegoś szuka w samochodzie. Chłodne "cześć" rzucone w powietrze i tyle. Nawet na mnie nie spojrzał.
Dojechaliśmy. Spacer brzegiem morza zaliczony. Jest cudownie, zimno ale atmosfera gorąca 😛 Powiedział mi, że brakowało mu takich wyjazdów ze mną.
Jutro moje spotkanie. Wyciągnęłam już trzy sukienki i nie wiem którą wybrać. Chce żeby mu szczena opadła, a jednocześnie żeby było na luzie. Stres poziom milion.
Siedzę sama w pustym domu i ryczę. Wiem, że to dopiero poczatek ale to boli jak cholera. Traktuje mnie jak powietrze, jakby te lata małżeństwa nic nie znaczyły. Tracę wiarę, że cokolwiek tu pomoże.
Dziś obudziłam się z potwornym bólem głowy i jakimś takim lękiem. Śniło mi się, że on stoi pod moimi drzwiami ale nie może wejść.
Za parę godzin spotkanie. Napisał rano "do zobaczenia". To chyba znaczy że nie zmienił zdania i nie stchórzy. Trzymajcie kciuki, proszę!
Pozdrowienia z plaży! Jest wietrznie, ale pięknie. Czuję, że wracamy na właściwe tory. On jest taki... obecny. Nie siedzi w telefonie, rozmawiamy o przyszłości.
U nas spokojna sobota. Mąż naprawił kran, który cieknął od miesięcy (wcześniej nie miał czasu). Potem zapytał, czy zamówimy coś na obiad. Powoli budujemy tę naszą codzienność od nowa.
Dostałam SMS-a, ale tylko informacyjnego: "Dojechaliśmy do rodziców. Wrócę z nimi jutro wieczorem". Zero emocji, sucha informacja. Odpisałam "ok". Jest tak oficjalny, że aż mnie skręca.
Włączyłam radio i leciała "nasza" piosenka. Potem spojrzałam na zegarek: 15:15. Znaki mnie atakują z każdej strony. A telefon milczy.
Siedzimy w hotelu, popijamy wino. Zapytał mnie, czy myślałem kiedyś, żebyśmy zamieszkali w większym mieszkaniu. To chyba planowanie wspólnej przyszłości, co? 😉
Jutro kolejna sesja. Patrzę na te wasze sukcesy i wydają mi się nierealne. U mnie tylko chłód i obojętność. Boję się, że jestem przypadkiem beznadziejnym. Dobranoc.
Już po! Było niesamowicie. Najpierw kino, potem poszliśmy na pizzę. Śmialiśmy się, przypominał jakieś nasze stare historie. Na koniec odprowadził mnie do auta i przytulił. Tak mocno, długo. Brakowało mi tego.
U mnie dwa tygodnie po rytuale. Mamy kontakt praktycznie codziennie ale nie widzę zmiany nastawienia, żadnego sygnału że tęskni i chce wrócić.
Ostatnie śniadanie z widokiem na morze. Nie chce się wracać. Wczoraj wieczorem długo siedzieliśmy na tarasie, opowiadał mi o problemach w pracy, o których wcześniej milczał. Czuję, że ten mur, który zbudował, w końcu runął.
Ja wciąż żyję tym wczorajszym spotkaniem. Obudziłam się z uśmiechem, chociaż on dziś milczy. Staram się nie nakręcać że cisza oznacza coś złego. Pewnie odpoczywa.
Niedzielny obiad... każdy je o innej porze. On nałożył sobie i poszedł do salonu przed telewizor. Zapytałam, czy smakuje, mruknął tylko "yhm". Atmosfera gęsta, że można siekierę wieszać. Ciężko tak żyć pod jednym dachem jak obcy ludzie.
Dziewiąta sesja dzisiaj wieczorem. Fizycznie czuję się jakby walec mnie przejechał, totalny brak energii. Do tego ciągle słyszę w radiu piosenki które kojarzą mi się z nim. Przypadek?
