Mam pytanie, które chodzi mi po głowie od jakiegoś czasu, bo pracuję z kilkoma osobami starszymi i często pojawia się ten temat. Czy w ogóle można pracować magicznie z kimś, kto jest w głębszej depresji? Mówię o osobach po siedemdziesiątce, gdzie depresja bywa trochę inna niż u młodych - często splata się z żałobą, z poczuciem bezużyteczności, z bólem fizycznym. Sama mam doświadczenie z czakrami i pracą z energią ciała, ale tu czuję, że to delikatny grunt. Zastanawiam się, czy rytuały, które działają na zmianę energii, mogą taką osobę dobić zamiast podnieść. Bo jeśli ktoś jest mocno zamknięty, to czy w ogóle coś przebije?
Dobre pytanie, bo to nie jest prosta sprawa. Depresja u starszych rzeczywiście działa inaczej - często nie ma tego charakterystycznego smutku, za to jest ogromna apatia, spowolnienie, brak chęci do czegokolwiek. I właśnie to może być problem przy magii - żeby rytuał działał, potrzebna jest jakaś intencja, choćby mała iskierka. Jeśli tej iskierki nie ma, to pytanie, czy w ogóle jest z czym pracować. Co ty robisz w takiej sytuacji, kiedy czujesz, że ktoś jest naprawdę bardzo zamknięty?
Ja bym to rozdzielił na dwie rzeczy: czy magia może komuś pomóc w depresji, i czy może zaszkodzić. Bo to dwa różne pytania. Znam przypadki, gdzie praca rytualna wyciągała ludzi z bardzo ciemnych miejsc, ale znam też takie, gdzie ktoś wchodził w rytuały i nakręcał się zamiast się uspokajać. Szczególnie jeśli chodzi o rytuały oczyszczające - one bywają intensywne i jeśli ktoś nie ma zasobów, żeby to udźwignąć, to może być gorszy tydzień albo dwa po.
Wtrącę się tutaj, bo trochę znam historię tego tematu. W tradycji cunning folk w Anglii i w podobnych tradycjach ludowych w Europie, praktykujący mieli dość konkretne podejście do osób 'melancholijnych' - bo tak to wtedy nazywano. Nie robili im nic bez zgody rodziny i bez oceny stanu osoby. Melancholia była uważana za stan, w którym człowiek jest łatwiejszy do opętania przez złe energie, więc najpierw ochrona, potem cokolwiek innego. Ciekawi mnie, czy ktoś tu stosuje podobną hierarchię - najpierw ochrona, a dopiero potem praca z energią.
Czytam i myślę o mojej ciotce. Ma osiemdziesiąt dwa lata i po śmierci wujka zupełnie się zamknęła. Lekarz mówi depresja, rodzina mówi żałoba, trudno oddzielić jedno od drugiego. Próbowałam jej zaproponować jakieś kamienie, bo wiem, że kiedyś lubiła takie rzeczy, ale machnęła ręką. I zastanawiam się, czy to w ogóle ma sens, skoro ona sama nie chce. Czy można coś zrobić bez udziału tej osoby, czy to z góry skazane na niepowodzenie?
Sytuacja twojej ciotki to chyba jeden z najtrudniejszych przypadków - kiedy ktoś nie chce, a bliskim bardzo zależy. Ja zawsze mam opory przed działaniem bez zgody, nawet jeśli intencja jest dobra. Ale jest pytanie, czy umieszczenie czegoś w jej pokoju bez jej wiedzy to ingerencja, czy po prostu stworzenie spokojniejszej przestrzeni. Mam wrażenie, że tu nie ma jednej odpowiedzi.
Dobrze, że ten wątek się pojawił, bo on ma kilka warstw i warto ich nie mieszać. Jedno to pytanie o skuteczność magii przy depresji w ogóle. Drugie to specyfika osób starszych. Trzecie to kwestia etyczna - czy bez zgody, czy z. I czwarte - co rozumiemy pod słowem depresja, bo to nie jest jeden stan. Widziałam tu kilka różnych rozmów naraz i rozumiem, że to się naturalnie miesza, ale może warto zacząć od tego - o której depresji mówimy? Bo epizod depresyjny po żałobie to nie to samo, co depresja przewlekła trwająca latami.
Ja mam trochę inne doświadczenie z tym tematem - nie z osobami starszymi, ale z samą sobą. Kilka lat temu byłam w bardzo złym miejscu i zaczęłam robić proste rzeczy - zapalanie świecy, afirmacje, jakiś mały rytuał wieczorny. I nie twierdzę, że to mnie wyleczyło, bo chodziłam też do specjalisty. Ale te małe rytuały dawały mi poczucie, że coś robię, że mam jakiś wpływ. Przy depresji to poczucie sprawczości jest chyba kluczowe, bo depresja odbiera właśnie to - poczucie, że możesz cokolwiek zmienić.
Żałoba i depresja były traktowane jako blisko spokrewnione, ale nie tożsame. W tradycjach słowiańskich i germańskich rozróżniano 'smutek po kimś' i 'smutek bez przyczyny' - ten drugi był bardziej niepokojący, bo nie miał wyraźnego końca. Dla żałoby były rytuały zamknięcia, przejścia, odcięcia więzi z osobą zmarłą - konkretne działania w konkretnym czasie. Dla melancholii bez źródła robiono raczej wzmocnienia niż zamknięcia: zioła, amulety chroniące przed dalszą utratą energii, czasem rytuały przywracające połączenie z ciałem. I to mnie tu zastanawia - bo u osób starszych te dwa stany często się nakładają. Śmierć partnera, izolacja, bóle, poczucie końca. Który rytuał wtedy?
Rytuały zamknięcia w kontekście żałoby to coś, do czego w tradycjach ludowych podchodzono z dużą ostrożnością i zazwyczaj nie robiono ich jednostronnie. Były robione wtedy, kiedy osoba sama sygnalizowała - mniej lub bardziej świadomie - że jest gotowa. Nie zawsze słowami. Czasem przez sen, przez jakiś gest, przez to, że zaczęła mówić o przyszłości. Bez tego gotowości rytuał zamknięcia mógł być odebrany przez ciało i umysł jako przemoc.
a co można zrobić z tą czakrą gardłową bez angażowania osoby? Pytam, bo rozumiem, że praca z czakrami wymaga jakiegoś kontaktu, ale nie wiem, jak to wygląda w praktyce, kiedy ktoś odmawia.
Czytam ten wątek od początku i mam wrażenie, że rozmowa jest prowadzona bardzo odpowiedzialnie, co nie jest oczywiste. Ale chcę zapytać o coś, co mi tu trochę brakuje - o aspekt Saturn w kontekście wieku. W astrologii osoba po osiemdziesiątce jest w zupełnie innym cyklu niż ktoś w średnim wieku. Nie chodzi tu o sentyment, ale o to, że Saturn przeszedł już swoje kolejne powroty, a to zmienia całą strukturę tego, co człowiek może i chce robić. Depresja w tym wieku może mieć częściowo naturę saturnową - wycofanie, koncentracja, granica. I pytanie, czy próba 'ożywienia' kogoś rytuałem jest zgodna z tym cyklem, czy wbrew niemu.
To, co napisał Weles o 'przekroczeniu progu' - mam wrażenie, że w tym jest klucz do czegoś, o czym rzadko się mówi wprost. W słowiańskich tradycjach ludowych nie leczono starości jako choroby. Była rozumiana jako etap, który ma swoją logikę. I teraz pytanie do całej dyskusji: jeśli ciotka Heni jest w tym właśnie miejscu - nie zepsuta, ale w przejściu - to czy my w ogóle powinniśmy mówić o magii jako o 'naprawianiu' jej? Bo może cały problem zaczyna się od tego, jak stawiamy pytanie.
Ten 'daję radę' to jest u starszego pokolenia coś bardzo głębokiego. Moje obserwacje są takie, że osoby, które przeżyły ciężkie lata - wojnę, PRL, biednę - mają wyuczone, że mówienie o bólu to słabość. To nie jest tylko zamknięcie emocjonalne, to jest uformowana przez dekady strategia przeżycia. I magia, która nie rozumie tej warstwy, może trafić w próżnię.
Mam pytanie do Lilianki i do wszystkich, którzy mówili o przestrzeni - czy kamienie i kolory w mieszkaniu to coś, co działa niezależnie od stanu osoby, czy jednak potrzeba jakiegoś... otwarcia z jej strony? Bo ciotka Heni brzmi jakby była dosłownie zamurowana, i zastanawiam się, czy akwamaryn na półce cos zmieni, jeśli ona go nawet nie zauważy.
Zastanawiam się, czy w przypadku osób starszych magia - rozumiana szeroko, nie tylko jako rytuały - nie powinna być bardziej zorientowana na relację niż na technikę. W tradycjach, które znam, przy osobach w późnym wieku mądrość praktykującego polegała na tym, żeby być z człowiekiem, nie na nim. To subtelna różnica, ale wydaje mi się, że o niej tu cały czas rozmawiamy, nie nazywając tego wprost.
