No to posłuchajcie, bo mam taki przypadek, że... sama nie wiem od czego zacząć.
Półtora roku temu kumpel mojego męża ukradł mu firmę i zostawił z górą długów. Działał długo i metodycznie, oczerniał go, przeciągał klientów na swoją stronę... długa historia i szczerze, nawet nie mam siły tego wszystkiego opisywać.
I od tamtej pory dosłownie wszystko się sypie. Człowiek, który wykańczał nam dom zwyczajnie nas okpił, klucze odbieraliśmy w asyście policji. Mamy na niego wzięty kredyt, którego nie mamy jak spłacać. Dom stoi niedokończony, bo nie ma za co. Samochód się psuje raz za razem, lodówka padła, telewizor zaczął odstawiać cyrki, komputer też miał swoje „manewry”, w jeden dzień spaliły się dwie lampki nocne, dzbanek na wodę wariuje, mikrofalówka podobnie. Niby każda z tych rzeczy osobno to nic takiego, ale razem... cos mi w tym wszystkim po prostu nie gra.
Dwa miesiące temu urodziłam zdrowego synka i to jest jedyny jasny punkt tego półtora roku 🙂 Reszta to jakby jakaś klątwa wisiała nad mężem i przy okazji dosięgała i mnie. Jestem strzępkiem nerwów, czuję że powoli wpada na mnie depresja, już ją kiedyś przechodziłam więc wiem jak to wygląda. Nie potrafię normalnie myśleć, ten post piszę z ogromnym trudem 🙁
W sierpniu mąż robił badania, lekarz podejrzewał marskość wątroby, ale wyniki zrobione trzy dni później były o jakieś 200% lepsze. Podobno tak bywa, ale... przed Świętami znowu się pochorował, nagły i potworny ból brzucha. Wyszedł jakiś wirus. Nie liczę drobniejszych rzeczy, bo wiadomo, każdemu coś dolega.
Myslalam też o jakichś „zaczarowanych” przedmiotach w domu, ale nic konkretnego nie przychodzi mi do głowy. Pięć lat temu mieliśmy wypadek samochodowy, zginęło dwoje młodych ludzi tuż po ślubie. Matka chłopaka uważa, że winny jest mój mąż i życzyła nam tego samego, co ją spotkało 🙁 Tylko dla uzupełnienia: chłopak zagapił się na skrzyżowaniu i na pełnym gazie wjechał nam pod koła. Jechaliśmy dużym vanem, on malusiem... Mąż dwa tygodnie leżał w szpitalu z popękaną czaszką, córka wyszła po trzech dniach, ja mimo silnych stłuczeń nie mogłam sobie pozwolić na leżenie.
Mąż próbował też kiedyś ratować starą fabrykę, nie wyszło i wielu ludzi uważa, że to jego wina. Tylko my dwoje wiemy, ile zdrowia przez to stracił. Na pewno są jacyś inni, którzy za nim nie przepadają, jak to w interesach bywa.
Mam już nawet namiary na egzorcystę, ale obawiam się że i to nic nie da...
Zapomniałam jeszcze wspomnieć o jednej rzeczy... odkąd jesteśmy razem, a to już z siedem, osiem lat, cały czas próbowaliśmy albo kupić dom, albo postawić własny. I za każdym razem coś się sypało, totalnie, z hukiem. Z dwóch wynajmowanych mieszkań musieliśmy się zbierać i wyprowadzać w pośpiechu. Raz właścicielka wymyśliła, że ją oszukaliśmy mówiąc że mamy jedno dziecko, a mieszka nas więcej. No oczywiście że mieliśmy jedno dziecko, a te pozostałe to były dzieci mojej siostry, które wpadały do nas czasem w odwiedziny. Innym razem zapłaciliśmy zaliczkę na dom i właściciel nas po prostu wyrolował, zaliczki nigdy nie odzyskaliśmy.
Kiedy w końcu kupiliśmy dom do wykończenia, nie mogłam uwierzyć, że to będzie naprawdę NASZ dom, mój dom... a jak już uwierzyłam, jak się w to wciągnełam... to wszystko się znowu zwaliło.
I tak właściwie całe życie mi się posypało. Zaczęłam myśleć o śmierci jako o jakimś wyjściu z tego wszystkiego... ale mam dzieci i to one mnie trzymają, dla nich będę walczyć. Tylko czasem przychodzi mi do głowy taka straszna myśl, że może przychodząc na świat one na tym ucierpią przez to, co mam wokół siebie...
Napisałem tu na forum namiary na kogoś, kto mógłby Ci w tej sprawie pomóc, ale skoro nie ma tu prywatnych wiadomości, to po prostu opisz sytuację dokładniej w wątku, a postaram się powiedzieć więcej.
Chcę być szczery, bo to ważne: jeśli ta klątwa rzeczywiście dotyczy Ciebie i Twojego męża, a nic z tym nie zrobicie, to obawiam się że niewiele się zmieni na lepsze. Może nawet być gorzej. Takie rzeczy same z siebie nie ustępują, potrzeba świadomego dzialania i chęci do zmiany.
