Odkąd sięgam pamięcią, w domu są dwa miejsca, do których wchodzę z pewną dozą lęku. Jest tam takie dziwne uczucie obserwowania, jakby coś śledziło każdy mój ruch... i wolałabym stamtąd uciec, niż zostać choćby chwilę dłużej.
Gdy miałam jakieś 10 albo 11 lat, zdarzyło się coś w kuchni, czego do dziś nie jestem w stanie wyjaśnić. Kroiłam chleb na krajalnicy, przygotowując kolację, kiedy usłyszałam, że ktoś mnie cicho woła. Pomyslałam od razu na siostrę i jej kawały, rozejrzałam się, ale nikogo nie było. Machnęłam ręką, wzięłam za swoje i kroiłam dalej. I wtedy poczułam na lewym ramieniu lodowatą dłoń. Dosłownie lodowatą, przenikliwą. Nie umiem tego dobrze opisać, ale w tej samej chwili wiedziałam jakimś wewnętrznym poczuciem, że to coś obcego, nieludzkiego. Zesztywniałam. Stałam tak może minutę, a ta dłoń wciąż tam była i jakby się poruszała po moim ramieniu. W końcu obróciłam się gwałtownie i... nic, nikt. Ale kątem oka zobaczyłam jakiś ruch przy suficie. Spojrzałam i ujrzałam twarz młodego mężczyzny. Większą niz ludzka, zbudowaną jakby z mgły albo dymu, bez źrenic, tylko same zarysy. Uciekłam i opowiedziałam rodzicom. Nie uwierzyli mi.
Pare lat poźniej byłam u brata mojego dziadka i podczas przeglądania starych zdjęć nagle stanęłam jak wryta. Na jednym ze zdjęć był mężczyzna, którego twarz od razu rozpoznałam jako tę z kuchni. Wujek powiedział tylko, że to jego brat, Janek, który powiesił się w moim domu, na balkonie, przez swoją matkę, czyli moją prababcię.
Zawsze wyczuwałam obecności. Potrafię jakby odczytać przez własne ciało, czy coś ma dobre czy złe zamiary, jaki ma nastrój. Czasem widziałam też sylwetki, ale na ułamek sekundy, zaraz znikały.
Od 2006 roku zaczęło dochodzić coś jeszcze. Zaczęłam przeczuwać śmierć. Bliskich mi osób, albo takich, do których ktoś z moich znajomych byl przywiązany. Do tej pory to się wypełniło już sześć razy. Zawsze dzień przed albo w samej chwili śmierci danej osoby ogarnia mnie ogromny wewnętrzny niepokój, jestem roztrzęsiona, nie mogę się skupić i mam wrażenie, że za chwilę zdarzy się coś bardzo złego. Czasem mówię głośno, sama nie wiedząc czemu: „coś jest nie tak”...
Nie wiem co z tym robić. Czy to może być jakiś rodzaj mediumizmu lub jasnowidzenia? Czy można nad czymś takim w ogóle zapanować? Bo te wyrzuty sumienia są nie do wytrzymania, wiedzieć że ktoś umiera i nie móc nic zrobić 🙁
mam takie wrażenie że dobrym pomysłem mogłyby być warsztaty z tanatoterapii, serio polecam poszukać info na ten temat 🙂 podobno bardzo pomaga przy takich rzeczach i daje sporo do myślenia
Adres: www . trainingmind . net/tanatoterapia . warsztat . html
Serio, to moze warto by bylo zaczac od kursu ortografii gdzies na poziomie podstawówki...
Boże, dopiero teraz to do mnie dociera i jestem chyba bardziej przestraszona niż byłam wtedy kiedy to nagrywałam...
Zastanawiałam się przez długi czas dlaczego nic nie słyszę bezpośrednio, żadnych słów, żadnego głosu. Tylko takie rzeczy jak kroki na korytarzu albo na schodach, drzwi które się same otwierają, jakieś hałasy dochodzące z pokoju dziadka, choć wiem że nikogo tam nie ma. Coś mnie pchnęło żeby tam wejść, sama nie wiem co, po prostu poczułam że muszę. W domu byliśmy tylko ja i tata, ale on siedział w swoim pokoju ze słuchawkami na uszach i oglądał coś na komputerze, więc byłam praktycznie sama.
Włączyłam nagrywanie w telefonie. W pokoju była cisza, tylko gdzieś z ogrodu dochodził mój pies. Nagrałam i... zapomniałam o tym nagraniu na całe miesiące. Zrobiłam je w sierpniu a odtworzyłam dopiero dzisiaj.
I usłyszałam coś czego podczas nagrywania kompletnie nie było slyszac. Ktoś gwiżdże melodię. W tym pokoju. Po sposobie gwizdania można wyczuć że to mężczyzna... Dosłownie zesztywniałam kiedy to usłyszałam, siedziałam bez ruchu.
Może to jakiś znak, może chce żeby go rozpoznać po tej melodii... Nie wiem. Wiem jedno, że tam ktoś jest, to już pewne. Tylko co teraz zrobic 🙁
Możliwe, że należysz do tej niezbyt licznej grupy ludzi obdarzonych takim darem.
i co z tego wynika właściwie?
