Zaczęłam się zastanawiać nad czymś, co chodzi za mną od jakiegoś czasu. Mamy tendencję do odgrywania ról wobec rodziców - grzeczne dziecko, buntownik, opiekun rodzica, czarna owca. I przez lata ta rola przykleja się do nas jak skóra. Pytanie jest takie: czy praca z czakrami faktycznie pomaga to z siebie zdrzeć? Bo sama widzę, że kiedy cokolwiek ruszam w obrębie splotu słonecznego, to nagle wyłażą rzeczy, o których myślałam, że je dawno przepracowałam. Jakieś stare pretensje do mamy, jakiś żal do taty. Czy wy też tak macie, że czakry dosłownie wyciągają na wierzch te rodzinne dynamiki?
To co opisujesz ze splotem słonecznym jest bardzo charakterystyczne. Ta czakra jest mocno związana z poczuciem własnej mocy i z tym, czy w ogóle mieliśmy jako dzieci prawo do swojego zdania. Jak rodzic tłamsił, to splot słoneczny jest często zablokowany latami. Ale mam pytanie do ciebie - co konkretnie robiłaś przy tej czakrze? Medytacja, oddech, coś innego? Bo to może mieć znaczenie dla tego, co wyszło.
Wróćcie do wątku z tymi rolami, bo to mnie bardzo interesuje. Mam takie doświadczenie, że dopóki grałam córkę-opiekunkę wobec mamy (ona miała dużo problemów emocjonalnych), to moja czakra serca była jakby odwrócona do wewnątrz. Niby otwarta, bo czułam dużo, ale całkowicie nakierowana na nią, nie na siebie. I dopiero kiedy zaczęłam pracować z sercem świadomie, zobaczyłam, że ta "otwartość" była formą zależności, nie miłości. Czy ktoś z was miał podobne odwrócenie?
Słucham tej rozmowy i mam pytanie do wszystkich, bo coś mi tu zgrzyta. Mówicie o czakrach w kontekście relacji z rodzicami jakby to była głównie kwestia naprawiania siebie. Ale co z dynamiką energetyczną, która wciąż aktywnie działa między wami a tymi ludźmi? Bo jedno to przepracować stary wzorzec, a drugie to zmienić to, co się dzieje teraz, przy każdym kontakcie. Czy czakry w ogóle można przepracować "raz" i mieć spokój, czy to jest ciągłe?
Czytam to i zastanawiam się nad jedną rzeczą. Mówicie o tych blokadach w czakrach jako o czymś, co powstało przez relację z rodzicami. Ale jak rozróżnić, czy dane napięcie w ciele pochodzi właśnie z tej relacji, a nie z czegoś innego? Bo ja na przykład mam permanentny ścisk w gardle i nie wiem, czy to jest rodzinne, czy coś innego zupełnie.
Czytam i mam takie wrażenie, że temat buntu jest tu trochę pomijany. Więcej rozmawiacie o tym jak wyjść z roli opiekunki czy grzecznego dziecka, ale bunt to też rola, prawda? Sama przez kilka lat byłam w totalnym buncie wobec rodziców i zastanawiam się, czy ta energia buntu nie blokuje czegoś tak samo mocno jak uległość, tylko w inny sposób.
Hmm ale bunt może być też zdrowy. Jak ktoś ma toksycznych rodziców to bunt jest czasem jedynym wyjściem i nie powiedziałbym że to zawsze blokada. Myśle że za bardzo tutaj psychologizujecie a czakry to nie jest terapia. One działają energetycznie a nie przez analize zachowań.
Wchodzę w to, bo temat mnie dotyczy bezpośrednio. Przez długi czas byłam w roli czarnej owcy w rodzinie i w pewnym momencie zaczęłam pracować z czakrą korzenia. I odkryłam coś, czego się nie spodziewałam: że moja tożsamość była w dużej mierze zbudowana na byciu "tą inną" w stosunku do reszty. Kiedy zaczęłam uziemniać się bez odniesienia do nich, to przez chwilę poczułam się dosłownie nikim. Jakby ta rola była fundamentem, a nie ograniczeniem. Czy ktoś miał to poczucie - że usunięcie roli na chwilę zostawia pustkę?
Ale to brzmi jak ideał który nikt nie osiągnie do końca. Czy naprawde ktokolwiek z Was osiągnął ten stan że jest wdzięczny bez oczekiwania czegokolwiek? Bo mnie sie wydaje że to jest bardziej spektrum niż punkt dojścia, i ze mówienie o czakrze serca "otwartej" albo "zamkniętej" to za duże uproszczenie.
Ciekawi mnie jedna rzecz w tej rozmowie. Mówimy o czakrach jako o miejscach, gdzie te relacyjne role są zapisane. Ale czy ktoś z was miał doświadczenie, że praca z jedną czakrą zmieniła coś w relacji z rodzicem bez żadnej rozmowy z nim? Bez konfrontacji, bez tłumaczenia - po prostu energia się zmieniła i rodzic zareagował inaczej?
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i mam takie wrażenie, że cały czas mówimy o pracy własnej. A co z sytuacją, gdy rodzic aktywnie blokuje tę zmianę? Mam na myśli taką dynamikę, gdzie ty pracujesz, zmieniasz się, a rodzic jakby podkręca stare wzorce - jakby nieświadomie nie chciał, żebyś wyszedł z roli. Czy wtedy czakry w ogóle mogą sie ustabilizować?
Ale troche mi tu zgrzyta to redukownie wszystkiego do splotów i czakr. Czasami żołądek boli bo boli i nie ma tu zadnej metafizyki. Może zamiast szukać znaczeń w każdym cielesnym sygnale, po prostu przyjac że relacja z rodzicem to relacja z rodzicem i tyle?
Mam wrażenie, że ta rozmowa zmierza w bardzo ważną stronę, ale chcę zapytać o coś, co mnie nurtuje od samego początku wątku. Mówimy o autentyczności, o wychodzeniu z ról wobec rodziców - ale czy ktoś z was miał moment, kiedy zobaczył, że sam wobec siebie gra rolę? Nie wobec rodzica, tylko wobec siebie. I jak czakry w tym uczestniczą?
Słucham tego i mam takie poczucie, że wy wszyscy mówicie o pracy, która trwa latami. A ja jestem na początku i nie wiem, czy w ogóle mam dostęp do tych warstw, o których piszecie. Czy jest jakiś punkt wejścia? Coś prostego, od czego można zacząć, nie żeby osiągnąć od razu ten poziom, tylko żeby w ogóle zaczać słyszeć te sygnały?
Wracam do pytania Klaudii o granie roli wobec siebie, bo to mnie uderzyło. Miałem taki moment po tej rozmowie z ojcem, o której pisałem. Zorientowałem się, że przez lata tworzyłem wersję siebie, która była bezpieczna dla niego. I ta wersja tak wrosła, że nie wiedziałem, że to rola. Myślałem, że to ja.
