Trochę trudno mi to ująć w słowa, ale spróbuję.
Chodzi o to, że w chwili narodzin mamy jakiś konkretny układ planet. Przez całe nasze życie te planety zmieniają swoje pozycje, przechodzą przez kolejne domy i znaki zodiaku. Nie wszystkie oczywiście w tym samym tempie, jedne robią to szybko, inne bardzo powoli, a niektóre... no cóż, nie zdążą nawet ruszyć się za bardzo, bo życie ludzkie jest po prostu za krótkie żeby to zobaczyć.
I mam pytanie właściwie do wszystkich tutaj.
Jakie znaczenie ma dla nas ten konkretny układ z momentu urodzenia? Czy można to rozumieć jako swego rodzaju pułap, czyli maksimum tego co dany człowiek może w życiu osiągnąć?
A to co sie dzieje z planetami w trakcie naszego życia, to już jest coś w rodzaju czynnika który to osiągnięcie albo ułatwia, albo komplikuje?
Pozdrawiam
Trochę znam ten temat, więc napiszę co nieco od siebie.
Przede wszystkim astrologia to nie jest żadne wróżbiarstwo. To nauka o wpływie planet na człowieka, a że taki wpływ istnieje, to sprawa bezdyskusyjna, skoro choćby Księżyc i jego fazy wyraźnie na nas oddziałują, to nie ma powodu sądzić, że inne planety działają inaczej. Mapa nieba z momentu narodzin pokazuje jedynie nasze POTENCJAŁY. Można powiedzieć, że to nasza matryca. Co z tym zrobimy przez całe życie, to już zupełnie odrębna kwestia. Bieżący ruch planet, tworząc aspekty do planet natalnych, przynosi okresy mniej lub bardziej sprzyjające naszym działaniom, dlatego czasem mimo ogromnych starań trudno nam cokolwiek osiągnąć, a innym razem wszystko idzie "jak po maśle". Położenie planet w domach ma naprawdę ogromne znaczenie. Każdy kosmogram dzieli się na 12 sektorów zwanych domami, a każdy z nich odpowiada innej sferze życia. Domy, w których w chwili narodzin znalazły się planety, wyznaczają te dziedziny, które będą dla nas szczególnie wazne. Tyle w największym skrócie jeśli chodzi o samo położenie planet i wynikające z niego możliwości.
Astrologia niczego nie determinuje i trzeba z niej korzystać mądrze. Tak naprawdę może wskazywać problemy i wyzwania, które należy przepracowywać, a to nie jest proste, ale nikt przecież nie obiecywał, że będzie łatwo. Już Leonardo da Vinci mówił, że najtrudniejsza jest praca nad samym sobą... i miał wiele racji. Ważne jest to, że mamy znacznie większy wpływ na własne życie, niż nam się wydaje . W historii zdarzały się kosmogramy z wyjatkowo trudnymi aspektami, które mimo wszystko zaowocowały pięknym życiem tych ludzi. Sam Eichelberger, wybitny psychoterapeuta, twierdzi, że jemu przepowiednie astrologów już się nie sprawdzają, właśnie dlatego, że tak mocno przepracował swoją karmę, iż nawet gorsze wpływy nie są dla niego tak dotkliwe jak dla kogoś, kto tego przepracowania ma znacznie mniej. I o to właśnie w tym wszystkim chodzi, moim zdaniem. Często przytrafiają nam się ciężkie chwile, bo nie wyciągamy wniosków z własnych błędów i wciąż je powtarzamy. Nasz żywot na ziemi ma jakiś cel, musimy pewnych rzeczy doświadczyć zgodnie z prawem karmy i nauczyć się ich, żeby przejść na wyższy poziom rozwoju. Dopóki nie pokonamy pewnych wewnętrznych blokad, które często widać w kosmogramie, będziemy kręcić się w kółko, zamiast wznosić coraz wyżej po spirali.
Układ planet w chwili narodzin to pewne predyspozycje, możliwości i ograniczenia, z którymi będziemy się mierzyć przez całe życie. Progresje natomiast to nasze wewnętrzne zmiany, gotowość na przyjęcie i zrozumienie tego, co niosą tranzyty lub sam nasz horoskop. Można przepracować albo zneutralizowac cechy, które są nam niewygodne czy wręcz szkodliwe dla zdrowia i psychiki, zarówno naszej jak i innych. A atuty i predyspozycje rozwijać i doskonalić . W tym właśnie pomagają nam tranzyty.
