Ostatnio natknąłem się na przypadek nauczycielki Emilii Sagée z XIX wieku. 42 uczennice widziały jak zbiera kwiaty w ogrodzie, podczas gdy w tej samej chwili siedziała w klasie i prowadziła lekcję. Jej sobowtór powtarzał wszystkie ruchy, tylko bez kredy w ręku. To nie była halucynacja pojedynczej osoby - świadków było kilkadziesiąt. Co ciekawe, sama Sagée nigdy nie widziała swojego doppelgängera.
Z tego co czytałam, straciła pracę w 19 różnych szkołach właśnie przez te zjawiska. Ludzie się bali. Ale zastanawia mnie co innego - dlaczego ona sama nie widziała? To przeczy tradycyjnemu przekonaniu, że ujrzenie własnego sobowtóra zwiastuje śmierć.
Bo to nie był klasyczny doppelgänger w germańskim rozumieniu. To była bilokacja - bycie w dwóch miejscach jednocześnie. Niemcy rozróżniali to bardzo precyzyjnie. Doppelgänger to "podwójny wędrowiec", coś złowieszczego. A bilokacja to zupełnie inny mechanizm.
Czytałem że Goethe podobno widział własnego sobowtóra jadącego konno w drugą stronę drogi. I rzeczywiście 8 lat później jechał tą samą drogą, w tych samych ubraniach, tylko w przeciwnym kierunku. Jak sądzicie, to było przewidywanie przyszłości czy raczej jakiś ślad energetyczny?
Goethe, Shelley, Lord Byron - wielu pisarzy romantycznych opisywało takie doświadczenia. Shelley widział swojego sobowtóra wskazującego na morze, niedługo potem zginął tratwiany podczas sztormu. Byron opisał to jako "widmowego bliźniaka".
Skandynawowie mieli na to osobne określenie - vardøger. To jednak coś zupełnie innego niż doppelgänger. Vardøger to duch poprzednik, który przychodzi przed tobą. Słyszysz czyjeś kroki na schodach, otwierasz drzwi - nikogo nie ma. A 10 minut później ta osoba faktycznie przychodzi.
@Zorka to jest właśnie ten nordycki koncept. W mitologii skandynawskiej nazywali to też fylgja - duch opiekuńczy który idzie przed tobą. W Finlandii mówią etiäinen. Ale kluczowa różnica - vardøger nie zapowiada śmierci, wręcz przeciwnie, jest dobrym znakiem.
Właśnie dlatego wkurza mnie jak ludzie mieszają te pojęcia. Doppelgänger = zły omen, śmierć, nieszczęście. Vardøger = neutralny lub pozytywny zwiastun. Bilokacja = zjawisko fizyczne bez konotacji śmierci. To są trzy różne rzeczy.
Leonora ma rację. Święta Teresa z Avila miała udokumentowane przypadki bilokacji - była widziana w dwóch klasztorach jednocześnie. Kościół uznał to za cud, nie za zły omen. Kontekst kulturowy ma ogromne znaczenie.
W 2006 roku zespół ze szpitala w Genewie odtworzył efekt sobowtóra przez elektrostymulację mózgu. Pacjentka z padaczką natychmiast poczuła obecność drugiej osoby "za sobą", młodej, cichej, o podobnej posturze. Stymulowali styk ciemieniowo-skroniowy.
Czytałam o tym. To nazywa się heautoskopia w terminologii neurologicznej. Olaf Blanke, szwajcarski neurolog, przez lata badał te zjawiska. Rozróżnił sześć typów doświadczeń autoskopowych.
Ale nauka redukuje to do zaburzeń neurologicznych. Ja miałem doświadczenie heautoskopii podczas głębokiej medytacji i to nie była żadna patologia. Widziałem siebie z boku, czułem się w dwóch miejscach naraz, trwało może minutę.
Różnica między doświadczeniem duchowym a patologią polega na kontroli i intencji. Jeśli wywołujesz stan świadomie, przez medytację czy rytuał - to jedno. Jeśli przytrafia się spontanicznie i nie możesz tego zatrzymać - to zupełnie co innego.
Ale wróćmy do mechanizmów. Blanke twierdził że heautoskopia to rozpad integracji wielu zmysłów - wzroku, propriocepcji, czucia własnego ciała. Gdy mózg nie może połączyć tych sygnałów, tworzy drugą wersję "ja".
To by wyjaśniało dlaczego tak często towarzyszy temu uczucie lekkości, zawroty głowy, zaburzenia równowagi. To wszystko związane z przetwarzaniem przestrzennym i świadomością cielesną.
Ale nie wyjaśnia przypadków gdzie sobowtóra widzą inne osoby, nie sam doświadczający. Jak z tą Sagée - 42 dziewczyny jednocześnie. To nie może być halucynacja wzrokowa jednej osoby.
Albo hipoteza wszechświatów równoległych. Że czasami "ścieżki" między rzeczywistościami się rozmywają i przesącza się coś z jednej do drugiej. Twój sobowtór z innej linii czasowej staje się na chwilę widoczny tutaj.
Ale to by oznaczało że każdy ma swojego doppelgängera w innym wszechświecie? Brzmi jak science fiction...
Problem z tym myśleniem jest taki, że czyni zjawisko przypadkowym. A tradycyjnie doppelgänger miał znaczenie - był zwiastunem, ostrzeżeniem, znakiem. Nie przypadkową anomalią kwantową.
Abraham Lincoln widział swojego sobowtóra w lustrze tuż przed wybuchem wojny secesyjnej. Jeden obraz był wyraźny, drugi blady. Interpretowano to jako dwie kadencje - jedną pełną życia, drugą zakończoną śmiercią. I rzeczywiście został zamordowany w drugiej kadencji.
Zgadzam się z Simmą. Selective memory to poważny problem w badaniu zjawisk paranormalnych. Pamiętamy dramatyczne przypadki, zapominamy o tych neutralnych.
Choć z drugiej strony, Jung pisał o synchroniczności - że zjawiska paranormalne mają sens psychologiczny, nie tylko fizyczny. Może doppelgänger pojawia się w momentach przełomowych, nawet jeśli nie kończy się to śmiercią?
Słyszałem historię od kolegi - jego matka tydzień przed wypadkiem samochodowym zaczęła widzieć "kogoś" w domu. Kątem oka, w lustrze, zawsze ta sama sylwetka. Mówiła że to "ona sama". Przeżyła wypadek ale było bardzo ciężko.
Uczucie obecności może być bardzo intensywne. Himalaiści na dużych wysokościach często to opisują - "trzeci człowiek", ktoś kto idzie obok ale nigdy go nie widzisz wprost. Przypisywano to niedoborom tlenu, ale może to coś więcej?
To znane zjawisko w sytuacjach ekstremalnych. Ernest Shackleton opisał to podczas ekspedycji na Antarktydę. Czuł że ktoś dodatkowy jest w ich grupie, pomagał im przetrwać. Nazwali to "aniołem stróżem polarników".
Więc wracamy do pytania - to zjawisko neurologiczne, duchowe, czy może jedno i drugie? Może mózg w ekstremalnych stanach otwiera się na percepcję której normalnie nie mamy?
Uważam że to błędna dychotomia. Duchowe i neurologiczne nie muszą się wykluczać. Może określone struktury mózgowe są "antenami" do odbierania rzeczywistości pozafizycznych. Stymulacja styku ciemieniowo-skroniowego uruchamia tę antenę sztucznie.
