Od kilku lat regularnie śnię o tym samym mieście. To dziwne, bo znam każdą ulicę, każdy zakręt, a jednocześnie wiem na pewno, że nigdy tam nie byłam. Jest tam stara kamienica z czerwonej cegły, zawsze wchodzę do środka przez te same dębowe drzwi. Czasem to miejsce zmienia się nieco - pojawia się nowa uliczka albo budynek wygląda trochę inaczej, ale ogólna struktura pozostaje ta sama. Czy ktoś z was też ma takie "stałe" miejsca w swoich snach?
Mam ich kilka. Najciekawsze to ogromne muzeum z niekończącymi się korytarzami. Znam już całe jego skrzydło wschodnie jak własną kieszeń. Za każdym razem gdy tam wracam, odkrywam nowe sale, ale stare pozostają dokładnie tam, gdzie je zapamiętałam. Co ciekawe, miejsca te mają własną geografię – mogę narysować mapy niektórych z nich.
Właśnie o tym chciałam napisać. Mam w swoim dzienniku snów szkice map tych lokacji. Jeden z moich „światów” to nadmorskie miasteczko z latarnią morską, której nigdy nie widziałam na jawie. Wracam tam od ponad dziesięciu lat. Czasami zastanawiam się, czy to nie są wspomnienia z innych wcieleń.
Nie zgadzam się z takim uproszczeniem. Miałem przypadek, że opisałem moją „oniryczną bibliotekę” znajomemu, a on powiedział, że śnił dokładnie to samo miejsce. Sprawdziliśmy szczegóły – identyczne. Jak to wytłumaczysz czystą psychologią?
A jednak Carl Jung sam wspominał o synchronicznościach w snach różnych ludzi. Kwestia, czy chcemy to nazwać wspólną przestrzenią, czy po prostu podobną symboliką – efekt jest ten sam. Ludzie śnią o tych samych miejscach.
Mnie bardziej interesuje mechanizm powstawania tych miejsc. Zauważyłem, że moje „stałe lokacje” często mają niemożliwą geometrię. Schody prowadzą do góry, ale kończysz poziom niżej. Pokoje są większe w środku niż na zewnątrz. Euklidesowa geometria nie obowiązuje.
To właśnie jest klucz. Sen operuje na innych zasadach przestrzennych. Pomyślcie o wstędze Möbiusa – ma tylko jedną stronę. W snach możemy doświadczać podobnych topologii. Ja mam pętlę czasu w jednej z moich lokacji – wychodzę z budynku i wracam do tego samego momentu przy wejściu.
Czy któryś z was próbował świadomie odwiedzić te miejsca? Mam na myśli podczas lucid dreaming. Ja kilka razy próbowałem, ale jak tylko uświadamiam sobie, że śnię, wszystko się zmienia.
Języki w snach to osobna sprawa. Ja w moim „sennym mieście” widzę napisy, które potrafię czytać tylko tam. Na jawie kompletnie nie pamiętam tych liter. Próbowałem je zapamiętać i narysować po przebudzeniu, ale wyglądają jak zlepek różnych alfabetów.
Podobnie mam z mapami. W jednym ze snów widziałem atlas geograficzny tego świata – były tam kontynenty, oceany, nazwy miejsc. Zapamiętałem jedną nazwę: „Thelmar”. Sprawdzałem potem w internecie – nie istnieje nigdzie, w żadnym języku, w żadnej mitologii.
Thelmar... to brzmi jak coś z języków starożytnych. Może połączenie greckiego „thelos” i łacińskiego „mare”? Cel i morze? Ale zgadzam się, że te nazwy rodzą się spontanicznie. Mam swoją „Citadel Umbrae” – cytadelę cieni. Nazwa po łacinie, ale nigdy jej nie wymyśliłam świadomie.
Nazewnictwo to jeden aspekt, ale struktura tych miejsc to drugie. Prowadziłem eksperyment – przez rok dokumentowałem każdą wizytę w moim „domu na skraju” (tak go nazywam). Okazało się, że miejsce to ewoluuje. Przybywa mu pokoi, zmienia się otoczenie, ale fundament pozostaje ten sam. Jakby rosło organicznie.
Czytam was i zaczynam rozumieć coś ze swoich snów. Mam miejsce, które nazywam „szpitalem”, choć to nie wygląda jak prawdziwy szpital. To gigantyczny kompleks białych korytarzy i pokoi z oknami wychodzącymi na morze. Wracam tam zawsze, gdy jestem chora lub źle się czuję emocjonalnie.
Ja mam coś totalnie innego – wielką bibliotekę pod wodą. Jestem tam w bańce powietrznej, wokół pływają ryby, ale księgi są normalne, nie mokre. Czy to może być jakaś alegoria zatopionej wiedzy?
Biblioteka pod wodą... Platońska Atlantyda? A może Aleksandryjska biblioteka, która „zatonęła” w historii? Motyw zatopionej lub ukrytej wiedzy jest silny w kolektywnej nieświadomości. Twoja psychika może komunikować, że masz dostęp do wiedzy, która jest głęboko ukryta, wymaga zanurzenia się.
Próbowałam tego. Przez miesiąc przed snem wyobrażałam sobie ogród z białymi różami. I faktycznie, pojawił się w śnie, ale... nie tak jak sobie wyobrażałam. Był dziwnie przekształcony, róże były gigantyczne, a ogród był na dachu wieżowca. Podświadomość dodała swoje elementy.
To samo zjawisko opisuje Stephen LaBerge w kontekście świadomego śnienia. Możemy wpływać na sen, ale nie mamy pełnej kontroli. Sen ma swoją własną logikę, własną wolę niejako. Współtworzymy go, ale nie jesteśmy jedynym autorem.
Mnie ostatnio coś zastanowiło. Te miejsca - czy one istnieją "między" snami? Tzn. czy gdy ja śpię i odwiedzam moją "wieżę", a ty śpisz i odwiedzasz swoje "muzeum", czy te miejsca są w jakimś sensie "włączone", aktywne? Czy istnieją tylko, gdy je śnimy?
Archetypy. Uniwersalne wzorce w nieświadomości kolektywnej. Biblioteka to silny archetyp, bibliotekarz to archetyp mądrego starca. Wasze mózgi zbudowały podobne konstrukcje z tych samych klocków mentalnych.
To akurat mógłby być zbieg okoliczności. Albo jeden z was nieświadomie zasugerował te detale drugiemu podczas rozmowy, a pamięć podpowiedziała, że "tak, tak było". Pamięć jest zawodna i podatna na sugestie.
Czytałam o teorii pól morficznych Sheldrake'a. Pamięć, która jest przechowywana poza mózgiem, w jakichś polach? To jest dość kontrowersyjne w nauce głównego nurtu.
Chwila, przenosimy to na poziom fizyki kwantowej? To już naprawdę spekulacja na spekulacji. Wracając do sedna - mamy te miejsca, regularnie się w nich pojawiamy, pamiętamy je lepiej niż zwykłe sny. To są fakty. Reszta to interpretacja.
Może właśnie powinniśmy się skupić na praktyce zamiast teorii. Ktoś prowadzi systematyczną dokumentację tych miejsc? Oprócz @Zorka która robi szkice. Może warto stworzyć jakiś atlas snów, zbiorczą mapę naszych onirycznych krain?
A czy ktoś z was używa tych miejsc do konkretnych celów magicznych? Ja próbuję odprawiać rytuały w mojej "świątyni w górach" podczas świadomych snów. Nie jestem pewna, czy to działa tak samo jak rytuał na jawie.
Nigdy nie myślałam o używaniu tych miejsc celowo. U mnie one się po prostu pojawiają. Mam "dom na klifie", gdzie trafiam, gdy jestem smutna lub zagubiona. Zawsze czuję się tam spokojna, bezpieczna. To bardziej miejsce uzdrowienia niż pracy.
Zastanawiam się, czy te miejsca mogą się zestarzać lub zniszczeć. Moja "stara szkoła" (choć nigdy tam nie uczęszczałam) powoli popada w ruinę. Z każdą wizytą jest bardziej zniszczona - ściany kruszeją, rośnie w niej roślinność. To dziwne uczucie obserwować, jak miejsce w twoim własnym śnie umiera.
Z mojego doświadczenia wynika, że miejsca mogą mieć cykle. Moja "sala lustrzana" miała różne wcielenia - najpierw była przestronna i jasna, potem ciemna i klaustrofobiczna, teraz jest znowu otwarta, ale inaczej niż na początku. Jakby przechodziła przez śmierć i odrodzenie.
