Chociaż szczerze, szybka wizualizacja przepływu energii przez ciało to też rodzaj aktywacji – czy nazwiesz to czakrami, czy po prostu „energią", efekt podobny.
Ja próbowałem z czakrami, ale mi to zabrało zbyt dużo czasu. Wolę prostsze metody.
I znowu wracamy do tego, że rytuał ma być Twój, nie skopiowany. Można inspirować się, ale finalnie musisz sam/a poczuć, co działa.
A gdyby ktoś miał polecić jeden, naprawdę podstawowy rytuał na start – co by to było?
Naprawdę aż tak prosto?
Magia to energia i intencja. Wszystko inne to dekoracja. Dekoracja może pomagać, ale nie jest niezbędna.
Czyli jak mam tylko minutę rano, to lepiej zrobić te trzy oddechy z pełną uwagą niż pół godziny automatycznie?
Zresztą obecność to podstawa magii. Bez niej możesz wykonać sto rytualnych gestów i nic się nie stanie.
To brzmi trochę jak medytacja uważności.
I odwrotnie – możesz być mega uważny, ale bez intencji to tylko obserwacja. Muszą iść w parze.
Czyli każdy, kto medytuje, robi już coś z magii?
W sumie ma sens. Rytuał bez obecności to autopilot. A autopilot to mechanika, nie energia.
I dlatego czasem lepiej odpuścić rytuał na jeden dzień niż robić go „bo trzeba". Pauza z pełną świadomością to też praktyka.
Czasem najlepsza magia to nie magia. Tylko cisza. Słuchanie siebie. Bycie.
Brzmi pięknie, ale w praktyce trudne. Bo jak cicho słuchasz siebie i słyszysz same „do zrobienia, zapłacić, oddzwonić"?
Właśnie. Rytuał to przerwa w chaosie. Kropka. Moment, w którym nic nie musisz, tylko być.
Ale jak się tego nauczyć? Bo u mnie każda przerwa kończy się tym, że myślę o czymś kolejnym.
I nie krytykuj się za myśli. One przyjdą. Zauważ je, wypuść, wróć do oddechu. To się nazywa praktyka, nie perfekcja.
Dzięki za te wszystkie odpowiedzi. Faktycznie, mniej się boję teraz zacząć.
Ja już zaczynam od trzech tygodni. Ten trzy oddechy rano – faktycznie coś w tym jest. Nie wiem jak to opisać, ale dzień zaczyna się inaczej.
To właśnie to. Nie musisz umieć nazwać, żeby to czuć. Efekt jest bardziej subtelny niż spektakularny, ale konsekwentny.
Najlepsze w tym wszystkim jest to, że po miesiącach praktyki zaczynam odczuwać rytm. Moje ciało wie, kiedy potrzebuje oczyszczenia, kiedy osłony, kiedy po prostu ciszy.
To jest cel. Nie żebyś robił rytuał mechanicznie, ale żeby stał się częścią Ciebie. Wtedy już nie praktykujesz magii – żyjesz nią.
Czy ktoś zauważył, że od kiedy praktykuje regularnie, to sny są bardziej wyraźne? U mnie to niesamowite – pamiętam teraz prawie każdą noc.
To normalne. Jak uważność rośnie na jawie, rośnie też we śnie. Praktyka działa dwukierunkowo – nie tylko gdy jesteś świadomy, ale też w stanach przejściowych.
A ja ostatnio zauważyłam, że jak odpuszczam rytuał na weekend, to w poniedziałek czuję się rozchwiana. Jakby energia potrzebowała tej struktury.
Może warto pomyśleć o lżejszej wersji na weekend? Żeby nie było poczucia obowiązku, ale też żeby nie tracić rytmu całkowicie.
