Dziennik to złoto. Po roku widziałem u siebie, że najczarniejsze rozkłady wypadały co miesiąc w podobnym dniu – w okolicach PMS mojej partnerki i mojego zmęczenia pracą. Tarot tylko podświetlał coś, co i tak było napięte. Taka obserwacja pozwala potem powiedzieć sobie: „ok, teraz mam swój standardowy dołek, karty mogłyby tylko dolać oliwy do ognia, więc poczekam”.
Haha, 9 Mieczy to jest moja oficjalna karta PMS – ile razy mi wyszła w tym okresie, to tylko ja wiem. Jak zaczęłam to zapisywać, przestałam traktować ją jak nieuniknioną katastrofę życiową, a bardziej jak „okej, to ten moment miesiąca, w którym moje myśli są dramatyczne z definicji”. W kryzysie życiowym już inaczej patrzę na podobne układy.
Chciałbym jeszcze dorzucić jedno ostrzeżenie: tarot nie jest zamiennikiem terapii. Jeśli ktoś jest w takim stanie, że nie śpi, nie je, ma myśli autodestrukcyjne – to nie jest moment na rozkłady, tylko na kontakt z lekarzem, terapeutą, telefonem zaufania. Karty mogą wspierać proces, ale w ciężkim kryzysie psychiki same w sobie nie wystarczą, a czasem wręcz przeszkadzają, bo podtrzymują skupienie na problemie.
Miałam klientkę z atakami paniki, która uparła się na „rozłożenie wszystkiego”. Zamiast klasycznego rozkładu prosiłam ją, żeby po prostu wyciągała po jednej karcie i opisywała, co na niej widzi – bez pytania, bez interpretacji. To był bardziej rodzaj ćwiczenia uważności na obraz niż typowe wróżenie. Pomagało jej wyjść z kołowrotka myśli na chwilę. I dopiero po jakimś czasie, kiedy napady się uspokoiły, zaczęłyśmy robić normalne rozkłady.
Jeśli ktoś: – ma myśli typu „lepiej by było, gdyby mnie nie było”, – sięga po autoagresję, – ma długotrwałe problemy ze snem i funkcjonowaniem, to moim zdaniem karta powinna zostać w szufladzie, a pierwszym numerem telefonu niech będzie specjalista. Tarot może wrócić później jako wsparcie w rozumieniu siebie, ale nie jako pierwsza linia „ratunku”.
Wracając do pytania z tytułu: dla mnie odpowiedź brzmi „czasem tak, ale z innym nastawieniem”. W kryzysie sens mają pytania typu „jak przejść przez ten czas”, „co ten kryzys mi pokazuje o mnie”, „gdzie mogę szukać realnego wsparcia”. Jak pytanie brzmi „czy los cofnie to, co się wydarzyło”, to już wiem, że to nie jest konstruktywne użycie kart.
A co sądzicie o rozkładach „tak/nie” w kryzysie? Mam wrażenie, że to najczęściej zadawane pytania: „czy wróci”, „czy się odezwie”, „czy mam szansę”. Czy w ogóle jest sens się w to bawić, kiedy człowiek jest rozklekotany?
„Tak/nie” w kryzysie to przepis na katastrofę. Bo jak ktoś usłyszy „nie”, to będzie ciągnął jeszcze raz – „może tym razem wyjdzie inaczej”. Jak usłyszy „tak”, to też będzie ciągnął – żeby „upewnić się, że nadal tak”. To prosta droga do tego, żeby tarot zamienił się w emocjonalną ruletkę. Jeśli już, to wolę pytania opisowe – co się dzieje, jakie są tendencje, co ja mogę z tym zrobić.
Przyznaję, że kiedyś robiłam „tak/nie” po dziesięć razy, aż w końcu wyszła odpowiedź, której chciałam. I wtedy dopiero byłam „uspokojona”. Jak po latach na to patrzę, to widzę, że to nie było żadne wróżenie, tylko wymuszanie na losie deklaracji. Teraz jak tylko zauważam u siebie impuls „a może jeszcze raz zapytam, bo wynik mi się nie podoba”, to wkładam talię do szafy i zajmuję ręce czymś innym.
Dlatego ja robię z sobą coś w rodzaju „kontraktu”. Na spokojnie spisuję: ile rozkładów na jeden temat maksymalnie, w jakich stanach emocjonalnych nie siadam do kart, jakie pytania w kryzysie są dla mnie ok. Jak przychodzi trudny moment, to sięgam do tego kontraktu zamiast kombinować od zera. To trochę jak ustalone wcześniej zasady picia – ustalasz je na trzeźwo, nie po drinku.
Też mam taki „kontrakt” w pudełku z talią. Napisałam sobie tam m.in.: „nie robię rozkładu po 23:00, nie robię, kiedy chce mi się tylko płakać, nie robię, kiedy już dziś pytałam o to samo”. Jak w kryzysie wyciągam pudełko i widzę tę kartkę, to przynajmniej na chwilę zatrzymuję się i zadaję sobie pytanie, czy naprawdę chcę to dziś łamać.
Do kontraktu dorzuciłabym jeszcze punkt: „najpierw rozmowa z żywym człowiekiem, potem tarot”. Serio – pięć minut gadania z przyjaciółką czy terapeutą potrafi zrobić więcej niż 12 kart. Karty fajnie dopełniają proces, ale nie zastąpią kontaktu, kiedy się człowiek sypie.
W niektórych szkołach tarota jest wręcz zasada: „nie wróżymy sobie samym w sprawach sercowych”. Właśnie dlatego, że w miłości poziom emocji jest zwykle najwyższy i najłatwiej o samouszukiwanie się. Ja nie jestem aż tak radykalny, ale rozumiem, skąd to się bierze. Jeśli ktoś stawia sobie w takim temacie, to musi mieć naprawdę ostrą samoobserwację i zgadzać się na niewygodne odpowiedzi.
Ja się z tym częściowo kłócę. Uważam, że można sobie stawiać w sprawach sercowych, ale to wymaga brutalnej szczerości wobec siebie. Jak widzę w rozkładzie kartę, która „psuje” wymarzony scenariusz, a łapię się na tym, że ją omijam albo łagodzę znaczenie, to wiem, że to nie jest dobry moment na dalsze czytanie. Większość ludzi nie lubi takiej samo-konfrontacji, ale bez niej tarot w kryzysie będzie tylko ładnie ilustrowanym życzeniowym myśleniem.
Miałam klientkę po rozstaniu, która przez tydzień chciała przychodzić „codziennie na karty, żeby śledzić sytuację”. Jak próbowałam jej wytłumaczyć, że to nie jest dobry pomysł, usłyszałam: „to pójdę gdzie indziej, tam mi będą stawiać codziennie”. Rynek „nagłych wróżb na złamane serce” żyje właśnie z takich kryzysowych stanów. Pytanie, na ile my w tym chcemy uczestniczyć.
Ja wychodzę z założenia, że wolę stracić klienta niż przykładać rękę do czyjegoś kręcenia się w miejscu. Jak widzę, że ktoś traktuje tarota jak codzienny raport z frontu „czy już widać efekty”, to mówię wprost, że to nie ten adres. Niektórzy się obrażą, ale wielu wraca po czasie z wdzięcznością, że ktoś im wtedy postawił granicę.
