Od jakiegoś czasu widzę wśród znajomych tarocistów jedną rzecz: jak tylko ktoś ma kryzys – kłótnia, ghosting, szef nawrzeszczał – to pierwsze, co robi, to łapie za talię i tłucze rozkład za rozkładem. Sam się raz na tym złapałem, że po awanturze w relacji zrobiłem chyba z dziesięć układów pod rząd, aż mi się arkanami w oczach mieniło i… zero jasności, tylko większy mętlik.
Jak Wy to widzicie: stawiać karty, kiedy emocje są na czerwono, czy lepiej wtedy tarota w ogóle nie dotykać?
Ja mam z tym tak, że jak jestem roztrzęsiona do granic, to karty zazwyczaj tylko dokręcają śrubę. Parę razy siadałam zapłakana, robiłam Krzyż Celtycki i nagle: Wieża, 9 Mieczy, Diabeł – klasyka. Dopiero jak wracałam do notatek po tygodniu, widziałam, że część pozycji spokojnie można było przeczytać łagodniej, ale wtedy byłam nastawiona na „koniec świata, wszystko się wali” i widziałam tylko to. Mimo wszystko czasem biorę talię w kryzysie, ale raczej po to, żeby zapytać „co mogę teraz zrobić dla siebie”, a nie „co będzie”.
Ja jestem raczej w teamie „nie tykam kart, jak mi mózg płonie”. W trybie paniki człowiek śledzi każdą kartę jak wyrok, a tarot zamiast być pomocą staje się lustrzanym odbiciem najgorszych lęków. Widziałem osoby, które po jednym rozkładzie robiły kolejny „dla potwierdzenia”, aż w końcu wszystko im się kojarzyło z dramatem, bo same tego dramatu szukały. W takim stanie interpretacja bywa bardziej projekcją niż czytaniem.
Z drugiej strony emocje to nie jest włącznik/wyłącznik. Rzadko jesteśmy całkiem spokojni. Ja sobie wyznaczyłem taki próg: jeśli jestem po prostu poddenerwowany, to robię prosty rozkład, ale jak czuję, że mnie trzęsie, serce wali, ręce się pocą – wtedy odkładam karty. Pomaga mi też, że przed rozkładem siadam na kilka minut, zamykam oczy i sprawdzam: „czy ja chcę zobaczyć, co jest, czy chcę, żeby karty powiedziały to, co chcę usłyszeć?”. Jak to drugie – odpuszczam.
Raz się spektakularnie przejechałam na stawianiu w totalnym rozgardiaszu emocjonalnym. Po zerwaniu, w środku nocy, głowa w poduszkę, a ja z talią w ręku. Oczywiście w każdej karcie „widziałam”, że on wróci, że jeszcze będzie dobrze. Po paru miesiącach wróciłam do tych rozkładów i zobaczyłam, że wcale tam nie było tyle nadziei, ile sobie wcisnęłam. W pozycjach „rady” wszystko krzyczało: „odpuść, zadbaj o siebie”, ale ja tego wtedy w ogóle nie byłam w stanie przyjąć. Od tamtej pory, jak już stawiam w trudnym stanie, to bardzo pilnuję formuły pytania.
Ja patrzę na tarota jak na rodzaj psychicznego lustra. W kryzysie to lustro dalej działa, tylko odbija to, co akurat najbardziej się w nas kotłuje. Nie jestem więc za zakazem czytania w emocjach, ale za świadomością, że wtedy karty bardziej pokazują „co we mnie się dzieje”, niż „co się wydarzy na zewnątrz”. Problem jest wtedy, gdy ktoś oczekuje w takim stanie twardej przepowiedni: dat, deklaracji typu „wróci / nie wróci”. To się najczęściej kończy samonakręcaniem.
@Sauwak, u mnie paradoksalnie parę „kryzysowych” rozkładów uratowało mi skórę. Z tym że ja w takich momentach nie pytam o przyszłość, tylko robię prosty układ: 1) co teraz czuję, 2) co jest faktem w sytuacji, 3) jak mogę się zaopiekować sobą. To jest bardziej jak rozmowa ze sobą na głos. Gorzej wychodziło, kiedy próbowałam na gorąco odczytywać, „co on czuje” – wtedy od razu wchodziła mi fantazja zamiast konkretu.
Dla mnie kluczowe jest nie to, czy karty w kryzysie stawiać, tylko ile razy. Jak widzę u kogoś schemat: „jestem rozbita, więc robię trzy rozkłady pod rząd, potem jeszcze jeden na potwierdzenie, bo pierwszy był za mało optymistyczny”, to zapala mi się czerwona lampka. Tarot zaczyna pełnić funkcję podobną do ciągłego sprawdzania telefonu – szukamy ulgi, zamiast realnej odpowiedzi. U siebie mam zasadę: jeden rozkład na jeden temat na dobę. Jak mnie ciągnie do kolejnego, to znaczy, że próbuję przykryć lęk, a nie go zobaczyć.
No dobra, ale jak rozpoznać, że to już taki stan, że nie powinnam siadać do kart? Bo ja mam wrażenie, że jak jest kryzys, to nawet jak „wewnętrznie się trzęsę”, to mówię sobie: „nie no, ogarniam” i sięgam po talię. Macie jakieś swoje sygnały ostrzegawcze?
U mnie pierwszym sygnałem jest to, że pytanie w głowie brzmi jak rozpaczliwy krzyk, a nie jak normalne zdanie. „Powiedz mi, że on wróci!!!” to nie jest pytanie do tarota, tylko do przytulającego człowieka. Drugi – jeśli w trakcie tasowania czuję, że przyspieszam, ściskam karty, zaczynam się spieszyć, bo „muszę już wiedzieć” – wtedy odkładam. I tak jak pisał @Faddi – dobre pytanie kontrolne: „czy ja szukam jasności, czy pocieszenia za wszelką cenę?”.
Z klientami mam zasadę: jeśli ktoś dzwoni i już po głosie słyszę histerię, to nie robię mu rozkładu „na teraz”. Proponuję, żeby się przespał z tematem i wrócił jutro, albo robimy krótką rozmowę wspierającą bez kart. Dla siebie stosuję to samo. Jak ryczę tak, że nie widzę kart, to serio, lepsza jest herbata i prysznic niż Krzyż Celtycki. Tarot jest wymagający, wymaga choć odrobiny dystansu.
Przyznaję się bez bicia – miałem etap, że w kryzysie stawiałem co godzinę. Serio. Kłótnia, on się nie odzywa, a ja co chwilę „sprawdzam”, czy energia się „zmieniła”. Efekt? Po kilku godzinach wszystkie karty kojarzyły mi się z katastrofą, nawet Słońce. Bo wszystko czytałem przez filtr „zostawi mnie, na pewno zostawi”. Dopiero jak odłożyłem talię na kilka dni, poczułem, jak bardzo się tym sam męczę.
Ja bym trochę rozróżniła stany. Co innego płacz, bo coś wreszcie pękło i czujemy ulgę, a co innego totalna histeria, w której nie słyszymy nic, poza własnym wrzaskiem wewnętrznym. Zdarza mi się zrobić rozkład po „oczyszczającym” płaczu, kiedy czuję, że jestem miękka, ale obecna. Czasem wtedy wychodzą karty, które pomagają nazwać to, co i tak już we mnie pracuje. Ale kiedy mi się trzęsą ręce, a w brzuchu mam kamień – wtedy nie. Wtedy raczej biorę talię do ręki, mieszam bez pytania, patrzę na obrazki jak na opowieści, bez interpretacji.
Ja w kryzysie bardzo uprościłam sobie pracę. Nie robię wtedy dużych rozkładów, tylko ciągnę jedną kartę z pytaniem: „co jest dla mnie teraz wspierające?”. Żadnych „czy on ten, czy tamten”, żadnych dat. Jedna karta i koniec. Jak widzę, że po tej jednej karcie i tak w głowie zaczyna się spirala „a może jeszcze jedną, bo wyszła jakaś mało konkretna”, to zamykam pudełko.
Jest jeszcze jedna rzecz: jeśli uczymy siebie (i klientów), że tarot jest „od gaszenia pożarów”, to bardzo łatwo wpaść w uzależnienie. Zamiast nauczyć się usiąść z emocją, przegadać ją z kimś, pójść na spacer – sięgamy po talię. I z zewnątrz to może nie wyglądać groźnie, bo „to tylko karty”, ale mechanizm jest dokładnie ten sam, co przy innych nawykach ucieczkowych. Dlatego ja mam kilka jasnych zasad, kiedy kart w ogóle nie dotykam – i kryzysy są na tej liście na wysokiej pozycji.
Od strony pracy z rytuałami widzę podobny problem. Osoby po rozstaniu często chcą „pakietu”: rytuał + tarot codziennie, żeby „sprawdzić, jak idzie”. Staram się tłumaczyć, że tak się tylko nakręca obsesję na punkcie wyniku. Jeśli już, proponuję jeden większy rozkład przed działaniem i jeden po czasie – żeby zobaczyć, co się w człowieku zmieniło, a nie czy druga strona „zareagowała”. Nie wszyscy to przyjmują, ale przynajmniej mam spokojne sumienie.
Ja mam żelazną zasadę: nie zaczynam żadnego działania ani rozkładu, kiedy jestem w totalnym chaosie wewnętrznym. Emocja, którą wkładamy w pracę, wpływa na to, jak ją potem odbieramy. Jeśli robię rozkład, żeby się upewnić, że „jeszcze jest nadzieja”, to już wiem, że to nie jest dobry moment. Wolę odczekać, aż przynajmniej część napięcia zejdzie, niż potem sprzątać po decyzjach podjętych „na karcie”.
Z drugiej strony są tradycje, które wręcz zachęcają do pracy „na gorącym materiale” – ale to wymaga dojrzałego prowadzenia. Po ostrej kłótni można zrobić rozkład nie na temat „co on mi zrobił”, tylko „jaką część siebie właśnie zobaczyłam w tej reakcji”. Emocja jest wtedy paliwem, ale skupionym na wnętrzu, nie na drugim człowieku. Bez tego przesunięcia, karty w kryzysie stają się tylko kolejną bronią w wewnętrznej wojence.
Przykładowo po kłótni robię czasem coś takiego: Co naprawdę wywołało we mnie tę reakcję? Co próbowałam sobie tą reakcją zrekompensować? Co mogę następnym razem zrobić inaczej, zanim wybuchnę? To nie jest wygodne, bo karty często pokazują nasze własne schematy, ale taka praca w emocji ma sens – pod warunkiem, że pytania są skierowane do siebie.
Ja w podobnych sytuacjach mam swój „kryzysowy” rozkład: Moje aktualne emocje. Co jest faktem, a co dopowiedziałam sobie w głowie. Czego unikam, bo się boję skonfrontować. Jaki mały krok mogę zrobić dziś, żeby było choć trochę spokojniej. Jak w trakcie ciągnięcia kart łapię się na tym, że szukam w nich potwierdzenia, że „on jest draniem”, to odkładam rozkład i wracam do niego następnego dnia.
Jest też aspekt czysto biologiczny: kiedy jesteśmy w trybie walki/ucieczki, kora racjonalna ma mniejszy dostęp do sterów. Mój test jest prosty: jeśli nie jestem w stanie trzy razy spokojnie policzyć oddechu od 1 do 10, to nie siadam do rozkładu. Bo wiem, że będę czytał karty z poziomu paniki, a nie refleksji. Jak uda mi się uspokoić oddech, dopiero wtedy tasuję.
Miałem sytuację, że dostałem sms-a „musimy porozmawiać”, a głowa od razu „na pewno koniec”. Poleciałem po talię, wyszły mi: 3 Miecze, 8 Kielichów, Wieża – więc w głowie już pogrzeb związku. Następnego dnia rozmowa okazała się o… wspólnym kredycie i planach przeprowadzki. Owszem, było napięcie, ale żadnego rozstania. Wtedy zrozumiałem, jak bardzo tamte karty czytałem przez filtr własnego strachu. Gdybym te same symbole zobaczył tydzień później, odczyt byłby inny.
To jest też temat czasu. W kryzysie chcemy „już teraz” wiedzieć, „jak będzie”. A tarot często pokazuje proces, nie natychmiastowy finał. Jeśli robimy rozkład w środku emocjonalnego trzęsienia ziemi, to dostajemy obraz trzęsienia – a nie spokojnego krajobrazu za miesiąc. I potem ludzie mówią „tarot się nie sprawdził”, choć tak naprawdę odczytali chwilowy stan jak ostateczny wyrok.
Moim zdaniem 80% pytań „czy wróci” pada właśnie w takich stanach. I szczerze – wolałbym, żeby przynajmniej połowa z nich zamieniła się na „jak ja przeżywam to, że odszedł”. Tarot mógłby wtedy być dużo bardziej pomocny. A tak wielu ludzi w emocjach szuka w kartach potwierdzenia, że los im „musi” oddać to, co stracili.
Mam pytanie do tych, którzy piszą „zrób rozkład dzień po kłótni”. To ma sens, ale co jeśli ja następnego dnia dalej jestem rozdygotana, tylko już nie płaczę? W głowie dalej milion scenariuszy, tylko bardziej „w wersji sucho”. Czy to jest dla Was ok moment na karty, czy wolicie odczekać jeszcze dłużej?
Ja to porównuję do burzy. Patrzeć na burzę z okna – spoko, można dużo zauważyć. Ale wsiadać wtedy do małego samolotu i lecieć w środek chmur – średni pomysł. Tarot w kryzysie bywa takim samolotem. Jak mamy dystans, można nim przelecieć i coś z góry zobaczyć. Jak nie mamy – lepiej zostać na ziemi i policzyć grzmoty.
Zaczęłam prowadzić dziennik tarotowy z zaznaczaniem obok: „w jakim byłam wtedy stanie?”. Np. „złość 8/10”, „strach 9/10”. Po paru miesiącach widać było jak na dłoni, że najbardziej katastroficzne interpretacje i tak miałam przy wysokich notach emocji. To mi bardzo pomogło ogarnąć, kiedy mam skłonność do dramatyzowania w rozkładach.
