Ostatnio dużo czytam o gnostycyzmie i te teksty z Nag Hammadi. Zastanawiam się - czy to rzeczywiście była "herezja", jak twierdzi Kościół, czy może po prostu alternatywna droga poznania? Bo jak dla mnie, sama idea bezpośredniego doświadczenia boskiego, bez pośredników, brzmi... logicznie.
Problem w tym, że gnostycyzm nie jest jednorodny. Mówisz o „gnostycyzmie" jakby to była jedna doktryna, a przecież mamy setian, walentynian i jeszcze tuzin innych szkół. Każda nieco inaczej interpretowała kwestię Demiurga czy Sofii.
I właśnie dlatego Kościół musiał to odrzucić. Bo jeśli Stwórca świata – a gnostycy często utożsamiali go z Jahwe – to istota niedoskonała albo wręcz złośliwa, to cała teologia Starego Testamentu się rozpada.
Ale jak to w praktyce wyglądało? Czytam te wszystkie kosmologie i zastanawiam się, jak zwykły gnostyk miał to wykorzystać w codziennym życiu?
Wracając do praktyk: czy ktoś próbował gnostyckich medytacji? Bo teoria to jedno, ale ciekawa jestem doświadczenia.
Większość gnostyków praktykowała raczej ascezę: posty, celibat, medytacje – dyscyplinę duchową.
A co z kobietami w gnostycyzmie? Słyszałam, że miały większą rolę niż w ortodoksyjnym Kościele.
Wracając do zasadniczego pytania: herezja czy ścieżka poznania? Moim zdaniem to zależy od perspektywy. Z punktu widzenia Kościoła budującego jednolitą strukturę – herezja. Z punktu widzenia indywidualnego poszukiwacza duchowego – alternatywna droga.
Mandajczycy w Iraku i Iranie to chyba jedyna gnostycka społeczność, która przetrwała do dziś?
Zresztą samo określenie „gnostycyzm" to konstrukcja XIX-wiecznych badaczy. Dawni „gnostycy" nie nazywali się tak sami.
A jak gnostycyzm wpłynął na późniejszą ezoterykę? Bo widzę ślady w różnych tradycjach…
Wrócę jeszcze do pytania o praktyki. Jeśli ktoś dziś chciałby eksplorować gnostycką duchowość, od czego zacząć?
Zgadzam się. Teksty z Nag Hammadi to źródło, ale nie dogmat. Można się nimi inspirować, nie będąc fundamentalistą.
Historia pokazuje, że Kościół wybrał ortodoksję i jedność. Gnostycyzm wybrał różnorodność i… przegrał w sensie instytucjonalnym.
