Chciałbym zagaić temat, o którym chyba każdy z nas kiedyś myślał. Sny o zmarłych – temat rzeka, a jednocześnie jedna z tych rzeczy, która potrafi wywrócić człowieka do góry nogami. Mnie osobiście mocno uderzyło to, kiedy po śmierci ojca zacząłem o nim śnić. Nie od razu – minęło chyba z dziesięć dni. Ale kiedy w końcu się pojawił we śnie, to było coś zupełnie innego niż zwykły sen. Żaden bałagan, żadne absurdalne scenariusze. Stał przede mną, uśmiechał się i wyglądał zdrowo. Nic nie mówił, ale miałem absolutną pewność, że chce mi przekazać, że u niego jest dobrze. Obudziłem się z takim spokojem, jakiego nie doświadczyłem od tygodni. Pytanie otwarte – jak wy to postrzegacie? Kontakt, czy mózg radzi sobie z żałobą na swój sposób?
Od lat pracuję z ludźmi, którzy opowiadają mi o takich snach. I za każdym razem słyszę to samo – „to był inny sen". Ludzie nie potrafią tego precyzyjnie opisać, ale intuicyjnie wiedzą, że coś się różniło. Jennifer Shorter z Instytutu Psychologii Transpersonalnej badała to zjawisko i wyodrębniła kilka cech wspólnych: zmarły wygląda zdrowo, przekazuje pocieszenie często telepatycznie, a sam sen jest wyraźny i spójny, bez typowego chaotycznego charakteru zwykłych snów. Budzimy się zmienieni. Dla mnie to mocny argument za tym, że to nie jest tylko projekcja podświadomości.
Ja bym tu zwróciła uwagę na coś jeszcze. Joshua Black, badacz specjalizujący się w snach żałobnych, wyodrębnił siedem typów takich snów. Nie wszystkie są pozytywne. Są sny, w których śniący próbuje racjonalizować obecność zmarłego – typu „czekaj, przecież on nie żyje, skąd się tu wziął?". Są też takie, gdzie zmarły wyraża dezaprobatę, albo jest fizycznie oddzielony od śniącego jakąś barierą – murem, rzeką. I dopiero te ostatnie, gdzie zmarły pojawia się zdrowy i uśmiechnięty, to te, które ludzie identyfikują jako wizytacje.
Przeczytałem to wszystko i mam mieszane uczucia. Z jednej strony sam miałem taki sen po śmierci dziadka – krótki, bardzo wyrazisty, dziadek po prostu stał i się uśmiechał. Pamiętam go do dzisiaj, chociaż minęło kilkanaście lat. Z drugiej strony – no, mózg to niesamowicie sprawna maszyna, może po prostu sam sobie wytworzył taki obraz, żeby się uspokoić.
Mnie interesuje inny aspekt. Grecka mitologia nie bez powodu uczyniła Hypnosa i Thanatosa bliźniakami – boga snu i boga śmierci. Sen zawsze był postrzegany jako stan graniczny, miejsce spotkania żywych ze zmarłymi. James Hillman, uczeń Junga, twierdził że jednym z kluczowych elementów snu jest doświadczenie śmierci – przypomnienie sobie o wartości życia. A Aborygeni australijscy od tysiącleci wierzą, że zmarli krewni wysyłają wiadomości właśnie przez sny.
Dodam coś z własnej praktyki. Kiedy ktoś przychodzi do mnie i mówi „śniłam o zmarłej matce", zawsze pytam o kilka rzeczy. Po pierwsze – jak wyglądała matka we śnie? Czy była chora, tak jak przed śmiercią, czy zdrowa? Po drugie – co czułaś po przebudzeniu? Spokój czy niepokój? Po trzecie – ile czasu minęło od śmierci? Te trzy pytania pozwalają dość dobrze oszacować, czy mamy do czynienia z przetwarzaniem żałoby, czy z czymś wykraczającym poza to.
Przeczytałem artykuł i przyglądam się dyskusji. Mam pytanie, które może zabrzmi naiwnie, ale – czy istnieje jakiś sposób, żeby „zaprosić" zmarłą osobę do snu? Pytam, bo po śmierci brata próbowałem o nim śnić, ale nic z tego nie wychodziło. Dopiero po kilku miesiącach przyszedł sam, bez mojego wysiłku.
Chciałbym tu trochę zahamować, bo widzę, że rozmowa idzie mocno w stronę spirytualistyczną. Nie neguję niczyich doświadczeń, ale nie zapominajmy, że neurobiologia też ma coś do powiedzenia. W 2020 roku opublikowano badania pokazujące, że 86% osób, które niedawno straciły kogoś bliskiego, śni o tej osobie. 86 procent! To sugeruje, że mamy do czynienia z uniwersalnym mechanizmem psychicznym, nie z selektywną komunikacją duchową.
Ciekawy wątek. Mnie osobiście zastanawia coś innego – te sny, w których ludzie dowiadują się o czyjejś śmierci zanim fizycznie dostaną taką informację. Joshua Black pisał o przypadkach, kiedy bliska osoba przychodziła we śnie, żegnała się, a rano okazywało się, że zmarła w nocy. Tutaj trudno mówić o „przetwarzaniu żałoby", bo żałoba jeszcze się nie zaczęła. Człowiek nie wie, że ktoś umarł.
Mam takie pytanie trochę z boku – czy zwierzęta też przychodzą we śnie? Bo ja po stracie kota miałam sen, w którym go głaskałam i czułam sierść pod palcami. Fizycznie czułam. I kiedy spojrzałam na niego, wyglądał zdrowo, nie tak jak w ostatnich dniach choroby. Obudziłam się z płaczem, ale to był dobry płacz, taki oczyszczający.
Wracając do głównego tematu – jest jeszcze aspekt, o którym mało się mówi. Czas wizytacji. Ludzie często śnią o zmarłych blisko rocznic, świąt, ważnych dat. To sugeruje albo, że psychika jest wyczulona na te momenty i generuje sny kompensacyjne, albo że dusze wiedzą, kiedy jesteśmy najbardziej podatni i to wtedy próbują dotrzeć.
Czytam to wszystko i zastanawiam się nad jedną rzeczą. Jeśli wizytacje są realne, to dlaczego nie każdy je dostaje? Moja siostra straciła męża trzy lata temu i ani razu o nim nie śniła, choć bardzo tego chce. To ją dobija, bo czuje, że on „nie chce" się z nią skontaktować.
Trochę inny wątek – czy ktoś miał sen o zmarłym, w którym ta osoba ostrzegała przed czymś konkretnym? Nie ogólne „będzie dobrze", ale realną informację, która potem się sprawdziła?
Ten wątek z konkretnymi informacjami jest kluczowy. Bo jeśli sen zawiera dane, których śniący nie posiadał – to już nie jest kwestia przetwarzania wspomnień. Albo mamy do czynienia z jakąś formą percepcji pozazmysłowej, albo z rzeczywistą komunikacją. Tertium non datur, jak lubią mówić logicy.
Nie wiem, czy to się wpisuje w dyskusję, ale chciałam się podzielić czymś. Moja babcia przed śmiercią powiedziała mi, że „będzie mnie odwiedzać". I potem, chyba z miesiąc po pogrzebie, śniłam ją. Nie raz. Za każdym razem była w kuchni – to było jej ulubione miejsce. I za każdym razem robiła to samo: nakrywała do stołu na dwie osoby. Jakby mnie zapraszała na herbatę. Budziłam się z zapachem szarlotki. Dosłownie, zapach utrzymywał się jeszcze chwilę po przebudzeniu. Chcę wierzyć, że dotrzymuje słowa.
Dobra, ale wrócę do czegoś, co mnie nurtuje. Ta statystyka, że 67% ludzi interpretuje sny o zmarłych jako dowód na życie po śmierci. A połowa osób bez żadnych przekonań religijnych w USA miała takie sny. Połowa ateistów. To jest chyba najsilniejszy argument za tym, że mamy do czynienia z czymś realnym – bo ateista nie będzie sobie łatwo tłumaczył takiego snu kontaktem z zaświatów. A jednak, kiedy to przeżyje, nie potrafi tego odrzucić.
Chcę dodać coś z perspektywy run. W tradycji nordyckiej sny były traktowane jako okno do Wyrd – sieci przeznaczenia, która łączy przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Runa Perthro jest bezpośrednio związana z tajemnicą snów i tego, co ukryte. A runa Eihwaz – z przejściem między światami. Kiedy ktoś w tradycji nordyckiej śnił o zmarłym, nie pytano „czy to prawdziwe?" – pytano „co chce przekazać?". Samo pytanie o realność byłoby absurdalne.
Dorzucę jeszcze jedną warstwę do dyskusji. Astralny aspekt. W ezoteryce – i to jest tradycja stara jak świat, od teozofów, przez hermetyków, po szamanów – sen jest momentem, kiedy ciało astralne odrywa się od fizycznego i wędruje po planie astralnym. To tam, według tej tradycji, spotykamy zmarłych. Nie dlatego że przychodzą do „naszego" świata, ale dlatego że my, śniąc, wychodzimy z niego i spotykamy się na neutralnym gruncie.
Ale wracając do sedna – czy ktoś z was miał powtarzające się wizytacje od tej samej osoby? Bo mnie interesuje dynamika tych snów w czasie. Czy przekaz się zmienia?
To chyba trochę jak z żałobą samą w sobie – przechodzi przez etapy. Może sny o zmarłych to po prostu odzwierciedlenie tych etapów? Na początku szok, więc sny są chaotyczne. Potem tęsknota, więc sny są emocjonalne. A na końcu akceptacja, więc sny się kończą albo stają się spokojne.
A co z lucid dreaming? Znaczy – jeśli ktoś nauczy się świadomie śnić, to może sam zainicjować takie spotkanie?
Wrócę jeszcze do Junga, bo wydaje mi się, że nie docisnęliśmy tego wątku. Jung w „Psychologicznych podstawach wiary w duchy" z 1920 roku pisał, że „świat bogów i duchów to w gruncie rzeczy nieświadomość zbiorowa wewnątrz mnie". Ale uwaga – to nie jest redukcjonizm. On nie mówił „duchy to tylko projekcje". On mówił, że to, co nazywamy duchami, i to, co nazywamy nieświadomością zbiorową, to może być to samo – tyle że widziane z różnych stron. Jak fala i cząstka w fizyce kwantowej.
Na marginesie – z perspektywy czysto praktycznej, jedną z najważniejszych rzeczy po takiej wizytacji jest zapisanie snu od razu po przebudzeniu. Nawet wizytacje, które są niezwykle wyraziste, blakną z czasem. Szczegóły się zacierają, emocje słabną. Dziennik snów to nie jest metoda tylko dla ezoteryka – to jest sposób na zachowanie czegoś, co może być najważniejszym doświadczeniem w czyimś życiu.
Przychodzi mi do głowy jeszcze jedno – rola kultury. Czy ludzie z różnych stron świata mają podobne wizytacje? Bo jeśli Europejczyk i Aborygens z Australii opisują to samo – zdrowy wygląd zmarłego, spokój, bezpośredni komunikat – to to raczej nie jest wytwór kulturowy.
Mnie natomiast najbardziej dotknął wątek @Gabki o jej siostrze, która nie może dostać wizytacji. Bo to pokazuje, że niezależnie od naszej filozofii, za tymi pytaniami stoi prawdziwy ból. Ludzie nie rozmawiają o tym z akademickiej ciekawości – chcą wiedzieć, czy osoba, którą kochali, nadal istnieje.
Do tego dodam jeszcze: jeśli ktoś czyta to i czeka na swoją wizytację, a ona nie przychodzi – nie oznacza to nic złego. Ani o was, ani o osobie, którą straciliście. Kontakt – jeśli jest – przybiera wiele form. A czasem po prostu jeszcze nie nadszedł odpowiedni moment. Cierpliwość i otwartość to dwa najlepsze sposoby na to, żeby być gotowym, kiedy (i jeśli) ten moment nadejdzie.
